04.10.2024, 16:01 ✶
Obraza ze strony Roselyn była znacznie lepsza od otwartej kłótni i grożenia mu kostką brukową rzuconą w twarz, więc przyjął ją z całkiem sporą dozą cierpliwości. Nie chciała rozmawiać do czasu aż znajdą się w mieszkaniu to nie musiała. Umawiali się na rozmowę wewnątrz budynku a nie kontynuację teatrzyku na Pokątnej. Zresztą po jej nieżyczliwych i narzekających komentarzach, kiedy już odezwała się na klatce schodowej wnioskował, że zaczynała dochodzić do siebie. Pozwolił jej mówić do ścian na wszystkich piętrach po kolei, cały czas tylko uśmiechając się pod nosem. Kondycja fizyczna była ważna. Kto jak kto, Greengrass o tym dobrze wiedział.
Przynajmniej doczłapała się do ostatniego piętra i otworzyła drzwi mimo zmęczenia. Po sposobie, w jaki padła na łóżko wywnioskował, że przynajmniej nie będzie miała siły rzucić w niego książką, jeśli dojdzie do kolejnej spiny. To mu pasowało.
Kiedy wyciągnęła rękę w jego stronę nie oddał jej własnej butelki a jedynie kiwnął głową w kierunku przyniesionej torby z kilkoma zapasowymi.
- Szklanki są gdzieś tam w kuchni - machnął ręką mniej więcej w kierunku szafek kuchennych, po czym wciągnął powietrze, żeby westchnąć i posłać jej niedowierzające spojrzenie. - A czy to wygląda, jakbym tu sypiał? Czy też tu sprzątał? Zanim mi odpowiesz w swój kreatywny sposób: nie, nie bywam tutaj. Tak właściwie to powinienem pozbyć się tego mieszkania już rok temu, ale tego nie zrobiłem. Chcesz tu sobie posprzątać to w porządku, nie to nie. Twoja decyzja - stwierdził, bo tak właściwie to mogła sobie znaleźć coś innego.
To mieszkanie faktycznie nie było szczytem wygód. Jedyną zaletą była bardzo dobra lokalizacja i to, że większość mieszkań w tej okolicy była od dawna wynajęta. Z cudem graniczyło znaleźć coś lepszego, kiedy szukał tego blisko siedem lat temu. Tak, był idealnym najemcą. Płacił na czas, niczego nie oczekiwał i wynajmował tę dziurę prawie od dekady. Bez remontów i narzekań. Na dodatek praktycznie go tu nie było. Lepszy od niego byłby wyłącznie zamożny duch, ale Ambroise przynajmniej nie podzwaniał łańcuchami i nie zostawiał ektoplazmy na klatce schodowej.
Kiedy odebrała mu flaszkę posłał jej pobłażliwe spojrzenie i nijak nie zaprotestował. Głównie przez to, że kiedy oddaliła się w stronę kuchni on po prostu sięgnął po kolejną skitraną pod biurkiem. Odkorkował ją, powąchał, wzruszył ramionami i pociągnął łyk. Była w porządku. Może trochę zwietrzała, ale mogła ujść.
- Wybieram zmianę pytania - uciął, posyłając siostrze wymuszenie nonszalancki uśmiech, przy czym uniósł butelkę. - Zbyt pełna - uściślił jednocześnie, wzruszając ramionami, gdyby Roselyn nie dostrzegała, że potrzebował wlać w siebie zdecydowanie więcej alkoholu, żeby zacząć gadać jak człowiek.
W tym momencie mógł powiedzieć jedynie to, co było oficjalną wersją znaną praktycznie wszystkim w środowisku. Co prawda był świadomy, że Roo nie pyta o opinię publiczną tylko o jego własne doświadczenia z ludźmi powiązanymi z Borginami. Nie mogłaby być jaśniejsza w sformułowaniu swoich oczekiwań. Natomiast nie chciał być dla niej znów niepotrzebnie kąśliwy i mówić półsłówkami. Nie chodziło o to, że tchórzył w obliczu konieczności bycia szczerym. Co to, to nie. Po prostu musiał chociaż trochę poprawić sobie humor i rozluźnić napięte nerwy, żeby nie mieli powtórki z rozrywki. W tym wypadku potrzebował się napić. Znacznie więcej niż tyle, ile zdążył do tej pory.
- Może ten twój gog... ...twój narzeczony, droga siostro jest inny, ale to wciąż Borgin. To nie jest właściwa rodzina. Nie spotkałem go twarzą w twarz. Szczególnie w tym momencie lepiej, żebyśmy się nie spotkali, choć proponował mi to niespełna dwa dni temu. Przykro mi, Roo, ale w Ministerstwie też kryją się żmije i wszystkie mają bardzo ludzkie twarze - wzruszył ramionami, tym razem posyłając jej nawet łagodniejsze, choć nie przepraszające spojrzenie.
W końcu niechętnie znów otworzył usta racząc się przedtem solidnym łykiem ognistej.
- Większość Borginów nawet się nie kryje z tym, kogo popiera. Jasne, może nie robią nic pośrodku Pokątnej w świetle dnia, nie są bandą idiotów - profilaktycznie uniósł rękę w górę, żeby powstrzymać ewentualny komentarz ze strony siostry zanim nie skończy.
Tak, tak. Wiedział, że to ma być tymczasowe i kontrolowane przez Roselyn. Miał wyjebane na to, co pomyślą ludzie o ich rodzinie przez ten związek. Jako nieślubnego, choć uznanego dzieciaka niespecjalnie obchodziły go towarzyskie skandale. Przez to jak się prowadzał
nieposzlakowana reputacja już dawno temu przestała stanowić główny obiekt zmartwień Ambroisa, szczególnie że mógł poprawić ją poprzez pracę i inne drobne sztuczki towarzyskie mydlące ludziom oczy. Chodziło mu wyłącznie o dobro Rosie.
- Znasz mój stosunek do mugoli. Uwierz mi zatem, kiedy mówię, że stawiam granicę na długo przed tym, co oni robią w imię przekonań - stwierdził poważnie, wpatrując się w nią oczami kogoś, kto naprawdę przejmował się jej życiem. - Nie chcę, żebyśmy musieli kiedyś stanąć przeciwko sobie, Roo - to go dużo kosztowało, nawet po wychyleniu kolejnej porcji alkoholu, ponieważ zazwyczaj nie uciekał się do takich wyznań.
Jednakże zazwyczaj nie czuł konieczności robienia tego. W tym wypadku było inaczej. Jasne. Mówiła, że wie co robi, ale kto jak kto - on wiedział, że mrok mógł mieć kuszącą twarz i piękne słowa na języku. Bywał na Nokturnie, obracał się w tym świecie. Nie mówiąc o tym, ile razy widział efekty działań ludzi tego pokroju jako uzdrowiciel, szczególnie podczas nieoficjalnych prywatnych wizyt. Pośród rodzin o moralnej reputacji istniały tylko dwie możliwości: albo było się jednym z nich, albo było się przeciwko nim. Kobiet to również dotyczyło.
Nie wątpił, że Roselyn ma twardy charakter. W końcu byli do siebie podobni. Nie dałaby się tak łatwo zgnieść. To nie o to się martwił tylko o pokusę i uwikłanie w sprawy, w które nie powinna się wikłać. To również widział zbyt wiele razy.
Jest dobrym człowiekiem tylko zagubionym. On się zmieni. Jest inny niż jego rodzina, odciął się od mroku. Mogę pomóc mu zostać kimś lepszym. Ja go zmienię powtarzane przez desperacko drżące wargi i coraz bardziej puste spojrzenia.
Nie był święty. Nie próbował być. Wręcz przeciwnie. Mógłby z goryczą stwierdzić, że znał to także od tej drugiej strony, bo w pewnym sensie był tą osobą, która miała zmienić się pod wpływem miłości. Na początku wydawało się, że to przyniosło skutek. Złagodniał, stał się bardziej ugodowy, starał się, ale na jak długo? No właśnie. Teraz w swojej głowie nazywał to łańcuchem, z którego zerwał się na stałe wiele miesięcy temu i niemal od razu wrócił do starych nawyków.
Tak. Tak wyglądało ja go zmienię a on nie był kimś kto nie miałby problemu z zabiciem kogoś wyłącznie ze względu na pochodzenie.
Ambroise Greengrass może był uosobieniem czystokrwistego podejścia do krwi, miał się za magicznego rasistę, ale jak na kogoś takiego otaczał się całkiem wieloma czarodziejami nieczystej krwi a nawet wręcz kilkoma mugolakami. Traktował ich jak swoich ludzi a w takim przypadku przymykał oczy na pochodzenie, od czasu do czasu uszczypliwie do tego nawiązując, ale nie chcąc wytępić wszystkich po drodze. Był za segregacją i zachowywaniem czystości związków, nie chciał być postępowy i nie zamierzał przepraszać za swoje pochodzenie, bo po prostu urodził się lepszy, ale serce miał chyba (jeszcze) na właściwym miejscu. Pękłoby mu, gdyby Roselyn dała się wmanipulować w coś, czego nie mógłby poprzeć.
Przynajmniej doczłapała się do ostatniego piętra i otworzyła drzwi mimo zmęczenia. Po sposobie, w jaki padła na łóżko wywnioskował, że przynajmniej nie będzie miała siły rzucić w niego książką, jeśli dojdzie do kolejnej spiny. To mu pasowało.
Kiedy wyciągnęła rękę w jego stronę nie oddał jej własnej butelki a jedynie kiwnął głową w kierunku przyniesionej torby z kilkoma zapasowymi.
- Szklanki są gdzieś tam w kuchni - machnął ręką mniej więcej w kierunku szafek kuchennych, po czym wciągnął powietrze, żeby westchnąć i posłać jej niedowierzające spojrzenie. - A czy to wygląda, jakbym tu sypiał? Czy też tu sprzątał? Zanim mi odpowiesz w swój kreatywny sposób: nie, nie bywam tutaj. Tak właściwie to powinienem pozbyć się tego mieszkania już rok temu, ale tego nie zrobiłem. Chcesz tu sobie posprzątać to w porządku, nie to nie. Twoja decyzja - stwierdził, bo tak właściwie to mogła sobie znaleźć coś innego.
To mieszkanie faktycznie nie było szczytem wygód. Jedyną zaletą była bardzo dobra lokalizacja i to, że większość mieszkań w tej okolicy była od dawna wynajęta. Z cudem graniczyło znaleźć coś lepszego, kiedy szukał tego blisko siedem lat temu. Tak, był idealnym najemcą. Płacił na czas, niczego nie oczekiwał i wynajmował tę dziurę prawie od dekady. Bez remontów i narzekań. Na dodatek praktycznie go tu nie było. Lepszy od niego byłby wyłącznie zamożny duch, ale Ambroise przynajmniej nie podzwaniał łańcuchami i nie zostawiał ektoplazmy na klatce schodowej.
Kiedy odebrała mu flaszkę posłał jej pobłażliwe spojrzenie i nijak nie zaprotestował. Głównie przez to, że kiedy oddaliła się w stronę kuchni on po prostu sięgnął po kolejną skitraną pod biurkiem. Odkorkował ją, powąchał, wzruszył ramionami i pociągnął łyk. Była w porządku. Może trochę zwietrzała, ale mogła ujść.
- Wybieram zmianę pytania - uciął, posyłając siostrze wymuszenie nonszalancki uśmiech, przy czym uniósł butelkę. - Zbyt pełna - uściślił jednocześnie, wzruszając ramionami, gdyby Roselyn nie dostrzegała, że potrzebował wlać w siebie zdecydowanie więcej alkoholu, żeby zacząć gadać jak człowiek.
W tym momencie mógł powiedzieć jedynie to, co było oficjalną wersją znaną praktycznie wszystkim w środowisku. Co prawda był świadomy, że Roo nie pyta o opinię publiczną tylko o jego własne doświadczenia z ludźmi powiązanymi z Borginami. Nie mogłaby być jaśniejsza w sformułowaniu swoich oczekiwań. Natomiast nie chciał być dla niej znów niepotrzebnie kąśliwy i mówić półsłówkami. Nie chodziło o to, że tchórzył w obliczu konieczności bycia szczerym. Co to, to nie. Po prostu musiał chociaż trochę poprawić sobie humor i rozluźnić napięte nerwy, żeby nie mieli powtórki z rozrywki. W tym wypadku potrzebował się napić. Znacznie więcej niż tyle, ile zdążył do tej pory.
- Może ten twój gog... ...twój narzeczony, droga siostro jest inny, ale to wciąż Borgin. To nie jest właściwa rodzina. Nie spotkałem go twarzą w twarz. Szczególnie w tym momencie lepiej, żebyśmy się nie spotkali, choć proponował mi to niespełna dwa dni temu. Przykro mi, Roo, ale w Ministerstwie też kryją się żmije i wszystkie mają bardzo ludzkie twarze - wzruszył ramionami, tym razem posyłając jej nawet łagodniejsze, choć nie przepraszające spojrzenie.
W końcu niechętnie znów otworzył usta racząc się przedtem solidnym łykiem ognistej.
- Większość Borginów nawet się nie kryje z tym, kogo popiera. Jasne, może nie robią nic pośrodku Pokątnej w świetle dnia, nie są bandą idiotów - profilaktycznie uniósł rękę w górę, żeby powstrzymać ewentualny komentarz ze strony siostry zanim nie skończy.
Tak, tak. Wiedział, że to ma być tymczasowe i kontrolowane przez Roselyn. Miał wyjebane na to, co pomyślą ludzie o ich rodzinie przez ten związek. Jako nieślubnego, choć uznanego dzieciaka niespecjalnie obchodziły go towarzyskie skandale. Przez to jak się prowadzał
nieposzlakowana reputacja już dawno temu przestała stanowić główny obiekt zmartwień Ambroisa, szczególnie że mógł poprawić ją poprzez pracę i inne drobne sztuczki towarzyskie mydlące ludziom oczy. Chodziło mu wyłącznie o dobro Rosie.
- Znasz mój stosunek do mugoli. Uwierz mi zatem, kiedy mówię, że stawiam granicę na długo przed tym, co oni robią w imię przekonań - stwierdził poważnie, wpatrując się w nią oczami kogoś, kto naprawdę przejmował się jej życiem. - Nie chcę, żebyśmy musieli kiedyś stanąć przeciwko sobie, Roo - to go dużo kosztowało, nawet po wychyleniu kolejnej porcji alkoholu, ponieważ zazwyczaj nie uciekał się do takich wyznań.
Jednakże zazwyczaj nie czuł konieczności robienia tego. W tym wypadku było inaczej. Jasne. Mówiła, że wie co robi, ale kto jak kto - on wiedział, że mrok mógł mieć kuszącą twarz i piękne słowa na języku. Bywał na Nokturnie, obracał się w tym świecie. Nie mówiąc o tym, ile razy widział efekty działań ludzi tego pokroju jako uzdrowiciel, szczególnie podczas nieoficjalnych prywatnych wizyt. Pośród rodzin o moralnej reputacji istniały tylko dwie możliwości: albo było się jednym z nich, albo było się przeciwko nim. Kobiet to również dotyczyło.
Nie wątpił, że Roselyn ma twardy charakter. W końcu byli do siebie podobni. Nie dałaby się tak łatwo zgnieść. To nie o to się martwił tylko o pokusę i uwikłanie w sprawy, w które nie powinna się wikłać. To również widział zbyt wiele razy.
Jest dobrym człowiekiem tylko zagubionym. On się zmieni. Jest inny niż jego rodzina, odciął się od mroku. Mogę pomóc mu zostać kimś lepszym. Ja go zmienię powtarzane przez desperacko drżące wargi i coraz bardziej puste spojrzenia.
Nie był święty. Nie próbował być. Wręcz przeciwnie. Mógłby z goryczą stwierdzić, że znał to także od tej drugiej strony, bo w pewnym sensie był tą osobą, która miała zmienić się pod wpływem miłości. Na początku wydawało się, że to przyniosło skutek. Złagodniał, stał się bardziej ugodowy, starał się, ale na jak długo? No właśnie. Teraz w swojej głowie nazywał to łańcuchem, z którego zerwał się na stałe wiele miesięcy temu i niemal od razu wrócił do starych nawyków.
Tak. Tak wyglądało ja go zmienię a on nie był kimś kto nie miałby problemu z zabiciem kogoś wyłącznie ze względu na pochodzenie.
Ambroise Greengrass może był uosobieniem czystokrwistego podejścia do krwi, miał się za magicznego rasistę, ale jak na kogoś takiego otaczał się całkiem wieloma czarodziejami nieczystej krwi a nawet wręcz kilkoma mugolakami. Traktował ich jak swoich ludzi a w takim przypadku przymykał oczy na pochodzenie, od czasu do czasu uszczypliwie do tego nawiązując, ale nie chcąc wytępić wszystkich po drodze. Był za segregacją i zachowywaniem czystości związków, nie chciał być postępowy i nie zamierzał przepraszać za swoje pochodzenie, bo po prostu urodził się lepszy, ale serce miał chyba (jeszcze) na właściwym miejscu. Pękłoby mu, gdyby Roselyn dała się wmanipulować w coś, czego nie mógłby poprzeć.