06.10.2024, 03:04 ✶
Minął miesiąc odkąd zaczęli rozmawiać odnośnie domu, który teraz nareszcie w rzeczywistości znalazł się w ich rękach. To nie były już tylko czcze słowa. Zakup stał się rzeczywistością. Brzmiącą równie dobrze, co we wcześniejszych założeniach. Tym bardziej, że tego dnia świeciło słońce a powietrze było znacznie cieplejsze. Jeśli dało się tak powiedzieć, oboje odżyli jeszcze bardziej.
A on czuł się po prostu zakochany. Już nie tak szczenięco, ale wcale nie mniej niż wcześniej. Wręcz przeciwnie. To wszystko napawało go optymizmem i siłą do działania.
- Sugerujesz, że to ma być nasze miejsce do potajemnych schadzek? - momentalnie zastygł w miejscu, jakby to, co powiedziała dosłownie zbiło go z tropu a następnie niemal od razu go obruszyło.
Ambroise skierował ku blondynce oburzone spojrzenie, marszcząc przy tym czoło i rozchylając usta, jakby szukał odpowiednich słów nadających się, żeby skomentować jakże absurdalną prośbę urągającą jego krystalicznie czystym zamiarom wobec niej. Na pierwszy rzut oka mógł sprawiać wrażenie zniesmaczonego sugerowaniem mu podobnego rozwiązania.
Mieli się ukrywać jak dwie osoby mające inne życiowe zobowiązania? Prowadzić podchody i skrycie pojawiać się na miejscu spotkania a potem znikać osobno, żeby nikt ich razem nie zauważył, bo wtedy mieliby poważne problemy? Udawać przez długie weekendy, że żyją w normalny sposób, po czym wracać do szarej rzeczywistości?
Niedoczekanie.
- Geraldine Yaxley - przestąpił nawet z nogi na nogę, żeby bardziej podkreślić swoje poruszenie. - Czy ty próbujesz wmanewrować mnie w pokątny romans? - Pretensja w głosie Greengrassa wybrzmiała całkiem naturalnie i nawet mogłaby być całkiem przekonująca, gdyby nie to, że przez ten cały czas śmiały mu się oczy.
Nad tym nie potrafił zbyt dobrze zapanować, szczególnie, że w większości przypadków nie zdawał sobie z tego sprawy. Prócz tego nie umiał przy niej grać lodowatego i rozgoryczonego. W przeciwieństwie do tamtego niechlubnego okresu w ich wspólnej historii, teraz miała na niego zupełnie inny wpływ. Czuł się przy niej lżej i bardziej właściwie. Nie miał wątpliwości, że to, co wymyślili a następnie wcielili w życie miało przynieść same korzyści.
- Nie przeczę, że to byłoby kuszące, ale trochę za późno. Nie uważasz? - Spróbował jeszcze raz, ale tym razem również nie powstrzymał mowy ciała, która niepokojąco łatwo wydawała jego faktyczne podejście do sprawy.
Na skryty romans było już niewątpliwie dawno po czasie, bo choć jeszcze nie doszło do oficjalnych uprzejmości z rodzinami to Ambroise ani myślał kryć się z tym, że było między nimi coś więcej niż przyjaźń czy towarzyskie porozumienie. To nie był wyłącznie przelotny romans, więc dawał to do zrozumienia, aby nie musieć konfrontować się z żadnymi godnymi pożałowania zalotnikami panienki Yaxley.
Kwestia pierwszego wspólnego wystąpienia na jakimś balu lub przyjęciu dotyczyła bardziej tygodni, może nawet dni (nie specjalnie miał ostatnio głowę do śledzenia kalendarza towarzyskiego) niż miesięcy. Ani kiedy, ani jak - wszystko miało wypaść raczej naturalnie.
Co zaś tyczy się domu i podejścia do bywania tutaj:
Czyż nie o tym rozmawiali na samym początku? To dlatego przeszli przez małą mękę próbując dogadać się z mugolami w jak najbardziej, tfu, moralny sposób. Bez wykorzystania zaklęć i innych manipulacji ze świata czarodziejów. No, przynajmniej zbyt wielu, bo on wiedział, że ona posunęła się do kilku swoich sztuczek a ona, że również nie zostawił wszystkiego przypadkowi. Tym bardziej, że nigdy nie był wybitnym negocjatorem. Nie miał do tego właściwego wyczucia i dużej dawki cierpliwości.
Szczególnie, że jedyne, o czym marzył to było doprowadzenie całej sprawy do końca, dopięcie formalności i znalezienie się we własnym wspólnym domu. Niekoniecznie we wskazanej kolejności, bo najchętniej zacząłby od drugiej strony. Nie mógł doczekać się, żeby w pełni wykorzystać cały potencjał nowonabytej nieruchomości.
- Jak sobie życzysz - skinął głową, wpatrując się w jej niebieskie oczy i wzruszając ramionami.
Tak właściwie to nie miał ku temu żadnych obiekcji. Było mu to bardzo na rękę, tym bardziej, że w razie potrzeby mogli przecież zmienić zdanie i dokonać adekwatnych roszad. Zmienić przekonanie ludzi w okolicy o tym, że byli kimś zupełnie innym. Przepisać akt własności na rzeczywiste dane osobowe a nie to, co dyskretnie wmówili urzędnikowi (co całkiem zabawne, każde prawdopodobnie z osobna, choć wersja była wspólna, przez co biedny człowiek zdawał się nie pamiętać nawet swojego imienia). Podłączyć kominek do sieci Fiuu.
Krótko mówiąc: to nie była ostateczna i niezmienialna decyzja za to bardzo mu obecnie odpowiadała, toteż zgodził się na to bez zastanowienia. Nawet nie kompromisował, po prostu obdarzył Geraldine pokrzepiającym uśmiechem.
- Zatem będzie wyłącznie nasze - wyraził aprobatę, po czym również odwrócił wzrok i obrócił głowę w kierunku drzwi. - Zawsze były takie złuszczone? - Spytał, jednocześnie odstawiając torbę z ramienia na stare deski i wolną ręką dotykając białej farby, która w drobnych została mu na palcach.
No, dobrze. Nadal patrzył na ten dom niemalże dokładnie w ten sam sposób, co jego dziewczyna. Jak na coś pięknego i pełnego potencjału. Tym bardziej, że mieli tu nie tylko główny budynek, lecz także mały taras (co z tego, że do niemal całkowitej naprawy, jeśli nie zburzenia i odnowienia?), spory kawałek czegoś, co kiedyś musiało być nadmorskim ogródkiem i zejście na własny skrawek osłoniętej plaży. Oczywiście, żeby nie było zbyt łatwo - teraz porośnięte wszelką roślinnością zarastającą dom od zewnątrz, ale to akurat napawało Greengrassa jedynie satysfakcją.
Przy odrobinie starań mógł mieć tu całkiem niezłe warunki do działania i hodowli mniej wymagających roślin. W tym głównie takich mogących wytrzymać ich nieobecności, bo przecież nie wprowadzali się tu na stałe. To było ich małe miejsce do złapania oddechu i odskocznia od magicznego świata, choć w celu naprawy zewnętrza i wnętrza Ambroise miał nadzieję nagiąć trochę ustalenia i posiłkować się magią.
- Myślisz, że należy pomalować je na fioletowo? - Spytał w zamyśleniu, bo teoretycznie tak nakazywał obyczaj a z drugiej strony mugole mogli to uznać za niepokojące dziwactwo.
Nie to, żeby przejmował się ich opinią, ale ustalili, że chcą trzymać się na uboczu i nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Toteż pytał ją o szczere zdanie. Tym szczególniej, że tak właściwie to planował zostawić Geraldine niemal całkowitą decyzyjność odnośnie budynku. On mógł zająć się kwestiami technicznymi i rozwiązaniami fizycznych problemów, ale planowanie chętnie mógł przekazać w jej podekscytowane ręce. Pod tym względem był skory do kooperacji, natomiast liczył na równą decyzyjność przekazaną mu w kwestiach ogrodniczych.
- Wracając do naszego płomiennego skrytego romansu - odezwał się nieoczekiwanie, znów unosząc kącik ust. - Pozwoli Panienka? - Robiąc krok i puszczając ją na chwilę, wyciągnął ku niej ramiona, żeby móc przenieść Geraldine przez próg, otwierając sobie drzwi łokciem.
Małe, śmieszne detale, ale bez nich wszystko nie byłoby takie słodkie.
A on czuł się po prostu zakochany. Już nie tak szczenięco, ale wcale nie mniej niż wcześniej. Wręcz przeciwnie. To wszystko napawało go optymizmem i siłą do działania.
- Sugerujesz, że to ma być nasze miejsce do potajemnych schadzek? - momentalnie zastygł w miejscu, jakby to, co powiedziała dosłownie zbiło go z tropu a następnie niemal od razu go obruszyło.
Ambroise skierował ku blondynce oburzone spojrzenie, marszcząc przy tym czoło i rozchylając usta, jakby szukał odpowiednich słów nadających się, żeby skomentować jakże absurdalną prośbę urągającą jego krystalicznie czystym zamiarom wobec niej. Na pierwszy rzut oka mógł sprawiać wrażenie zniesmaczonego sugerowaniem mu podobnego rozwiązania.
Mieli się ukrywać jak dwie osoby mające inne życiowe zobowiązania? Prowadzić podchody i skrycie pojawiać się na miejscu spotkania a potem znikać osobno, żeby nikt ich razem nie zauważył, bo wtedy mieliby poważne problemy? Udawać przez długie weekendy, że żyją w normalny sposób, po czym wracać do szarej rzeczywistości?
Niedoczekanie.
- Geraldine Yaxley - przestąpił nawet z nogi na nogę, żeby bardziej podkreślić swoje poruszenie. - Czy ty próbujesz wmanewrować mnie w pokątny romans? - Pretensja w głosie Greengrassa wybrzmiała całkiem naturalnie i nawet mogłaby być całkiem przekonująca, gdyby nie to, że przez ten cały czas śmiały mu się oczy.
Nad tym nie potrafił zbyt dobrze zapanować, szczególnie, że w większości przypadków nie zdawał sobie z tego sprawy. Prócz tego nie umiał przy niej grać lodowatego i rozgoryczonego. W przeciwieństwie do tamtego niechlubnego okresu w ich wspólnej historii, teraz miała na niego zupełnie inny wpływ. Czuł się przy niej lżej i bardziej właściwie. Nie miał wątpliwości, że to, co wymyślili a następnie wcielili w życie miało przynieść same korzyści.
- Nie przeczę, że to byłoby kuszące, ale trochę za późno. Nie uważasz? - Spróbował jeszcze raz, ale tym razem również nie powstrzymał mowy ciała, która niepokojąco łatwo wydawała jego faktyczne podejście do sprawy.
Na skryty romans było już niewątpliwie dawno po czasie, bo choć jeszcze nie doszło do oficjalnych uprzejmości z rodzinami to Ambroise ani myślał kryć się z tym, że było między nimi coś więcej niż przyjaźń czy towarzyskie porozumienie. To nie był wyłącznie przelotny romans, więc dawał to do zrozumienia, aby nie musieć konfrontować się z żadnymi godnymi pożałowania zalotnikami panienki Yaxley.
Kwestia pierwszego wspólnego wystąpienia na jakimś balu lub przyjęciu dotyczyła bardziej tygodni, może nawet dni (nie specjalnie miał ostatnio głowę do śledzenia kalendarza towarzyskiego) niż miesięcy. Ani kiedy, ani jak - wszystko miało wypaść raczej naturalnie.
Co zaś tyczy się domu i podejścia do bywania tutaj:
Czyż nie o tym rozmawiali na samym początku? To dlatego przeszli przez małą mękę próbując dogadać się z mugolami w jak najbardziej, tfu, moralny sposób. Bez wykorzystania zaklęć i innych manipulacji ze świata czarodziejów. No, przynajmniej zbyt wielu, bo on wiedział, że ona posunęła się do kilku swoich sztuczek a ona, że również nie zostawił wszystkiego przypadkowi. Tym bardziej, że nigdy nie był wybitnym negocjatorem. Nie miał do tego właściwego wyczucia i dużej dawki cierpliwości.
Szczególnie, że jedyne, o czym marzył to było doprowadzenie całej sprawy do końca, dopięcie formalności i znalezienie się we własnym wspólnym domu. Niekoniecznie we wskazanej kolejności, bo najchętniej zacząłby od drugiej strony. Nie mógł doczekać się, żeby w pełni wykorzystać cały potencjał nowonabytej nieruchomości.
- Jak sobie życzysz - skinął głową, wpatrując się w jej niebieskie oczy i wzruszając ramionami.
Tak właściwie to nie miał ku temu żadnych obiekcji. Było mu to bardzo na rękę, tym bardziej, że w razie potrzeby mogli przecież zmienić zdanie i dokonać adekwatnych roszad. Zmienić przekonanie ludzi w okolicy o tym, że byli kimś zupełnie innym. Przepisać akt własności na rzeczywiste dane osobowe a nie to, co dyskretnie wmówili urzędnikowi (co całkiem zabawne, każde prawdopodobnie z osobna, choć wersja była wspólna, przez co biedny człowiek zdawał się nie pamiętać nawet swojego imienia). Podłączyć kominek do sieci Fiuu.
Krótko mówiąc: to nie była ostateczna i niezmienialna decyzja za to bardzo mu obecnie odpowiadała, toteż zgodził się na to bez zastanowienia. Nawet nie kompromisował, po prostu obdarzył Geraldine pokrzepiającym uśmiechem.
- Zatem będzie wyłącznie nasze - wyraził aprobatę, po czym również odwrócił wzrok i obrócił głowę w kierunku drzwi. - Zawsze były takie złuszczone? - Spytał, jednocześnie odstawiając torbę z ramienia na stare deski i wolną ręką dotykając białej farby, która w drobnych została mu na palcach.
No, dobrze. Nadal patrzył na ten dom niemalże dokładnie w ten sam sposób, co jego dziewczyna. Jak na coś pięknego i pełnego potencjału. Tym bardziej, że mieli tu nie tylko główny budynek, lecz także mały taras (co z tego, że do niemal całkowitej naprawy, jeśli nie zburzenia i odnowienia?), spory kawałek czegoś, co kiedyś musiało być nadmorskim ogródkiem i zejście na własny skrawek osłoniętej plaży. Oczywiście, żeby nie było zbyt łatwo - teraz porośnięte wszelką roślinnością zarastającą dom od zewnątrz, ale to akurat napawało Greengrassa jedynie satysfakcją.
Przy odrobinie starań mógł mieć tu całkiem niezłe warunki do działania i hodowli mniej wymagających roślin. W tym głównie takich mogących wytrzymać ich nieobecności, bo przecież nie wprowadzali się tu na stałe. To było ich małe miejsce do złapania oddechu i odskocznia od magicznego świata, choć w celu naprawy zewnętrza i wnętrza Ambroise miał nadzieję nagiąć trochę ustalenia i posiłkować się magią.
- Myślisz, że należy pomalować je na fioletowo? - Spytał w zamyśleniu, bo teoretycznie tak nakazywał obyczaj a z drugiej strony mugole mogli to uznać za niepokojące dziwactwo.
Nie to, żeby przejmował się ich opinią, ale ustalili, że chcą trzymać się na uboczu i nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Toteż pytał ją o szczere zdanie. Tym szczególniej, że tak właściwie to planował zostawić Geraldine niemal całkowitą decyzyjność odnośnie budynku. On mógł zająć się kwestiami technicznymi i rozwiązaniami fizycznych problemów, ale planowanie chętnie mógł przekazać w jej podekscytowane ręce. Pod tym względem był skory do kooperacji, natomiast liczył na równą decyzyjność przekazaną mu w kwestiach ogrodniczych.
- Wracając do naszego płomiennego skrytego romansu - odezwał się nieoczekiwanie, znów unosząc kącik ust. - Pozwoli Panienka? - Robiąc krok i puszczając ją na chwilę, wyciągnął ku niej ramiona, żeby móc przenieść Geraldine przez próg, otwierając sobie drzwi łokciem.
Małe, śmieszne detale, ale bez nich wszystko nie byłoby takie słodkie.