06.10.2024, 12:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.10.2024, 12:16 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Z uprzejmości nie zaprzeczę - skwitował rozbawionym, niepoważnym prychnięciem.
Tak. Jasne. Już to widział. Dokładnie tak jak trzymanie rąk przy sobie w innych okolicznościach.
- Mogłoby. Właściwie to nadal może. Jesteśmy całkiem dobrzy w udawaniu i stwarzaniu pozorów - przypomniał z nieznacznie wyczuwalnym przekąsem pijąc oczywiście do tamtych miesięcy pełnych podchodów i prób wybadania tej drugiej strony, podczas gdy mogli tego nie robić i w efekcie dużo szybciej stanąć z powrotem na stabilnym gruncie a nie poruszać się w ich relacji jak dwoje dzieci we mgle.
Nie zamierzał tego powtarzać. Po czasie wydawało mu się to jeszcze bardziej bezcelowe. Jasne - dzięki temu utwierdził się w przekonaniu, że to nie była wyłącznie kwestia chwilowego zauroczenia. W innym razie odpuściłby bardzo szybko a nie usiłował rozwijać ich pełną podtekstów przyjaźń. To nie było całkowicie głupie, ale wydarzyło się raz i było dostatecznie wystarczalne. Mogli zapisać ewentualnie pomysł krycia swojego zaangażowania przed światem i myśleć dalej, bo Ambroise nie byłby z życia w taki sposób.
- Myślę, że już dawno o tym wiedzą - wzruszył ramionami na te panny, bo o ile sam okazywał równe rozdrażnienie na myśl o kawalerach, których mogła próbować wciskać Geraldine matka to we własnym przypadku nie czuł powodów do ukrywania, że był kompletnie niezainteresowany kimkolwiek innym.
- Zresztą dałbym im to jasno do zrozumienia, gdybyś zrobiła mi ten zaszczyt i dała się zaprosić na najbliższe wydarzenie, które jest - zmarszczył brwi starając się przypomnieć sobie słowa, które niedawno padły u niego w domu z ust Evelyn Greengrass mającej tendencję do dokładnego pilnowania wszelkich dat towarzyskich; on nie był w tym najlepszy, o czym świadczyło między innymi to, że parokrotnie dał się wmanewrować w bycie osobą towarzyszącą jakiejś czystokrwistej panny z irytująco dobrego domu.
- Nie wiem - przyznał mimo najszczerszej próby przypomnienia sobie jakichś detali.
Cóż. Prawdopodobnie mógłby rzucić jakąś cholerą, gdyby dotarło do niego, że najbliższa okazja była niespełna dwa tygodnie od bieżącego dnia.
Szczególnie, gdy już wolał postawić sprawę jasno i zabrać tam swoją świadomie wybraną drugą połówkę, nawet jeśli to mogło wywołać różne reakcje. On również nie miał nieposzlakowanej opinii wśród niektórych czarodziejów, ale zdarzało mu się uśmiechać pod nosem już wcześniej, gdy słyszał, że to Yaxleyówna mimo najszczerszych starań była tą większą enfant terrible z ich dwojga. Mieli przez chwilę pobyć na językach, ale to go raczej rozśmieszało niż martwiło.
Byli dorosłymi ludźmi z odpowiednich rodzin. Nie robili niczego niezdrożnego. Może łamali trochę konwenansów, ale nie robili nic, co byłoby powszechnie nieakceptowalne. Wręcz przeciwnie. Niektórzy mogliby pokusić się o ulgę, że ta dwójka ściągnęła się wzajemnie z matrymonialnego rynku. Rodzice wielu kawalerów i panien mogli zacząć spać spokojnie bez obawy o to, że dojdzie do czegoś, czego by nie chcieli.
Potencjalne problemy rozwiązały się same i to przy okazji w naprawdę szczęśliwy dla Greengrassa sposób. Mężczyzna nie sądził, aby miało być im przesadnie trudno w związku z nową sytuacją. Ze wszystkich możliwych rozwiązań udało im się trafić na te najbardziej naturalne. Nie musieli się z niczym kryć ani udawać obojętności, mogli z podniesionymi głowami pojawiać się w miejscach publicznych i okazywać sobie uczucia kiedy tylko chcieli. To było szczęście znane nielicznym.
Kupno tego domu nie było podyktowane koniecznością trzymania czegoś w sekrecie a raczej pragnieniem posiadania miejsca na świecie, w którym mogliby odpocząć od codzienności i rzeczywistości. Oboje pragnęli miejsca, gdzie nie muszą bawić się w konwenanse i oczekiwać, że zaraz dopadnie ich zwykłe życie, które w obu przypadkach nadal prowadzili bardzo aktywnie. Spędzali ze sobą wszelki możliwy czas, ale zawodowo nie mogli pokusić się o odpuszczenie. Zbyt wiele włożyli w swoją renomę. Tu również byli zgodni, że kiedy to było potrzebne to było potrzebne.
- Fioletowo - powtórzył machinalnie, bo całe myśli i uwagę nadal kierował na łuszczące się drzwi.
Teraz to były jego, ich drzwi a on miał swoje standardy. Może wynajęte mieszkanie na Pokątnej nie było ani trochę zgodne z większością wymagań Greengrassa, ale posiadało jedną znaczącą zaletę, która przykrywała wszelkie niedogodności - świetną lokalizację będącą doskonałą bazą wypadową do wszystkiego, co robił Ambroise.
Z kawalerki miał stosunkowo blisko zarówno do szpitala jak i na Aleję Horyzontalną, kominek był obecny i podłączony do sieci Fiuu, więc również do Doliny można było dostać się w raczej dogodny sposób. Może było małe i obskurne, ale doskonale służyło wszystkim celom. Poza tym nie łudził się. Ostatnio niemal nie spędzał tam czasu.
Własny dom to było coś innego. Jeszcze nigdy nie posiadał całkowicie prywatnego skrawka ziemi z zabudowaniami (w tym wypadku domem i małą szopą na narzędzia) tym bardziej, że nie miał takiej potrzeby. Tymczasem teraz stali się właścicielami ziemskimi i punkt widzenia zaczął mu się diametralnie zmieniać.
Patrząc na budynek przez różowe okulary nie zwracał uwagi na wszystkie mankamenty, które teraz zaczynały być widoczne. Co prawda uwaga Ambroisa nadal była głównie skupiona na tym, co mieli robić w tej chatce a nie przy niej, natomiast były drobne rzeczy już wywołujące u niego zamyślenie.
Chciał, żeby to miejsce było bardziej zadbane niż za czasów, kiedy należało do mugolskich właścicieli. Tym bardziej, że planowali tu spędzać co najmniej kilka weekendów w roku, może nawet bliżej kilku miesięcy rozbitych pomiędzy krótkie wypady.
- W niektórych niemagicznych miejscach panuje zwyczaj malowania drzwi frontowych na fioletowo - odpowiedział spokojnie, nadal marszcząc brwi, kiedy farba na drzwiach dosłownie zsuwała się z drewna pod lekkim naciskiem jego palców. - Żeby dyskretnie poinformować o tym, że nie jest to zwyczajnie mugolski dom - uściślił, choć zaraz wzruszył ramionami. - Skoro chcemy być całkiem incognito to raczej odnówmy stary kolor.
Przysiągłby, że wydawało mu się, że dom jest w znacznie lepszym stanie. Z drugiej strony jak do tej pory głównie wchodzili do środka przez tylne wejście, które miało dużo nowsze drzwi. Najpewniej wymienione po jakimś niemagicznym włamaniu. Oni, gdy tu przez chwilę mieszkali nie zostawili po sobie niemalże żadnych śladów. Natomiast mugole nie zwykli być tak dyskretni. Odnotował w pamięci, żeby przedyskutować z ukochaną nałożenie co najmniej kilku różnych zabezpieczeń. Tak na wszelki wypadek, bo czasy zaczęły robić się dziwne.
Na takim uboczu raczej nie musieli przejmować się kimś kogo kilka zaklęć nie byłoby w stanie odstraszyć - to mu pasowało i skłoniło go do tego zakupu. Choć tak właściwie głównym powodem była Geraldine i to, że po prostu chciała tego konkretnego domu. To wystarczyło, żeby mogli cieszyć się nowym zakupem a wkrótce też z powrotem sobą nawzajem.
Bezceremonialnie pomagając sobie nogą i łokciem w przejściu przez drzwi, posłał szeroki uśmiech w stronę Geraldine, obracając się z nią na rękach tak, jakby nic nie ważyła. Humor dodawał mu sił i lekkości ruchów. Tak samo jak plany na dalszą część dnia, bo remont momentalnie schodził na dalszy plan.
- Witamy w domu - oznajmił, przestępując przez próg i zamykając drzwi piętą, choć na zewnątrz nadal mieli całkiem sporo rzeczy do wniesienia.
Torby mogły poczekać, kiedy posadził dziewczynę na drewnianej komódce (na szczęście bez tamtych figurek) nachylając się nad nią tak, że niemal oparł się na rękach o blat i zmusił ją do wychylenia się w tył - plecami na ścianę. A potem po prostu ją pocałował. Nie lekko i przelotnie. Tym razem byli w domu wobec którego robili konkretne plany. To było bardzo jasne. Nie wymagało uprzedzenia.
Tak. Jasne. Już to widział. Dokładnie tak jak trzymanie rąk przy sobie w innych okolicznościach.
- Mogłoby. Właściwie to nadal może. Jesteśmy całkiem dobrzy w udawaniu i stwarzaniu pozorów - przypomniał z nieznacznie wyczuwalnym przekąsem pijąc oczywiście do tamtych miesięcy pełnych podchodów i prób wybadania tej drugiej strony, podczas gdy mogli tego nie robić i w efekcie dużo szybciej stanąć z powrotem na stabilnym gruncie a nie poruszać się w ich relacji jak dwoje dzieci we mgle.
Nie zamierzał tego powtarzać. Po czasie wydawało mu się to jeszcze bardziej bezcelowe. Jasne - dzięki temu utwierdził się w przekonaniu, że to nie była wyłącznie kwestia chwilowego zauroczenia. W innym razie odpuściłby bardzo szybko a nie usiłował rozwijać ich pełną podtekstów przyjaźń. To nie było całkowicie głupie, ale wydarzyło się raz i było dostatecznie wystarczalne. Mogli zapisać ewentualnie pomysł krycia swojego zaangażowania przed światem i myśleć dalej, bo Ambroise nie byłby z życia w taki sposób.
- Myślę, że już dawno o tym wiedzą - wzruszył ramionami na te panny, bo o ile sam okazywał równe rozdrażnienie na myśl o kawalerach, których mogła próbować wciskać Geraldine matka to we własnym przypadku nie czuł powodów do ukrywania, że był kompletnie niezainteresowany kimkolwiek innym.
- Zresztą dałbym im to jasno do zrozumienia, gdybyś zrobiła mi ten zaszczyt i dała się zaprosić na najbliższe wydarzenie, które jest - zmarszczył brwi starając się przypomnieć sobie słowa, które niedawno padły u niego w domu z ust Evelyn Greengrass mającej tendencję do dokładnego pilnowania wszelkich dat towarzyskich; on nie był w tym najlepszy, o czym świadczyło między innymi to, że parokrotnie dał się wmanewrować w bycie osobą towarzyszącą jakiejś czystokrwistej panny z irytująco dobrego domu.
- Nie wiem - przyznał mimo najszczerszej próby przypomnienia sobie jakichś detali.
Cóż. Prawdopodobnie mógłby rzucić jakąś cholerą, gdyby dotarło do niego, że najbliższa okazja była niespełna dwa tygodnie od bieżącego dnia.
Szczególnie, gdy już wolał postawić sprawę jasno i zabrać tam swoją świadomie wybraną drugą połówkę, nawet jeśli to mogło wywołać różne reakcje. On również nie miał nieposzlakowanej opinii wśród niektórych czarodziejów, ale zdarzało mu się uśmiechać pod nosem już wcześniej, gdy słyszał, że to Yaxleyówna mimo najszczerszych starań była tą większą enfant terrible z ich dwojga. Mieli przez chwilę pobyć na językach, ale to go raczej rozśmieszało niż martwiło.
Byli dorosłymi ludźmi z odpowiednich rodzin. Nie robili niczego niezdrożnego. Może łamali trochę konwenansów, ale nie robili nic, co byłoby powszechnie nieakceptowalne. Wręcz przeciwnie. Niektórzy mogliby pokusić się o ulgę, że ta dwójka ściągnęła się wzajemnie z matrymonialnego rynku. Rodzice wielu kawalerów i panien mogli zacząć spać spokojnie bez obawy o to, że dojdzie do czegoś, czego by nie chcieli.
Potencjalne problemy rozwiązały się same i to przy okazji w naprawdę szczęśliwy dla Greengrassa sposób. Mężczyzna nie sądził, aby miało być im przesadnie trudno w związku z nową sytuacją. Ze wszystkich możliwych rozwiązań udało im się trafić na te najbardziej naturalne. Nie musieli się z niczym kryć ani udawać obojętności, mogli z podniesionymi głowami pojawiać się w miejscach publicznych i okazywać sobie uczucia kiedy tylko chcieli. To było szczęście znane nielicznym.
Kupno tego domu nie było podyktowane koniecznością trzymania czegoś w sekrecie a raczej pragnieniem posiadania miejsca na świecie, w którym mogliby odpocząć od codzienności i rzeczywistości. Oboje pragnęli miejsca, gdzie nie muszą bawić się w konwenanse i oczekiwać, że zaraz dopadnie ich zwykłe życie, które w obu przypadkach nadal prowadzili bardzo aktywnie. Spędzali ze sobą wszelki możliwy czas, ale zawodowo nie mogli pokusić się o odpuszczenie. Zbyt wiele włożyli w swoją renomę. Tu również byli zgodni, że kiedy to było potrzebne to było potrzebne.
- Fioletowo - powtórzył machinalnie, bo całe myśli i uwagę nadal kierował na łuszczące się drzwi.
Teraz to były jego, ich drzwi a on miał swoje standardy. Może wynajęte mieszkanie na Pokątnej nie było ani trochę zgodne z większością wymagań Greengrassa, ale posiadało jedną znaczącą zaletę, która przykrywała wszelkie niedogodności - świetną lokalizację będącą doskonałą bazą wypadową do wszystkiego, co robił Ambroise.
Z kawalerki miał stosunkowo blisko zarówno do szpitala jak i na Aleję Horyzontalną, kominek był obecny i podłączony do sieci Fiuu, więc również do Doliny można było dostać się w raczej dogodny sposób. Może było małe i obskurne, ale doskonale służyło wszystkim celom. Poza tym nie łudził się. Ostatnio niemal nie spędzał tam czasu.
Własny dom to było coś innego. Jeszcze nigdy nie posiadał całkowicie prywatnego skrawka ziemi z zabudowaniami (w tym wypadku domem i małą szopą na narzędzia) tym bardziej, że nie miał takiej potrzeby. Tymczasem teraz stali się właścicielami ziemskimi i punkt widzenia zaczął mu się diametralnie zmieniać.
Patrząc na budynek przez różowe okulary nie zwracał uwagi na wszystkie mankamenty, które teraz zaczynały być widoczne. Co prawda uwaga Ambroisa nadal była głównie skupiona na tym, co mieli robić w tej chatce a nie przy niej, natomiast były drobne rzeczy już wywołujące u niego zamyślenie.
Chciał, żeby to miejsce było bardziej zadbane niż za czasów, kiedy należało do mugolskich właścicieli. Tym bardziej, że planowali tu spędzać co najmniej kilka weekendów w roku, może nawet bliżej kilku miesięcy rozbitych pomiędzy krótkie wypady.
- W niektórych niemagicznych miejscach panuje zwyczaj malowania drzwi frontowych na fioletowo - odpowiedział spokojnie, nadal marszcząc brwi, kiedy farba na drzwiach dosłownie zsuwała się z drewna pod lekkim naciskiem jego palców. - Żeby dyskretnie poinformować o tym, że nie jest to zwyczajnie mugolski dom - uściślił, choć zaraz wzruszył ramionami. - Skoro chcemy być całkiem incognito to raczej odnówmy stary kolor.
Przysiągłby, że wydawało mu się, że dom jest w znacznie lepszym stanie. Z drugiej strony jak do tej pory głównie wchodzili do środka przez tylne wejście, które miało dużo nowsze drzwi. Najpewniej wymienione po jakimś niemagicznym włamaniu. Oni, gdy tu przez chwilę mieszkali nie zostawili po sobie niemalże żadnych śladów. Natomiast mugole nie zwykli być tak dyskretni. Odnotował w pamięci, żeby przedyskutować z ukochaną nałożenie co najmniej kilku różnych zabezpieczeń. Tak na wszelki wypadek, bo czasy zaczęły robić się dziwne.
Na takim uboczu raczej nie musieli przejmować się kimś kogo kilka zaklęć nie byłoby w stanie odstraszyć - to mu pasowało i skłoniło go do tego zakupu. Choć tak właściwie głównym powodem była Geraldine i to, że po prostu chciała tego konkretnego domu. To wystarczyło, żeby mogli cieszyć się nowym zakupem a wkrótce też z powrotem sobą nawzajem.
Bezceremonialnie pomagając sobie nogą i łokciem w przejściu przez drzwi, posłał szeroki uśmiech w stronę Geraldine, obracając się z nią na rękach tak, jakby nic nie ważyła. Humor dodawał mu sił i lekkości ruchów. Tak samo jak plany na dalszą część dnia, bo remont momentalnie schodził na dalszy plan.
- Witamy w domu - oznajmił, przestępując przez próg i zamykając drzwi piętą, choć na zewnątrz nadal mieli całkiem sporo rzeczy do wniesienia.
Torby mogły poczekać, kiedy posadził dziewczynę na drewnianej komódce (na szczęście bez tamtych figurek) nachylając się nad nią tak, że niemal oparł się na rękach o blat i zmusił ją do wychylenia się w tył - plecami na ścianę. A potem po prostu ją pocałował. Nie lekko i przelotnie. Tym razem byli w domu wobec którego robili konkretne plany. To było bardzo jasne. Nie wymagało uprzedzenia.