06.10.2024, 23:43 ✶
- Umowa stoi z jednym ale. Czyżbyś zamierzała odbębnić te wizyty po łebkach? - Trochę go tym zaskoczyła, nawet jeśli od samego początku zauważał i podzielał ten brak entuzjazmu wobec odbębnienia oficjalności i obowiązków.
Mimo to spodziewał się raczej, że załatwią to w klasyczny sposób zgodny z wszelkimi konwenansami, żeby uniknąć jakichkolwiek pretensji i obiekcji, które musieliby później tolerować. No, może inaczej, bo przecież nic nie musieli, więc mogliby zignorować niechciane zachowania członków rodów i dalej żyć po swojemu, ale na oko Ambroisa łatwiej było to po prostu załatwić w jak najdogodniejszy sposób. Tak, żeby od początku postawić sprawę jasno i pozbyć się zbędnych trudności, które były do uniknięcia dzięki przeznaczeniu dodatkowych paru godzin na wizytę.
- Obawiasz się ich ingerencji? - Tym razem dobrze wiedział, że Geraldine nie wyraża żadnej obawy wobec przebiegu całej sprawy, ale nie mógł powstrzymać się przed tą sugestią.
- Wiesz, że to nie będzie takie proste, prawda? - stwierdził nieco refleksyjnie, jeszcze bardziej marszcząc brwi i po raz ostatni przesunął palcami po łuszczącej się farbie, paznokciami wydrapując przypadkowy wzór.
Przeniósł zamyślone spojrzenie zielonych oczu na Geraldine, po czym wzruszył ramionami wracając do rzeczywistości i tego, co powinni zrobić z ich sytuacją rodzinną. Jego ukochana zdecydowanie wolała załatwić to jak najszybciej. Nie. Chciała załatwić to szybko a nie jak najszybciej. W tych drugich okolicznościach mieliby to już dawno za sobą, tymczasem ciągle odwlekali moment składania wizyt, jakby to mogło cokolwiek zmienić i wpływałoby na to, że byliby w stanie po prostu pominąć niemiłą konieczność.
- Zostaw to mnie - odezwał się po chwili namysłu, raczej nie zamierzając przyjąć jakichkolwiek protestów. - Wezmę wszystko na siebie. Po prostu postaraj się nie wyglądać, jakbym trzymał cię jako mojego zakładnika - uprzedził ją głównie po to, żeby przezornie rozluźnić atmosferę, gdyby Yaxleyówna postanowiła wtrącić swoje trzy knuty odnośnie tego, że nie mógł być głównym rozjemcą.
Tak właściwie to było nawet całkiem zabawne, bo standardowo nie poczułby się odpowiedni do tej roli. Raczej stronił od bycia najbardziej odpowiedzialną i poważną osobą w pomieszczeniu. Zazwyczaj w takich sytuacjach miał tendencję do bycia zimnym i oficjalnym a mimo to w przypadku obu spotkań postanowił postarać się świecić dobrym wychowaniem.
Szczególnie w przypadku wizyty w Snowdonii, w której jak na ironię całkiem niedawno był także zawodowo całkowicie świadomy tego, że nikt poza nim nie wiedział tam o zmianie reguł gry i niepisanej hierarchii. Ani słowem nie zająknął się, że nie jest już z nimi powiązany wyłącznie medyczną opieką, choć gdzieś tam miał ochotę to zrobić, żeby uprzedzić fakty. Bliscy Geraldine i tak mieli się dowiedzieć. W jego i dziewczyny geście było to, żeby to wydarzyło się na ich zasadach.
- Za kogo ty mnie masz - skwitował niedowierzającym prychnięciem.
Jasne. Drażniła się z nim, ale sugerowanie, że miałby obawiać się ciemnego lasu było bardzo niskim posunięciem. Wychował się w Dolinie Godryka na obrzeżach Kniei. Jeszcze jako mały dzieciak zapuszczał się w gęsty las i parokrotnie zdarzyło mu się nie dopilnować godziny, wracając do domu po ciemku. W dodatku bez różdżki, bo swoją pierwszą otrzymał dopiero podczas zakupów do szkolnej wyprawki. Jeśli czegoś się obawiał to nie ciemnego lasu a tego, co mogło czaić się w głębi. A w tak dalekie rejony raczej nie zapuszczano się podczas Lithy.
Jasne, każdy wybierał trochę inny kierunek i trasę wedle własnego upodobania, ale większość czarodziejów zatrzymywała się w bezpiecznej odległości od głównych zgromadzeń. Intymnej i zapewniającej dyskrecję, ale całkiem nieszkodliwej. Poszukiwania kwiatu paproci były tak naprawdę wymówką do wymknięcia się na chwilę w średnio zalesione rejony. Mało kto brał to na poważnie i podejmował próbę zdobycia rośliny. Większość tak jak jego Geraldine nawet nie wiedziała, czym miałby być ten kwiat i jak należało upewnić się, że to był on, nie jakaś inna przypadkowa roślina wplątana między paprotniki.
- Jest drobny, jasny, świecący a nawet niemalże niewidzialny - wyjaśnił przelotnie, nie wdając się w zbytnie szczegóły, bo i tak nie mieli wybrać się na tego typu poszukiwania; przynajmniej nie w tym roku, kiedy po prostu potrzebowali się sobą nawzajem nasycić.
- Poza tym miałby kwitnąć tylko raz do roku. O północy w Lithę i być tak nietrwały, że niemal nie sposób go zdobyć - dodał mimo to, żeby miała trochę pełniejszy obraz, przy czym wykrzywił kącik ust w spoufalonym uśmiechu. - Zresztą wiesz jak to wygląda. Większość par prędzej zgniecie go pod butem niż zwróci uwagę na ten botaniczny skarb - mrugnął do niej.
Zresztą dużym niedopowiedzeniem było to, co Ambroise kulturalnie zasugerował. W większości nie chodziło o następowanie na paproć butami tylko raczej kotłowanie się po nich plecami albo innymi odsłoniętymi częściami ciała. Co prawda nie miał ku temu okazji, bo zazwyczaj nie interesowały go takie zabawy - nie musiał się do tego zniżać, żeby przyjemnie zakończyć z kimś wieczór a wspólna wizyta w lesie mogłaby zostać opatrznie odebrana jako deklaracja poważnych zamiarów.
Ten rok miał być pierwszym, kiedy mógł zgodzić się na czynny udział w konteście oraz w innych zwyczajach. Wyłącznie z uwagi na to, że chciała tego Geraldine. Co prawda nie był gotowy, żeby się dla niej całkowicie wygłupić, ale nie sądził, by zamierzała go do tego namawiać albo stawiać go w sytuacji, w której nie czułby się dobrze z całą tą otoczką. Własny komfort mieli raczej na uwadze przez większość czasu a drobny dyskomfort nosił znamiona słodkiej tortury, nie żenującego upokorzenia.
- Więc będzie drewno - przytaknął bez wahania.
Ostatnio całkiem często to robił. Ugodowość być może nie weszła mu na stałe w krew a przynajmniej nie wymknęła się poza ich relację. Pod każdym innym kątem był dokładnie taki sam jak wcześniej. Przynajmniej według siebie. Nie żywił specjalnych względów wobec nikogo innego ani nie sądził, aby jego nagłe zmiany w życiu były odczuwalne dla kogoś z zewnątrz. Starał się nie być miękkim romantycznym idiotą - a przynajmniej tak sobie mówił, gdy wkładał całą uszczypliwość w prowadzone wykłady.
Ktoś mógłby wręcz powiedzieć, że zakochany Ambroise Greengrass stał się bardziej uszczypliwy i chłodniejszy. To byłoby mu całkowicie na rękę, gdyby nie to, że w istocie dało się po nim wszystkiego domyślić. Z jednej strony usiłował nie emanować nagłą wesołością a z drugiej wpierw marudził zaś później machał ręką na rzeczy, które normalnie doprowadziłyby go do szewskiej pasji.
Poza tym zrezygnował ze zbyt wielu nadgodzin, wychodził z pracy mniej więcej o czasie, zaczął przynosić kanapki do pracy, wyglądał na znacznie bardziej wypoczętego i no cóż: niezaangażowanego w swoją przesadną zgryźliwość.
Osoby znające go ze szpitala zapewne szybciej spodziewały się zobaczyć go z kimś na sabacie niż on sam uświadomił sobie, że ta data była już blisko. Obecnie bardziej niż wcześniej żył chwilą, zwracając przy tym również uwagę na bezpośrednio wynikającą z niej przyszłość. Wbrew temu, za kogo się miał, zdawało się, że budował zamiast niszczyć. Korzystał zamiast wykorzystywać. Zwracał uwagę na konsekwencje swojego postępowania i to nie w taki sposób, w jaki robił to przedtem - nie wyłącznie wtedy, kiedy to mogło przynieść materialne korzyści.
Jasna cholera. Wziął sobie do serca bycie nową i lepszą osobą a jednocześnie wcale nie czuł, że cokolwiek udaje.
To było niemal tak naturalne jak oddychanie, choć w bieżącym kontekście nie było to zbyt dobrym porównaniem, bo złapanie oddechu przychodziło mu z trudem. Skupienie uwagi na czymkolwiek poza tym, co mieli tu i teraz, choć i to było po części wierutnym kłamstwem, bo w żadnym razie nie zwracał uwagi na takie drobne detale jak chybotanie się drewnianej komódki czy drobinki kurzu wirujące w powietrzu pod wpływem przesuwania mebla to w jedną to w drugą. To go nie obchodziło.
Lubił być tak blisko, czuć oszałamiający zapach kojarzący mu się z leśną polaną skąpaną w słońcu i jedwabistość jej skóry pod szorstkimi palcami. Tak, nawet w znajomym miejscu przy kręgosłupie, którego wcale nie pomijał dotykiem a wręcz przeciwnie - raz za razem zagarniając jej wargi, przesuwał dłońmi właśnie tam. Miał swój udział w tym, co wcale nie skaziło dla niego jej atrakcyjności a wręcz przeciwnie. Przypominało mu o tym, że ich wspólna historia sięgała znacznie głębiej i dalej, nawet jeśli potrzebowali czasu, żeby to sobie uświadomić.
Troszczył się o nią nawet wtedy - ogarnięty urazą i gniewem nie tylko z uwagi na podważanie jego medycznych kompetencji, lecz również przez to, że pod skórą wcale nie chciał tamtego przebiegu wydarzeń. Był po prostu zbyt dumny i pogrążony we własnym świecie, żeby odpowiednio wcześnie dostrzec, że odtrącenie wyciągniętej ręki nie było konieczne. Później wyłącznie szedł z prądem, nie będąc jej dłużnym we wzajemnych dziecinnych zachowaniach. A byli dorosłymi z pozoru rozsądnymi ludźmi.
Tracił przy niej ten rozsądek.
Zaledwie delikatnym muśnięciem palców potrafiła wywołać w nim wrażenie pożaru ogarniającego ciało, trawiącego je pożądaniem. Miał nadzieję, że był dla niej podobną siłą. Zadziwiające, że czyjaś obecność potrafiła wywoływać w nim tak skrajnie różne emocje składające się w jedno osobliwe uczucie spełnienia. Być zarazem kojąca i pobudzająca, właściwa w tej formie i niedostatecznie bliska, uspokajająca i przyprawiająca o drżenie ciała. Na swój sposób zatrważająco pozbawiająca go kontroli nad czymkolwiek. Powinien być tym zatrwożony. Może się temu sprzeciwiać jak to miał w zwyczaju. Nie. Poddawał się temu z każdą sekundą coraz bardziej. Intuicyjnie. Pragnął tego. Oddając część kontroli, on również otrzymywał coś, co w zupełności wystarczało, żeby uzupełnić brakujący kawałek. W efekcie nie miał wrażenia straty, jedynie całkowicie świadomej i dobrowolnej wymiany. A to brzmiało znacznie bardziej kusząco, lekko odurzająco, ale było to przyjemne uczucie. Stan, którym chciało się trwać. Jakby w tym momencie byli jedynymi ludźmi na świecie.
Poniekąd było to prawdą. To był ich mały wspólny świat. To, co poza murami i osłoną z desek dawno przestało mieć znaczenie.
Subtelności bezwiednie ustąpiły miejsca czemuś znacznie bardziej odpowiedniemu, na co wyczekiwali od czasu postanowienia, że tu spełnią swoje obietnice.
Czuł jak jej mięśnie zadrżały pod jego dotykiem, ale nie zamierzał poprzestawać już tylko na tym. Czując narastające zniecierpliwienie, mimowolnie uniósł kąciki ust, również odpowiadając w bardziej zaborczy, zniecierpliwiony sposób. Szczególnie wtedy, kiedy sięgnęła do jego koszulki. W tym momencie całkiem zbędnej, przeszkadzającej w sposób, który wywołał w nim nagłą irytację. Niechętnie przerywając łapczywą wymianę pieszczot po prostu uniósł ręce, pozwalając jej zdjąć i odrzucić gdzieś zbędny element garderoby.
Mógłby zrobić niemalże to samo. Niecierpliwymi palcami porozpinać malutkie guziczki koszuli Geraldine, wprawnie przechodząc do usłania podłogi kolejnymi ubraniami, które mogliby później pozbierać i założyć jak gdyby nigdy nic. Z tym, że nigdy nie był cierpliwym człowiekiem a odrywanie się na zbyt długo od wyczekiwanego dotyku przestało wchodzić w grę, więc po prostu pociągnął za materiał ignorując strzelające guziki, które potoczyły się po parkiecie. Chwilę później dołączyła do nich spodnia koszulka i całkiem wprawnie rozpięty biustonosz. Zostały wyłącznie te cholernie obcisłe spodnie. Tym razem już nie wzbudzające pożądliwe spojrzenia tylko znieciepliwione rozdrażnienie.
Mimo to spodziewał się raczej, że załatwią to w klasyczny sposób zgodny z wszelkimi konwenansami, żeby uniknąć jakichkolwiek pretensji i obiekcji, które musieliby później tolerować. No, może inaczej, bo przecież nic nie musieli, więc mogliby zignorować niechciane zachowania członków rodów i dalej żyć po swojemu, ale na oko Ambroisa łatwiej było to po prostu załatwić w jak najdogodniejszy sposób. Tak, żeby od początku postawić sprawę jasno i pozbyć się zbędnych trudności, które były do uniknięcia dzięki przeznaczeniu dodatkowych paru godzin na wizytę.
- Obawiasz się ich ingerencji? - Tym razem dobrze wiedział, że Geraldine nie wyraża żadnej obawy wobec przebiegu całej sprawy, ale nie mógł powstrzymać się przed tą sugestią.
- Wiesz, że to nie będzie takie proste, prawda? - stwierdził nieco refleksyjnie, jeszcze bardziej marszcząc brwi i po raz ostatni przesunął palcami po łuszczącej się farbie, paznokciami wydrapując przypadkowy wzór.
Przeniósł zamyślone spojrzenie zielonych oczu na Geraldine, po czym wzruszył ramionami wracając do rzeczywistości i tego, co powinni zrobić z ich sytuacją rodzinną. Jego ukochana zdecydowanie wolała załatwić to jak najszybciej. Nie. Chciała załatwić to szybko a nie jak najszybciej. W tych drugich okolicznościach mieliby to już dawno za sobą, tymczasem ciągle odwlekali moment składania wizyt, jakby to mogło cokolwiek zmienić i wpływałoby na to, że byliby w stanie po prostu pominąć niemiłą konieczność.
- Zostaw to mnie - odezwał się po chwili namysłu, raczej nie zamierzając przyjąć jakichkolwiek protestów. - Wezmę wszystko na siebie. Po prostu postaraj się nie wyglądać, jakbym trzymał cię jako mojego zakładnika - uprzedził ją głównie po to, żeby przezornie rozluźnić atmosferę, gdyby Yaxleyówna postanowiła wtrącić swoje trzy knuty odnośnie tego, że nie mógł być głównym rozjemcą.
Tak właściwie to było nawet całkiem zabawne, bo standardowo nie poczułby się odpowiedni do tej roli. Raczej stronił od bycia najbardziej odpowiedzialną i poważną osobą w pomieszczeniu. Zazwyczaj w takich sytuacjach miał tendencję do bycia zimnym i oficjalnym a mimo to w przypadku obu spotkań postanowił postarać się świecić dobrym wychowaniem.
Szczególnie w przypadku wizyty w Snowdonii, w której jak na ironię całkiem niedawno był także zawodowo całkowicie świadomy tego, że nikt poza nim nie wiedział tam o zmianie reguł gry i niepisanej hierarchii. Ani słowem nie zająknął się, że nie jest już z nimi powiązany wyłącznie medyczną opieką, choć gdzieś tam miał ochotę to zrobić, żeby uprzedzić fakty. Bliscy Geraldine i tak mieli się dowiedzieć. W jego i dziewczyny geście było to, żeby to wydarzyło się na ich zasadach.
- Za kogo ty mnie masz - skwitował niedowierzającym prychnięciem.
Jasne. Drażniła się z nim, ale sugerowanie, że miałby obawiać się ciemnego lasu było bardzo niskim posunięciem. Wychował się w Dolinie Godryka na obrzeżach Kniei. Jeszcze jako mały dzieciak zapuszczał się w gęsty las i parokrotnie zdarzyło mu się nie dopilnować godziny, wracając do domu po ciemku. W dodatku bez różdżki, bo swoją pierwszą otrzymał dopiero podczas zakupów do szkolnej wyprawki. Jeśli czegoś się obawiał to nie ciemnego lasu a tego, co mogło czaić się w głębi. A w tak dalekie rejony raczej nie zapuszczano się podczas Lithy.
Jasne, każdy wybierał trochę inny kierunek i trasę wedle własnego upodobania, ale większość czarodziejów zatrzymywała się w bezpiecznej odległości od głównych zgromadzeń. Intymnej i zapewniającej dyskrecję, ale całkiem nieszkodliwej. Poszukiwania kwiatu paproci były tak naprawdę wymówką do wymknięcia się na chwilę w średnio zalesione rejony. Mało kto brał to na poważnie i podejmował próbę zdobycia rośliny. Większość tak jak jego Geraldine nawet nie wiedziała, czym miałby być ten kwiat i jak należało upewnić się, że to był on, nie jakaś inna przypadkowa roślina wplątana między paprotniki.
- Jest drobny, jasny, świecący a nawet niemalże niewidzialny - wyjaśnił przelotnie, nie wdając się w zbytnie szczegóły, bo i tak nie mieli wybrać się na tego typu poszukiwania; przynajmniej nie w tym roku, kiedy po prostu potrzebowali się sobą nawzajem nasycić.
- Poza tym miałby kwitnąć tylko raz do roku. O północy w Lithę i być tak nietrwały, że niemal nie sposób go zdobyć - dodał mimo to, żeby miała trochę pełniejszy obraz, przy czym wykrzywił kącik ust w spoufalonym uśmiechu. - Zresztą wiesz jak to wygląda. Większość par prędzej zgniecie go pod butem niż zwróci uwagę na ten botaniczny skarb - mrugnął do niej.
Zresztą dużym niedopowiedzeniem było to, co Ambroise kulturalnie zasugerował. W większości nie chodziło o następowanie na paproć butami tylko raczej kotłowanie się po nich plecami albo innymi odsłoniętymi częściami ciała. Co prawda nie miał ku temu okazji, bo zazwyczaj nie interesowały go takie zabawy - nie musiał się do tego zniżać, żeby przyjemnie zakończyć z kimś wieczór a wspólna wizyta w lesie mogłaby zostać opatrznie odebrana jako deklaracja poważnych zamiarów.
Ten rok miał być pierwszym, kiedy mógł zgodzić się na czynny udział w konteście oraz w innych zwyczajach. Wyłącznie z uwagi na to, że chciała tego Geraldine. Co prawda nie był gotowy, żeby się dla niej całkowicie wygłupić, ale nie sądził, by zamierzała go do tego namawiać albo stawiać go w sytuacji, w której nie czułby się dobrze z całą tą otoczką. Własny komfort mieli raczej na uwadze przez większość czasu a drobny dyskomfort nosił znamiona słodkiej tortury, nie żenującego upokorzenia.
- Więc będzie drewno - przytaknął bez wahania.
Ostatnio całkiem często to robił. Ugodowość być może nie weszła mu na stałe w krew a przynajmniej nie wymknęła się poza ich relację. Pod każdym innym kątem był dokładnie taki sam jak wcześniej. Przynajmniej według siebie. Nie żywił specjalnych względów wobec nikogo innego ani nie sądził, aby jego nagłe zmiany w życiu były odczuwalne dla kogoś z zewnątrz. Starał się nie być miękkim romantycznym idiotą - a przynajmniej tak sobie mówił, gdy wkładał całą uszczypliwość w prowadzone wykłady.
Ktoś mógłby wręcz powiedzieć, że zakochany Ambroise Greengrass stał się bardziej uszczypliwy i chłodniejszy. To byłoby mu całkowicie na rękę, gdyby nie to, że w istocie dało się po nim wszystkiego domyślić. Z jednej strony usiłował nie emanować nagłą wesołością a z drugiej wpierw marudził zaś później machał ręką na rzeczy, które normalnie doprowadziłyby go do szewskiej pasji.
Poza tym zrezygnował ze zbyt wielu nadgodzin, wychodził z pracy mniej więcej o czasie, zaczął przynosić kanapki do pracy, wyglądał na znacznie bardziej wypoczętego i no cóż: niezaangażowanego w swoją przesadną zgryźliwość.
Osoby znające go ze szpitala zapewne szybciej spodziewały się zobaczyć go z kimś na sabacie niż on sam uświadomił sobie, że ta data była już blisko. Obecnie bardziej niż wcześniej żył chwilą, zwracając przy tym również uwagę na bezpośrednio wynikającą z niej przyszłość. Wbrew temu, za kogo się miał, zdawało się, że budował zamiast niszczyć. Korzystał zamiast wykorzystywać. Zwracał uwagę na konsekwencje swojego postępowania i to nie w taki sposób, w jaki robił to przedtem - nie wyłącznie wtedy, kiedy to mogło przynieść materialne korzyści.
Jasna cholera. Wziął sobie do serca bycie nową i lepszą osobą a jednocześnie wcale nie czuł, że cokolwiek udaje.
To było niemal tak naturalne jak oddychanie, choć w bieżącym kontekście nie było to zbyt dobrym porównaniem, bo złapanie oddechu przychodziło mu z trudem. Skupienie uwagi na czymkolwiek poza tym, co mieli tu i teraz, choć i to było po części wierutnym kłamstwem, bo w żadnym razie nie zwracał uwagi na takie drobne detale jak chybotanie się drewnianej komódki czy drobinki kurzu wirujące w powietrzu pod wpływem przesuwania mebla to w jedną to w drugą. To go nie obchodziło.
Lubił być tak blisko, czuć oszałamiający zapach kojarzący mu się z leśną polaną skąpaną w słońcu i jedwabistość jej skóry pod szorstkimi palcami. Tak, nawet w znajomym miejscu przy kręgosłupie, którego wcale nie pomijał dotykiem a wręcz przeciwnie - raz za razem zagarniając jej wargi, przesuwał dłońmi właśnie tam. Miał swój udział w tym, co wcale nie skaziło dla niego jej atrakcyjności a wręcz przeciwnie. Przypominało mu o tym, że ich wspólna historia sięgała znacznie głębiej i dalej, nawet jeśli potrzebowali czasu, żeby to sobie uświadomić.
Troszczył się o nią nawet wtedy - ogarnięty urazą i gniewem nie tylko z uwagi na podważanie jego medycznych kompetencji, lecz również przez to, że pod skórą wcale nie chciał tamtego przebiegu wydarzeń. Był po prostu zbyt dumny i pogrążony we własnym świecie, żeby odpowiednio wcześnie dostrzec, że odtrącenie wyciągniętej ręki nie było konieczne. Później wyłącznie szedł z prądem, nie będąc jej dłużnym we wzajemnych dziecinnych zachowaniach. A byli dorosłymi z pozoru rozsądnymi ludźmi.
Tracił przy niej ten rozsądek.
Zaledwie delikatnym muśnięciem palców potrafiła wywołać w nim wrażenie pożaru ogarniającego ciało, trawiącego je pożądaniem. Miał nadzieję, że był dla niej podobną siłą. Zadziwiające, że czyjaś obecność potrafiła wywoływać w nim tak skrajnie różne emocje składające się w jedno osobliwe uczucie spełnienia. Być zarazem kojąca i pobudzająca, właściwa w tej formie i niedostatecznie bliska, uspokajająca i przyprawiająca o drżenie ciała. Na swój sposób zatrważająco pozbawiająca go kontroli nad czymkolwiek. Powinien być tym zatrwożony. Może się temu sprzeciwiać jak to miał w zwyczaju. Nie. Poddawał się temu z każdą sekundą coraz bardziej. Intuicyjnie. Pragnął tego. Oddając część kontroli, on również otrzymywał coś, co w zupełności wystarczało, żeby uzupełnić brakujący kawałek. W efekcie nie miał wrażenia straty, jedynie całkowicie świadomej i dobrowolnej wymiany. A to brzmiało znacznie bardziej kusząco, lekko odurzająco, ale było to przyjemne uczucie. Stan, którym chciało się trwać. Jakby w tym momencie byli jedynymi ludźmi na świecie.
Poniekąd było to prawdą. To był ich mały wspólny świat. To, co poza murami i osłoną z desek dawno przestało mieć znaczenie.
Subtelności bezwiednie ustąpiły miejsca czemuś znacznie bardziej odpowiedniemu, na co wyczekiwali od czasu postanowienia, że tu spełnią swoje obietnice.
Czuł jak jej mięśnie zadrżały pod jego dotykiem, ale nie zamierzał poprzestawać już tylko na tym. Czując narastające zniecierpliwienie, mimowolnie uniósł kąciki ust, również odpowiadając w bardziej zaborczy, zniecierpliwiony sposób. Szczególnie wtedy, kiedy sięgnęła do jego koszulki. W tym momencie całkiem zbędnej, przeszkadzającej w sposób, który wywołał w nim nagłą irytację. Niechętnie przerywając łapczywą wymianę pieszczot po prostu uniósł ręce, pozwalając jej zdjąć i odrzucić gdzieś zbędny element garderoby.
Mógłby zrobić niemalże to samo. Niecierpliwymi palcami porozpinać malutkie guziczki koszuli Geraldine, wprawnie przechodząc do usłania podłogi kolejnymi ubraniami, które mogliby później pozbierać i założyć jak gdyby nigdy nic. Z tym, że nigdy nie był cierpliwym człowiekiem a odrywanie się na zbyt długo od wyczekiwanego dotyku przestało wchodzić w grę, więc po prostu pociągnął za materiał ignorując strzelające guziki, które potoczyły się po parkiecie. Chwilę później dołączyła do nich spodnia koszulka i całkiem wprawnie rozpięty biustonosz. Zostały wyłącznie te cholernie obcisłe spodnie. Tym razem już nie wzbudzające pożądliwe spojrzenia tylko znieciepliwione rozdrażnienie.