07.10.2024, 01:02 ✶
- Bo nie chce mi się prosić o skrzata domowego a ty wyglądasz, jakbyś potrzebowała lokum? - Odgryzł się gładko i bez większych wyrzutów sumienia, że sugerował siostrze desperację.
To, że teraz rozmawiali prawie jak ludzie wcale nie oznaczało, że był na nią mniej cięty niż jeszcze chwilę temu. Wręcz przeciwnie. Trochę już wypił i zaczął patrzeć na wszystko z lekko innej perspektywy, ale nadal wkurwiała go myśl o tym, w co wplątała się młodsza Greengrassówna. Tym bardziej, że jej decyzje nie należały do najłatwiejszych do przełknięcia. Szczególnie przez kogoś, kto naprawdę nie lubił Borginów.
Miał ku temu wiele różnych powodów. W co najmniej jednym z nich zachowywał się jak jebany hipokryta i prawdopodobnie po pijaku byłby w stanie nawiązać także do tego, co go nim czyniło. Ten dzień mógł nadejść. Natomiast to możliwe, że jeszcze nie było dziś. Dzisiaj był czas na złe spojrzenia i nieskrywaną niechęć przeciwko innym ludziom, nie samemu sobie.
- Daj mu jeszcze tydzień. Może półtora. Staruszek potrzebuje przeżyć to we własny sposób - uprzedził poważniej.
Tym razem był zupełnie szczery i pewny tego, co mówił. Thomas potrzebował teraz czasu dla siebie, żeby przetrawić pewne myśli. Niczyja obecność nie miała mu w tym tak pomóc jak samotne skupienie się na pracy i milczenie nawet do własnej żony. Nie mówiąc o tym, że przecież po kimś odziedziczyli wspólny temperament i zdecydowanie nie chodziło tu o Evelyn.
Z gniewem słodkiej Evie (jak sarkastycznie mówił o niej Ambroise) młodsza Greengrassówna nie miała mieć problemu. Tam chodziło o inne, bardziej podekscytowane kłopoty, w których już nie zamierzał brać udziału. Z tą częścią musiała sobie radzić na własną rękę. On miał jeść wtedy jabłka z sadu, kręcąc się po najbliższej okolicy, żeby ponapawać się konsekwencjami. O ile, oczywiście, miał mu przejść gniew, który do tej pory wcale nie zniknął a jedynie trochę zamilkł.
- Tak ci śpieszno, droga siostro, do wykopania mnie z domu, ledwo się zaręczyłaś i od razu bierzesz wspólny front z Evie? - Spytał nie kryjąc przekąsu, bo jej uszczypliwe pytanie było co najmniej osobliwe.
Tym bardziej, że przecież wielokrotnie zaznaczał, że nie miał w planach ożenku z żadną z tych kobiet. Z większością nie podejmował nawet próby umówienia się na kolejne spotkanie. Ot, wpadał do nich na chwilę, po czym każde rozchodziło się w swoją stronę przy obopólnej zgodzie, aby potraktować to dokładnie tak jak to czym było - spełnienie przelotnych żądz, nic więcej.
Jasne, teoretycznie Rose miała prawo wytykać jego panny (byleby nie przy nim, bo wtedy zaczynał się robić złośliwy), ponieważ najpewniej zdarzyło mu się przespać z jej jedną bądź drugą koleżanką. Co poradzić - wybór w magicznym świecie był raczej ograniczony. Natomiast miał przecież swoje standardy. To nie było miejsce, do którego zaprosiłby jakąkolwiek kochankę. Miał tu zbyt wiele cennych książek (choć pieprzniętych na podłogę i pokrytych kurzem; to fakt) to była jego jaskinia a nie romantyczne gniazdko.
No i wspomnienia. Miał z tym miejscem stanowczo zbyt wiele wspomnień, które uniemożliwiały mu spędzanie tu zbyt długiego czasu. Nie bez powodu pozwolił, by to miejsce umarło w pewnym sensie razem z jego planami ułożenia sobie normalnego szczęśliwego życia. Prócz bycia jaskinią najwidoczniej był to także grobowiec i to taki, którego nawet wprawny klątwołamacz nie mógł oczyścić.
- Sprowadzę je do twojego pokoju, skoro jest wolny - dodał równie prowokacyjnie, nawet jeśli zabrzmiała w tym nutka typową dla ich normalnego przekomarzania.
Nie skomentował prowokacyjnego sposobu zapalenia papierosa. Zamiast tego wzruszył ramionami, unosząc brwi i wychylając kolejny łyk alkoholu. Nawet się nie zakrztusił, kiedy usłyszał słowa wypływające spomiędzy warg Roselyn razem z papierosowym dymem. Nie była zaskakująca tylko świecie przekonana o słuszności swojego idiotycznego planu.
- To znajdź sobie jakiegoś miłego czystokrwistego homoseksualistę a nie aspirującego czarnoksiężnika - och, słodkie przejawy hipokryzji ewidentnie się go dziś imały; co prawda nie chodziło o wdawanie się w udawany związek z jakąś lesbijką, ale nie dalej jak dwa dni temu z zapałem studiował księgi dla, słodziutka ironia, domorosłych pasjonatów sztuk tajemnych.
Nie. Nie znał tego człowieka. Tak. Możliwe, że go pochopnie oceniał. Czy go to ruszało i miał mieć w związku z tym wyrzuty sumienia, jeżeli okaże się inaczej i Anthony faktycznie będzie tym jednym wyjątkiem na tle rodziny? Nie. W żadnym wypadku. Wbrew pozorom mieli tu jedną wspólną rację. Nie obchodziło ich jaki jest Anthony Borgin. Ambroisa szczególnie, bo już wydał opinię a był bardzo trwały i zacięty w przekonaniach. Mieli to rodzinne.
Natomiast on nie marnował dobrego alkoholu ani nie tłukł szkła, kiedy potrzebował się najebać. To było marnotrawstwo prawdopodobnie odziedziczone po Rowleach. Butelka nie dość, że się rozbiła to jeszcze małe kawałki szkła nadal usiłowały wzlecieć w górę. Idealnie. Nie wątpił, że gdyby mogły to zrobić to pewnie zmieniłyby cel na jego twarz.
- Żeby wyjaśnić swoje podejście do sprawy - stwierdził z niejaką przeplataną goryczą obojętnością, dając Rosie do zrozumienia, że nie sądzi, aby to spotkanie mogło cokolwiek zmienić, stąd jak do tej pory nie postanowił doprowadzić go do skutku.
Prócz tego ustalił z nią przecież, że spotkają się w bardzo zbieżnym celu a to od niej chciał otrzymać wpierw wyjaśnienia. Było to dla niego znacznie ważniejsze niż jakiekolwiek pierdolenie człowieka, którego w tej chwili wolał nie widzieć w najbliższej okolicy. Nieważne jak kulturalna byłaby wymiana listów.
Wzruszył ramionami, przelotnie machając różdżką w kierunku rozbitej butelki. Nie chciało mu się wstawać, żeby to posprzątać, ale leksykon kieszonkowy nie zasługiwał na taplanie się w resztkach alkoholu. Co prawda za pierwszym razem zatrzęsła mu się ręka, ale po prostu zrobił to ponownie licząc na to, że uda mu się rozproszyć efekty nieudanej translokacji.
Czy kończę próby wzniesienia się kawałków butelki za:
pierwszym razem?
drugim razem?
A może alkohol już opóźnia mi zmysły i nie odnoszę powodzenia?
To, że teraz rozmawiali prawie jak ludzie wcale nie oznaczało, że był na nią mniej cięty niż jeszcze chwilę temu. Wręcz przeciwnie. Trochę już wypił i zaczął patrzeć na wszystko z lekko innej perspektywy, ale nadal wkurwiała go myśl o tym, w co wplątała się młodsza Greengrassówna. Tym bardziej, że jej decyzje nie należały do najłatwiejszych do przełknięcia. Szczególnie przez kogoś, kto naprawdę nie lubił Borginów.
Miał ku temu wiele różnych powodów. W co najmniej jednym z nich zachowywał się jak jebany hipokryta i prawdopodobnie po pijaku byłby w stanie nawiązać także do tego, co go nim czyniło. Ten dzień mógł nadejść. Natomiast to możliwe, że jeszcze nie było dziś. Dzisiaj był czas na złe spojrzenia i nieskrywaną niechęć przeciwko innym ludziom, nie samemu sobie.
- Daj mu jeszcze tydzień. Może półtora. Staruszek potrzebuje przeżyć to we własny sposób - uprzedził poważniej.
Tym razem był zupełnie szczery i pewny tego, co mówił. Thomas potrzebował teraz czasu dla siebie, żeby przetrawić pewne myśli. Niczyja obecność nie miała mu w tym tak pomóc jak samotne skupienie się na pracy i milczenie nawet do własnej żony. Nie mówiąc o tym, że przecież po kimś odziedziczyli wspólny temperament i zdecydowanie nie chodziło tu o Evelyn.
Z gniewem słodkiej Evie (jak sarkastycznie mówił o niej Ambroise) młodsza Greengrassówna nie miała mieć problemu. Tam chodziło o inne, bardziej podekscytowane kłopoty, w których już nie zamierzał brać udziału. Z tą częścią musiała sobie radzić na własną rękę. On miał jeść wtedy jabłka z sadu, kręcąc się po najbliższej okolicy, żeby ponapawać się konsekwencjami. O ile, oczywiście, miał mu przejść gniew, który do tej pory wcale nie zniknął a jedynie trochę zamilkł.
- Tak ci śpieszno, droga siostro, do wykopania mnie z domu, ledwo się zaręczyłaś i od razu bierzesz wspólny front z Evie? - Spytał nie kryjąc przekąsu, bo jej uszczypliwe pytanie było co najmniej osobliwe.
Tym bardziej, że przecież wielokrotnie zaznaczał, że nie miał w planach ożenku z żadną z tych kobiet. Z większością nie podejmował nawet próby umówienia się na kolejne spotkanie. Ot, wpadał do nich na chwilę, po czym każde rozchodziło się w swoją stronę przy obopólnej zgodzie, aby potraktować to dokładnie tak jak to czym było - spełnienie przelotnych żądz, nic więcej.
Jasne, teoretycznie Rose miała prawo wytykać jego panny (byleby nie przy nim, bo wtedy zaczynał się robić złośliwy), ponieważ najpewniej zdarzyło mu się przespać z jej jedną bądź drugą koleżanką. Co poradzić - wybór w magicznym świecie był raczej ograniczony. Natomiast miał przecież swoje standardy. To nie było miejsce, do którego zaprosiłby jakąkolwiek kochankę. Miał tu zbyt wiele cennych książek (choć pieprzniętych na podłogę i pokrytych kurzem; to fakt) to była jego jaskinia a nie romantyczne gniazdko.
No i wspomnienia. Miał z tym miejscem stanowczo zbyt wiele wspomnień, które uniemożliwiały mu spędzanie tu zbyt długiego czasu. Nie bez powodu pozwolił, by to miejsce umarło w pewnym sensie razem z jego planami ułożenia sobie normalnego szczęśliwego życia. Prócz bycia jaskinią najwidoczniej był to także grobowiec i to taki, którego nawet wprawny klątwołamacz nie mógł oczyścić.
- Sprowadzę je do twojego pokoju, skoro jest wolny - dodał równie prowokacyjnie, nawet jeśli zabrzmiała w tym nutka typową dla ich normalnego przekomarzania.
Nie skomentował prowokacyjnego sposobu zapalenia papierosa. Zamiast tego wzruszył ramionami, unosząc brwi i wychylając kolejny łyk alkoholu. Nawet się nie zakrztusił, kiedy usłyszał słowa wypływające spomiędzy warg Roselyn razem z papierosowym dymem. Nie była zaskakująca tylko świecie przekonana o słuszności swojego idiotycznego planu.
- To znajdź sobie jakiegoś miłego czystokrwistego homoseksualistę a nie aspirującego czarnoksiężnika - och, słodkie przejawy hipokryzji ewidentnie się go dziś imały; co prawda nie chodziło o wdawanie się w udawany związek z jakąś lesbijką, ale nie dalej jak dwa dni temu z zapałem studiował księgi dla, słodziutka ironia, domorosłych pasjonatów sztuk tajemnych.
Nie. Nie znał tego człowieka. Tak. Możliwe, że go pochopnie oceniał. Czy go to ruszało i miał mieć w związku z tym wyrzuty sumienia, jeżeli okaże się inaczej i Anthony faktycznie będzie tym jednym wyjątkiem na tle rodziny? Nie. W żadnym wypadku. Wbrew pozorom mieli tu jedną wspólną rację. Nie obchodziło ich jaki jest Anthony Borgin. Ambroisa szczególnie, bo już wydał opinię a był bardzo trwały i zacięty w przekonaniach. Mieli to rodzinne.
Natomiast on nie marnował dobrego alkoholu ani nie tłukł szkła, kiedy potrzebował się najebać. To było marnotrawstwo prawdopodobnie odziedziczone po Rowleach. Butelka nie dość, że się rozbiła to jeszcze małe kawałki szkła nadal usiłowały wzlecieć w górę. Idealnie. Nie wątpił, że gdyby mogły to zrobić to pewnie zmieniłyby cel na jego twarz.
- Żeby wyjaśnić swoje podejście do sprawy - stwierdził z niejaką przeplataną goryczą obojętnością, dając Rosie do zrozumienia, że nie sądzi, aby to spotkanie mogło cokolwiek zmienić, stąd jak do tej pory nie postanowił doprowadzić go do skutku.
Prócz tego ustalił z nią przecież, że spotkają się w bardzo zbieżnym celu a to od niej chciał otrzymać wpierw wyjaśnienia. Było to dla niego znacznie ważniejsze niż jakiekolwiek pierdolenie człowieka, którego w tej chwili wolał nie widzieć w najbliższej okolicy. Nieważne jak kulturalna byłaby wymiana listów.
Wzruszył ramionami, przelotnie machając różdżką w kierunku rozbitej butelki. Nie chciało mu się wstawać, żeby to posprzątać, ale leksykon kieszonkowy nie zasługiwał na taplanie się w resztkach alkoholu. Co prawda za pierwszym razem zatrzęsła mu się ręka, ale po prostu zrobił to ponownie licząc na to, że uda mu się rozproszyć efekty nieudanej translokacji.
Czy kończę próby wzniesienia się kawałków butelki za:
Rzut N 1d100 - 13
Akcja nieudana
Akcja nieudana
pierwszym razem?
Rzut N 1d100 - 56
Sukces!
Sukces!
drugim razem?
A może alkohol już opóźnia mi zmysły i nie odnoszę powodzenia?