• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise

[06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
07.10.2024, 15:44  ✶  
Uniósł brwi, po czym parsknął pod nosem.
- Z tym Merlinem bym nie przesadzał. To był raczej jakiś dupek z potrzebą kontroli. Nie ma w tym świętości - stwierdził bezpośrednio.
Był świadomy, że mówi coś czym nie powinien dzielić się z nikim innym. No, może jeszcze z kimś z przyjaciół spoza czystokrwistego stanu. W ich kręgach takie słowa zostałyby odebrane niemal jak świętokradztwo. Całe szczęście przy Geraldine mógł być całkowicie szczery, nie dbając o mówienie czegoś niezgodnego z przyjętymi prawdami.
No, poza tym co jak co - znał się na dupkach z potrzebą kontroli. Był jednym z nich. Wyczuwał pismo nosem i nawet rozumiał pewne zalety wynikające z takich a nie innych układów społecznych. Z tym, że jednocześnie nie przeszkadzało mu to nimi pogardzać.
- Dobrze - przytaknął wracając do sedna sprawy, a więc ich wspólnego frontu wobec spotkań rodzinnych. - Żadna nie będzie niezadowolona - zapewnił z nienaruszoną pewnością tego co mówi.
W tym wypadku był zdecydowany i stanowczy w zapewnianiu Geraldine o tym, że pójdzie im tak dobrze jak tylko to jest możliwe. Miał świadomość, że nie są w stanie kontrolować wszystkiego. Wiele mogło zależeć od czegoś banalnego jak gorszy dzień któregoś członka rodziny albo przypadkowe przewrócenie wazy z zupą, ale nie należało się tym przejmować. Nawet on to wiedział, choć w życiu kierował się przekonaniem, że należy zadbać o wszystkie okoliczności mogące przynieść nieoczekiwane efekty.
W swojej porywczości nie był nierozsądny. Wyłącznie skory do robienia wszystkiego po swojemu w sposób często pozbawiony cierpliwości. Zdarzało mu się wynajdować koło na nowo, ale umiał zwrócić na to uwagę i nie był zupełnie ślepy na alternatywy a jedynie wybierał podążanie własną drogą w zgodzie z tym, co czuł i czego chciał.
Nie mógł kontrolować poziomu posolenia zupy ani stabilności wazy obiadowej, ale mógł kulturalnie przeprosić za niedogodności, faux pas, przypadkową niezdarność i tak dalej a następnie pozbyć się plam przy pomocy zaklęcia. Nad tym miał kontrolę.
- Tak to załatwimy. Po mistrzowsku - naprawdę żywił przekonanie, że miało być dobrze.
Co najmniej przyzwoicie, bo zgodnie z konwenansami. Sam zamierzał zadbać o swoją część formalności. Poinformowania Evelyn o konieczności wydania obiadu, ustalenia daty, uprzedzenia skrzatów, przygotowania żyznego gruntu do rozmowy o planach i zamiarach. Tyle tylko, że nie dziś. Ten dzień był dla nich. Nie ich rodzin.
- Ależ nie mam z tym problemu. Chcę, żebyś czuła się swobodnie - zapewnił mimo wszystko, ściskając dłonią talię Geraldine i posyłając jej nieznaczny uśmiech, który poszerzył się, kiedy zapewniła go, że nie powinien jej traktować jak zakładniczki.
Wiedział, że jest przy nim z własnej woli. To było przyjemnym kontrastem dla wcześniejszego myślenia sprzed paru miesięcy, że są do siebie w jakiś sposób uwiązani. Co prawda nadal od czasu do czasu zastanawiał się nad tamtym dniem i nagłymi uczuciami sprzecznymi z wcześniejszą niechęcią, ale szybko wypierał to z głowy dając sobie do zrozumienia, że po prostu się mylili.
To było tylko ich powiązanie. Świadome i dobrowolne a nie wymuszone przez jakieś niefizyczne siły. Tym bardziej, że raczył przypominać sobie, że nie od razu miał z nią problem. Ich początki też były obiecujące. Od samego początku patrzył na nią w trochę inny sposób. Chwilowe pogubienie było jedynie minioną przeszkodą tak jak ich obecna relacja była powrotem na właściwe tory.
- Czyli to ja jestem twoim zakładnikiem? - Spytał mimochodem głównie po to, aby wywołać u niej uśmiech.
Tylko dlatego brnął w kontynuowanie rozmowy o konieczności przedstawienia się otoczeniu jako poważna, zobowiązana wobec siebie para.
- Upolowałaś mnie, Geraldine Yaxley?
Standardowo nie spodobałaby mu się taka myśl. Raczej uważał się za kogoś, kogo nie dało się tak po prostu zagarnąć i wmanipulować w coś, czego nie chciał. Był na to zdecydowanie zbyt uparty i to mu w sobie odpowiadało. Tym bardziej, że ani trochę nie dostrzegał tych ugodowych zmian w charakterze, łagodnienia i coraz częstszego kompromisowania mimo woli. Nie widział, że dał jej poznać jego miękkie strony, przez co zdecydowanie łatwiej było Geraldine dochodzić swego, jeśli chciała to zrobić. Świadomie czy nie.
- Dolewasz mi amortencję do kawy? - Zasugerował całkiem bezczelnie, unosząc przy tym brew i wpatrując się w nią tak, jakby próbował ją przejrzeć.
Powinien być przerażony taką możliwością. Nie mógłby być nią zirytowany, ponieważ nie tak działała amortencja - ona wprawiała czarodzieja w lekkość i wyśmienity nastrój... ...czyli wszystko nawet by się zgadzało, gdyby nie to, że żartował, bo przy ich obecnych stosunkach najpewniej musieliby oboje dolewać sobie czegoś do napojów, żeby osiągnąć tak jednorodny stan.
To nie był wynik niecnych sztuczek. Tylko porywów serca wzmacnianych przez świadomość, że była jego pierwszą. Z paroma drobnymi wykluczeniami, na które patrzył przez palce, bo chodziło o bycie pierwszą miłością. Czy dojrzałą? Nie wiedział i się nad tym nie zastanawiał. Nigdy wcześniej nie przeżywał czegoś takiego. Było wyjątkowe tak samo jak ona i to, co wspólnie zaczęli tworzyć.
- Wiesz, że nie musisz? - Zapewnił ją z lekkością typową dla kogoś, kto był pewny, że i bez żadnych dodatkowych sztuczek nadal zdobyłaby jego serce.
To po prostu się stało. Nie wbrew jego woli. To byłaby zbyt wykrzywiona perspektywa niezgodna z prawdą. Zgadza się - nie planował tego wszystkiego. Raczej stronił od wszystkiego, co wymagało deklaracji i długoterminowych zobowiązań. Nie przywykł robić plany na wspólną przyszłość.
Przez większość życia twierdził, że obrana droga wyklucza emocjonalne zaangażowanie, ale nie potrzebował wiele, żeby zacząć rozważać nową perspektywę (szczególnie jak na to, że zazwyczaj bardzo trudno mu było ją zmienić) później już naturalnie przyjął zmianę okoliczności. Dostosowanie się do zmiany narracji przyszło same z siebie.
Jasne. Nie mówił, że było całkowicie bezbolesne i nie miało żadnego wpływu na jego pracę, kontakty z przyjaciółmi, relacje rodzinne i domowe. Miało, ale manewrowanie między starymi a nowymi nawykami nie było niemożliwe. Wprost okazało się całkiem wykonalne.
Jak na jego oko nie zostało im zbyt wiele, żeby móc osiągnąć upragniony spokój. Szczególnie, że podjęli wspólną decyzję o kupnie pierwszego domu - to było już coś, nawet jeśli tylko sezonowo. Poza tym spędzali ze sobą tyle czasu, że podświadomie zaakceptował jej nawyki (przynajmniej w większości) i jeszcze bardziej bezwiednie wyszło, że prawie zmienił adres pobytu w Londynie. Szczególnie, że kawalerka na Pokątnej nieszczególnie nadawała się, żeby mieszkać tam w dwie osoby.
Tak naprawdę nie minęło wiele czasu odkąd zaczęli rozmawiać o swojej relacji, ale szło w miarę z górki. Wyłącznie konieczność poinformowania rodzin i wspólnego debiutu towarzyskiego mogła sprawić im trochę większy problem, ale tu Ambroise był akurat znacznie spokojniejszy od Geraldine.
Szczególnie z Lithą. Najprawdopodobniej nie mogli mieć lepszej okazji, żeby się razem zaprezentować. Z uwagi na przebieg świętowania nie musieli robić wokół siebie szumu, pośród innych par nie mieli być na świeczniku, po kilku godzinach mogli ulotnić się do lasu pod pozorem podejmowania wyzwania i szukania kwiatu paproci.
Bo choć sądził, że mieli to zrobić tylko dla wymówki, całkiem chętnie przyjął sugestię, że może być inaczej. Rzeczywiście nie musieli traktować tego jako pretekst do bliskości, skoro później i tak mieli wrócić wspólnie do domu. Poszukiwania czegoś na serio momentalnie go zainteresowały.
- Może. Masz wprawne oko. Tylko fatalny cel, ale do kwiatów paproci nie trzeba strzelać - skwitował kiwnięciem głowy, unosząc kącik ust. Niemalże od razu ponownie pokiwał w nieznacznym zamyśleniu. - Mówisz, że bierzemy to na serio? - Ta propozycja brzmiała doskonale, choć był nią trochę zaskoczony. - Znowu mnie zadziwiasz.
Z drugiej strony mówiła mu o tym. Nie tak dawno na plaży poprzysięgła go zaskakiwać i jak do tej pory robiła to całkiem często. To były te miłe niespodzianki świadczące o wspólnym staraniu. Napełniały ciało przyjemnym ciepłem i wprawiały go w dobry nastrój. Nie, żeby potrzebował być jeszcze bardziej zadowolony z okoliczności, ale nie pogardzał tym.
- Całe szczęście - skwitował.
Rzeczywiście miał zbieżne wrażenie. Nie byli jedną z najbardziej typowych par. Na szczęście, bo w ich świecie to bywało raczej przykre niż pokrzepiające. Większość normalnych par miewała problemy wynikające z konwenansów, reguł i zasad. Związki bywały ustawiane nie z uwagi na dobro młodych czarodziejów i czarownic a na korzyści materialne. Często nie dopasowywano nikogo pod kątem charakteru ani nie dawano mu możliwości zmiany narzuconej decyzji. Z drugiej strony byli też ludzie o różnych statusach społecznych, mezalianse, nieszczęśliwe miłości.
Dobrze było być niestandardową parą. W tym wypadku ich wspólna specyficzność wróżyła im naprawdę niezłą przyszłość.
Dokładnie taką jakiej nigdy nie brał pod uwagę a jakiej mógł zdecydowanie chcieć. Pełną żaru, któremu niewiele trzeba było, żeby wybuchł ogniem. Ze wszystkich kolei losu ta wersja była najlepsza, bo zamiast spalać się nawzajem stając przeciwko sobie i buchając na siebie gniewem czy złością, całe te napięcie przekierowywali ku wspólnej satysfakcji. Nie musiał być kąśliwy natomiast odczuwał przyjemne dreszcze, kiedy to ona kąsała jego wargi, pociągając go zębami za skórę i sprawiając, że momentalnie chciał po prostu więcej.
Nie sądził, by mogli już odpuścić, odsunąć się od siebie grzecznie opuszczając zniecierpliwione, poszukujące dotyku dłonie i powolnym krokiem ruszyć wgłąb domu, zasiadając wspólnie na kanapie. Prawdę mówiąc wątpił czy w ogóle uda im się w najbliższym czasie dotrzeć do łóżka. Szczególnie, że wcale nie było niewygodnie. Za to inaczej - to było urozmaicenie względem wcześniejszych dni. Zresztą zgodne z tym, co sobie obiecali, podkreślając to, że we wspólnej chatce raczej nie mieli zachowywać się zbyt rozsądnie.
Nie z tak dogodnie, przezornie ustawioną przy drzwiach komódką. Ani nie z wyspą kuchenną, drewnianym okrągłym stołem, licznymi blatami pozbawionymi cudzych bibelotów, biurkiem w małym narożnym pokoju z widokiem na morze. No i zdecydowanie nie z narożną wanną w łazience przy drzwiach tarasowych. Tamta wanna zdecydowanie nie została tak ulokowana bez konkretnego zamiaru całkiem zbieżnego z nieskrywanymi pragnieniami.
Tak właściwie Geraldine miała rację podejmując decyzję o tym, że nie potrzebują szukać żadnego innego domu. Trafili naprawdę nieźle. Wystarczyło jedynie odnowić co nieco i do końca pozbyć się elementów ugładzających potencjał tego miejsca. Zesztą zapewne dodanych później niż tuż po budowie; możliwe, że gdy w małżeństwie poprzednich właścicieli pojawiły się dzieci psujące plany, by było to ustronne gniazdko.
No cóż, mieli tu trochę do zrobienia. Nic dziwnego, że zaczęli od weryfikowania słuszności ustawienia mebli oraz tego czy były dostatecznie wytrzymałe, żeby zasługiwać na uwagę. Komódka była całkiem solidna. Dałby jej przyzwoite sześć, może nawet siedem na dziesięć, bo bujanie się było jednocześnie zaletą i wadą.
Nie zwracał na nie zbyt dużej uwagi, jedynie przelotnie trzasnął bokiem buta o jedną z nóżek, żeby wbić ją na miejsce, kiedy zaczęła chwiać się w jedną stronę. Opleciony długimi nogami Geraldine zapewne byłby w stanie zareagować, utrzymując dziewczynę w górze. Nie stronili od bycia coraz bliżej siebie, zniecierpliwionych pociągnięć i żarliwych gestów sugerujących, że dalsze subtelności nadawały się wyłącznie do tego, żeby zostawić je z ciuchami na podłodze.
Odpowiadało mu to, co się między nimi działo. Te przyspieszone, momentami warkotliwe oddechy, pomruki zniecierpliwienia i ta drobna słodko-gorzka irytacja na czynniki zewnętrzne utrudniające im dalszy dotyk. Jeśli chwilę wcześniej nie myślał o tym w ten sposób to teraz naprawdę przeszkadzały mu pierdoły takie jak małe guziczki, sprzączki i zapięcia. Gałki przy meblu, o które zaczepił się jego pasek, więc po prostu szarpnął nim nierozmyślnie.
Mebel znowu się zachwiał. Przeklęta nóżka wymagała kopnięcia, więc znowu uderzył w nią nogą na oślep, bo ani widziało mu się odrywać od ust Geraldine ani tym bardziej poprawiać czegokolwiek dłońmi, kiedy jedynym, co tak naprawdę chciał robić było coś wręcz przeciwnego. Nie naprawa tylko pozbywanie się wszystkiego, co im przeszkadzało.
Komódki. Mieli pozbyć się komódki. Może na rzecz innego bardziej stabilnego mebla. To nie było teraz zbyt istotne.
Najważniejsze, że na ten moment służyła w wystarczający sposób. Nie musiał wysilać się, żeby móc całować kobietę po szyi, bezwiednie dociskając ją do ściany i przesuwając zębami po delikatnej, pulsującej, słodko pachnącej skórze. Z twarzą w jej zwichrzonych włosach niemalże nie mógł złapać oddechu, czując jak świat wiruje dookoła nich, upajając się jej dłońmi na ciele, wspólnym żarem i pożądaniem.
Gdy poruszyła się, żeby puścić go w pasie z początku posłał jej nierozumiejące spojrzenie kryjące w sobie pytanie o konieczność przerywania w ten sposób tego, co tak dobrze im szło.
- Mhm - nie od razu pojął, czemu to zrobiła.
Dopiero, kiedy jasno wydała mu polecenie spomiędzy zaczerwienionych warg, wstrząsnął się i niecierpliwie przesunął ręce, żeby pociągnąć za materiał spodni, zsuwając go w dół niemalże do jej kostek. A przynajmniej planował to zrobić, reagując niemalże warknięciem spod uniesionej górnej wargi, kiedy zmierzył gniewnym spojrzeniem jej buty. Kolejna rzecz nie na miejscu. Jeszcze jeden element, który dołączył do rzuconych na oślep fragmentów garderoby na podłodze. Tym razem chyba przewracając jakiś wazon - to przynajmniej sugerował dźwięk.
Sukienki. Tak. Sukienki byłyby wygodniejsze, ale jakoś sobie poradził, choć nie tak wprawnie jak ona z jego spodniami, które skopał z siebie razem z własnymi butami, spojrzeniem dając jej do zrozumienia, że to zdecydowanie nie powinien być koniec. To był wyłącznie odroczony początek poranka.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (15453), Geraldine Greengrass-Yaxley (13959)




Wiadomości w tym wątku
[06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.10.2024, 01:45
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024, 03:04
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.10.2024, 10:17
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024, 12:15
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.10.2024, 13:58
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024, 16:52
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.10.2024, 20:36
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024, 23:43
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.10.2024, 12:51
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.10.2024, 15:44
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.10.2024, 20:38
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.10.2024, 23:33
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.10.2024, 12:55
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.10.2024, 18:44
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.10.2024, 22:05
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.10.2024, 00:56
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.10.2024, 11:48
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.10.2024, 14:57
RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.10.2024, 23:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa