07.10.2024, 20:48 ✶
Wzruszył ramionami. Nie był w stanie tego stwierdzić. Z jednej strony uważał, że ojcu należy dać czas na wyżycie się przy swoich grządkach z ukochanymi roślinami, które nie mogły Thomasa zawieść tak jak własne dzieci. Z drugiej strony sam Ambroise wolałby zmierzyć się z prawdą i to jak najszybciej, oczekując, że hipotetyczna córka przyjdzie do niego i pokaja się nad własną głupotą. Natomiast do takiej sytuacji na szczęście nie miało dojść. Natomiast Roselyn tak czy inaczej miała przesrane.
- Ona przynajmniej jest jednostajnie rozczarowująca - skwitował z nieznaczną goryczą.
Choć nie zmieniłby ścieżki kariery zawodowej na żadną inną to nie był to łatwy kawałek chleba. Użeranie się z pacjentami i ich rodzinami należało do najmniejszych niedogodności. Miał wiele więcej zastrzeżeń do samego systemu i dyrekcji szpitala a także do przebiegu szkolenia stażystów, rekrutacji nowych pracowników i przypisywaniu ich do faworyzowanych oddziałów, lista była długa i mogła ciągnąć się jak pergamin z bardzo drugą łacińską inkantacją, który niedawno próbował rozszyfrować.
Faktycznie - niemalże nie miał życia poza pracą, ale wyłącznie na własne życzenie. Nikt go do tego nie zmuszał. Branie dodatkowych dyżurów było wskazane, ale już raz w przeszłości przekonał się, że nie niezbędne. Za to na początku, kiedy wrócił do postępowania zgodnie ze starym systemem czuł się znacznie bardziej doceniony.
Teraz był głównie przemęczony, lecz to miało również swoje pozytywy. Nie musiał myśleć o brakującym kawałku i o tym, że Mung niemal wykluczał u niego poukładanie sobie życia na nowo. Ślub z pracą nie mógł go zranić. Ślubu z pracą nie mógł narazić i skrzywdzić.
Za to rodzinę i bliskich owszem. Szczególnie w chwilach takich jak ta, kiedy było mu trudno zapanować nad nerwami. Nienawidził nie mieć wpływu na koleje losu i musieć wysłuchiwać czegoś, czego się nie spodziewał. Poza tym nie krył, że go zawiodła. Bardzo mocno, bo miała być tą z rodziny, która osiągnie wielkie rzeczy w świecie nauki.
Tymczasem odnosił wrażenie, że mimowolnie zmierzała ku autodestrukcji (to chyba było rodzinne, nie?) i skończeniu w najlepszym przypadku jak swoją matka. Choć tutaj Evelyn mogła pochwalić się całkiem normalnym mężem. Nie potencjalnym fanatykiem czarnej magii i przyszłym (jeśli nie już będącym) poplecznikiem kolejnego Grindelwalda.
A nie wątpił akurat, że naprawdę nie musiała. Sprawę zaręczyn dało się szybko zdusić w zarodku. Mogła znaleźć kogoś kto nie miał w genach szaleństwa i w kogo żyłach nie płynęła zawiść czarna jak toksyczna smoła. Roselyn była obiektywnie atrakcyjna, inteligentna (choć zaczął w to powątpiewać), wychowana i jeszcze chwilę temu miała przed sobą świetlaną przyszłość.
- Skorzystaj z niej raczej jutro - stwierdził z niesmakiem, nie komentując tamtej rozbitej butelki, straconego alkoholu ani rzuconego zaklęcia.
Dokładnie na tej samej zasadzie nie wyciągnął ręki, żeby pomóc siostrze w siłowaniu się z nową flaszką. Odnosił wrażenie, że zbyt długo starano się chronić ją przed konsekwencjami własnych zachowań i to doprowadziło do tej sytuacji. Nie problemów z odkorkowaniem alkoholu, choć robiła to jak dziewczyna (którą była, ale cholera) a paskudnym dziegciowym piwem, którego sobie nawarzyła.
Na dodatek w piance zaczęły ukazywać się kolejne interesujące fakty. Wypływały na powierzchnię jak utopione muchy.
- Pardon? - Z początku głównie zamrugał parokrotnie zaskoczony, marszcząc brwi i wychylając się na krześle w kierunku Roselyn, po czym niemal od razu bujnął się w tył mląc w ustach ciągnący się ciąg przekleństw, bo może coś niewłaściwie zrozumiał...
...ale nie. Widząc jego ewidentne co do chuja?! wcale nie raczyła wyjaśnić, że miała na myśli coś innego niż to, co Ambroise usłyszał. Nie wyglądała, jakby zastanawiała się czym była spowodowana jego nagła reakcja. Ani nie była zmieszana, ani nie wyczekiwała skutków przyznania się do tego, że...
- ...zabrał cię na jebany Nokturn? - Na ten moment w jego głosie wybrzmiało tylko trochę napięcia nie większego od tego, które zaprezentował Rose w kawiarni na Pokątnej.
Nadzieja na to, że nie miało go to doprowadzić do wrzenia była jednakże złudna. Chwilowo sięgnął po kolejną butelkę spod biurka. Niemal zapomniał, że miał tu pokaźne zapasy alkoholu z zamierzchłych czasów. Odkręcił ją i bez wahania pociągnął solidny łyk. Tym razem nieprzezornie nie wąchając uprzednio butelki ani nie przyglądając się zmętniałej zawartości, przez co niemal od razu splunął do kosza wzdrygając się, ale chyba dzięki temu tracąc przy tym resztki zaskoczenia. Czymkolwiek były napoczęte procenty, zepsuły się na równi z jego humorem.
- Gdzie... ...cię... ...zabrał... ...Anthony... ...jebany... ...Borgin... ...zastanów... ...się... ...dobrze - ni to wypluł jak wcześniejszy alkohol, ni to wysyczał przez zęby.
Bezwiednie wychylił się do przodu splatając przed sobą palce dłoni i wbijając świdrujące spojrzenie w siostrę. Nokturn? Może jeszcze mieli wybrać się na Ścieżki, co? Po co się ograniczać?
- Ona przynajmniej jest jednostajnie rozczarowująca - skwitował z nieznaczną goryczą.
Choć nie zmieniłby ścieżki kariery zawodowej na żadną inną to nie był to łatwy kawałek chleba. Użeranie się z pacjentami i ich rodzinami należało do najmniejszych niedogodności. Miał wiele więcej zastrzeżeń do samego systemu i dyrekcji szpitala a także do przebiegu szkolenia stażystów, rekrutacji nowych pracowników i przypisywaniu ich do faworyzowanych oddziałów, lista była długa i mogła ciągnąć się jak pergamin z bardzo drugą łacińską inkantacją, który niedawno próbował rozszyfrować.
Faktycznie - niemalże nie miał życia poza pracą, ale wyłącznie na własne życzenie. Nikt go do tego nie zmuszał. Branie dodatkowych dyżurów było wskazane, ale już raz w przeszłości przekonał się, że nie niezbędne. Za to na początku, kiedy wrócił do postępowania zgodnie ze starym systemem czuł się znacznie bardziej doceniony.
Teraz był głównie przemęczony, lecz to miało również swoje pozytywy. Nie musiał myśleć o brakującym kawałku i o tym, że Mung niemal wykluczał u niego poukładanie sobie życia na nowo. Ślub z pracą nie mógł go zranić. Ślubu z pracą nie mógł narazić i skrzywdzić.
Za to rodzinę i bliskich owszem. Szczególnie w chwilach takich jak ta, kiedy było mu trudno zapanować nad nerwami. Nienawidził nie mieć wpływu na koleje losu i musieć wysłuchiwać czegoś, czego się nie spodziewał. Poza tym nie krył, że go zawiodła. Bardzo mocno, bo miała być tą z rodziny, która osiągnie wielkie rzeczy w świecie nauki.
Tymczasem odnosił wrażenie, że mimowolnie zmierzała ku autodestrukcji (to chyba było rodzinne, nie?) i skończeniu w najlepszym przypadku jak swoją matka. Choć tutaj Evelyn mogła pochwalić się całkiem normalnym mężem. Nie potencjalnym fanatykiem czarnej magii i przyszłym (jeśli nie już będącym) poplecznikiem kolejnego Grindelwalda.
A nie wątpił akurat, że naprawdę nie musiała. Sprawę zaręczyn dało się szybko zdusić w zarodku. Mogła znaleźć kogoś kto nie miał w genach szaleństwa i w kogo żyłach nie płynęła zawiść czarna jak toksyczna smoła. Roselyn była obiektywnie atrakcyjna, inteligentna (choć zaczął w to powątpiewać), wychowana i jeszcze chwilę temu miała przed sobą świetlaną przyszłość.
- Skorzystaj z niej raczej jutro - stwierdził z niesmakiem, nie komentując tamtej rozbitej butelki, straconego alkoholu ani rzuconego zaklęcia.
Dokładnie na tej samej zasadzie nie wyciągnął ręki, żeby pomóc siostrze w siłowaniu się z nową flaszką. Odnosił wrażenie, że zbyt długo starano się chronić ją przed konsekwencjami własnych zachowań i to doprowadziło do tej sytuacji. Nie problemów z odkorkowaniem alkoholu, choć robiła to jak dziewczyna (którą była, ale cholera) a paskudnym dziegciowym piwem, którego sobie nawarzyła.
Na dodatek w piance zaczęły ukazywać się kolejne interesujące fakty. Wypływały na powierzchnię jak utopione muchy.
- Pardon? - Z początku głównie zamrugał parokrotnie zaskoczony, marszcząc brwi i wychylając się na krześle w kierunku Roselyn, po czym niemal od razu bujnął się w tył mląc w ustach ciągnący się ciąg przekleństw, bo może coś niewłaściwie zrozumiał...
...ale nie. Widząc jego ewidentne co do chuja?! wcale nie raczyła wyjaśnić, że miała na myśli coś innego niż to, co Ambroise usłyszał. Nie wyglądała, jakby zastanawiała się czym była spowodowana jego nagła reakcja. Ani nie była zmieszana, ani nie wyczekiwała skutków przyznania się do tego, że...
- ...zabrał cię na jebany Nokturn? - Na ten moment w jego głosie wybrzmiało tylko trochę napięcia nie większego od tego, które zaprezentował Rose w kawiarni na Pokątnej.
Nadzieja na to, że nie miało go to doprowadzić do wrzenia była jednakże złudna. Chwilowo sięgnął po kolejną butelkę spod biurka. Niemal zapomniał, że miał tu pokaźne zapasy alkoholu z zamierzchłych czasów. Odkręcił ją i bez wahania pociągnął solidny łyk. Tym razem nieprzezornie nie wąchając uprzednio butelki ani nie przyglądając się zmętniałej zawartości, przez co niemal od razu splunął do kosza wzdrygając się, ale chyba dzięki temu tracąc przy tym resztki zaskoczenia. Czymkolwiek były napoczęte procenty, zepsuły się na równi z jego humorem.
- Gdzie... ...cię... ...zabrał... ...Anthony... ...jebany... ...Borgin... ...zastanów... ...się... ...dobrze - ni to wypluł jak wcześniejszy alkohol, ni to wysyczał przez zęby.
Bezwiednie wychylił się do przodu splatając przed sobą palce dłoni i wbijając świdrujące spojrzenie w siostrę. Nokturn? Może jeszcze mieli wybrać się na Ścieżki, co? Po co się ograniczać?