08.10.2024, 17:34 ✶
— W robaka mówisz. Smoki mogą być mniej subtelne — uśmiechnęła się jeszcze raz. — Minęłaś go? To pewnie była Fiona, nasz walijski zielony. Ma taki nawyk, że lubi latać nisko, prawie na wysokości koron drzew, żeby sobie popatrzeć z bliska. Kiedyś myśleliśmy, że szuka pożywienia, ale chyba po prostu lubi straszyć dla zabawy.
Dla Mony rozmowa o smoczych figlach była jak pogaduszka o pogodzie.
— Jasne, spróbuję ci pokazać co i jak! Smoki mają dobrą pamięć. A jeśli twój przodek rzeczywiście zabił jednego w pojedynku, to znaczy, że miał niezłą odwagę, a może i… no, niezły talent. Chociaż miecz to trochę archaiczne podejście do sprawy, a my mamy odrobinę przyjaźniejsze. W mojej rodzinie krążyła legenda o ujeżdżaniu smoka, a więc tak w nawiązaniu do tego o czym rozmawiałyśmy — wyszczerzyła się.
Legendy i mity nigdy nie były jej mocną stroną. I chociaż czasami wydawały się odległe, jak echo dawnych czasów, które nie miały nic wspólnego z jej rzeczywistością, to je lubiła. Opowieść o przodku panny Longbottom, który miał zabić smoka, była ciekawym wątkiem, który zatrzymał na chwilę jej myśli. W końcu to w jej rękach leżała odpowiedzialność za ochronę tych stworzeń, a nie ich zabijanie, prawda?
— A jeśli chodzi o Devon, tak, byłam tam kilka lat temu. Klify były niesamowite! I te widoki… — zamyśliła się na chwilę, a w jej głosie słyszeć było nutę sentymentu. — Włosy nawalają ci w twarz, ale nasze też mają swój urok, obiecuję! Właściwie dzisiaj jest naprawdę słonecznie, więc nie powinno być problemu z piknikiem… Bogowie, chcę już to ciasto zjeść. Jeśli chodzi o zamki na klifach… hmm, nie mamy zbyt dużo na samych klifach, raczej nie w tej części rezerwatu. Chyba Szkocja ma ich trochę więcej. Lubisz tego typu zabytki?
Mały łobuz był bardziej ciekawski niż niebezpieczny, więc jeszcze przez moment badał dłoń Brenny z zainteresowaniem. A potem otarł się łebkiem o nią. I tak oto dumna bestia padła… uległa. Jego oczka zabłysły z zadowoleniem, przysiadł bliżej wyraźnie gotowy na pieszczoty.
Mona zaśmiała się, wyobrażając sobie chaotyczną scenę w gabinecie klątwołamacza. — A co do butów… no cóż, zawsze to wymówka, żeby pokazać nowe skarpetki. Ale tak na poważnie, to dobrze, że nikomu nic się nie stało i cieszę się, że jesteś cała i zdrowa, Brenno.
Pochyliła się nad plecionym koszem, który wzięła znikąd, starannie układając do środka pokrojony torcik. Wrzuciła sztućce oraz talerzyki dla dwóch osób. Naszykowała koc obok do wzięcia. Zignorowała stosy papierów w tle, bo miała w głowie wizję przyjemnego pikniku z Brenną. I Zębatkiem. I torcikiem od Brenny. Gdy wszystko było już gotowe, Mona wyprostowała się i westchnęła z satysfakcją.
— Gotowe, możemy iść… Och, zdecydowanie! Jedna z naszych młodych smoczyc, wiesz, taka czerwonawa, postanowiła, że nasz rezerwat to za mało i uciekła. Powędrowała za daleko. No i wyobraź sobie, podobno pożarła parę owiec jakiegoś biednego farmera-czarodzieja — rudowłosa uśmiechnęła się krzywo. Właściwie to była lekko znużona na to wspomnienie. — Facet był w szoku. Przyszedł do nas, cały blady i powiedział, że widział coś, co wyglądało jak 'wielki latający potwór', który zniknął z jego owcami. Musiałam osobiście z nim porozmawiać, wyjaśnić, że 'wielkie latające potwory' to... smoki, i że to się czasami zdarza. Chociaż, prawdę mówiąc, nie powinno. Als jakoś nie zorientował się, że całe życie mieszkał na granicy rezerwatu.
Dla Mony rozmowa o smoczych figlach była jak pogaduszka o pogodzie.
— Jasne, spróbuję ci pokazać co i jak! Smoki mają dobrą pamięć. A jeśli twój przodek rzeczywiście zabił jednego w pojedynku, to znaczy, że miał niezłą odwagę, a może i… no, niezły talent. Chociaż miecz to trochę archaiczne podejście do sprawy, a my mamy odrobinę przyjaźniejsze. W mojej rodzinie krążyła legenda o ujeżdżaniu smoka, a więc tak w nawiązaniu do tego o czym rozmawiałyśmy — wyszczerzyła się.
Legendy i mity nigdy nie były jej mocną stroną. I chociaż czasami wydawały się odległe, jak echo dawnych czasów, które nie miały nic wspólnego z jej rzeczywistością, to je lubiła. Opowieść o przodku panny Longbottom, który miał zabić smoka, była ciekawym wątkiem, który zatrzymał na chwilę jej myśli. W końcu to w jej rękach leżała odpowiedzialność za ochronę tych stworzeń, a nie ich zabijanie, prawda?
— A jeśli chodzi o Devon, tak, byłam tam kilka lat temu. Klify były niesamowite! I te widoki… — zamyśliła się na chwilę, a w jej głosie słyszeć było nutę sentymentu. — Włosy nawalają ci w twarz, ale nasze też mają swój urok, obiecuję! Właściwie dzisiaj jest naprawdę słonecznie, więc nie powinno być problemu z piknikiem… Bogowie, chcę już to ciasto zjeść. Jeśli chodzi o zamki na klifach… hmm, nie mamy zbyt dużo na samych klifach, raczej nie w tej części rezerwatu. Chyba Szkocja ma ich trochę więcej. Lubisz tego typu zabytki?
Mały łobuz był bardziej ciekawski niż niebezpieczny, więc jeszcze przez moment badał dłoń Brenny z zainteresowaniem. A potem otarł się łebkiem o nią. I tak oto dumna bestia padła… uległa. Jego oczka zabłysły z zadowoleniem, przysiadł bliżej wyraźnie gotowy na pieszczoty.
Mona zaśmiała się, wyobrażając sobie chaotyczną scenę w gabinecie klątwołamacza. — A co do butów… no cóż, zawsze to wymówka, żeby pokazać nowe skarpetki. Ale tak na poważnie, to dobrze, że nikomu nic się nie stało i cieszę się, że jesteś cała i zdrowa, Brenno.
Pochyliła się nad plecionym koszem, który wzięła znikąd, starannie układając do środka pokrojony torcik. Wrzuciła sztućce oraz talerzyki dla dwóch osób. Naszykowała koc obok do wzięcia. Zignorowała stosy papierów w tle, bo miała w głowie wizję przyjemnego pikniku z Brenną. I Zębatkiem. I torcikiem od Brenny. Gdy wszystko było już gotowe, Mona wyprostowała się i westchnęła z satysfakcją.
— Gotowe, możemy iść… Och, zdecydowanie! Jedna z naszych młodych smoczyc, wiesz, taka czerwonawa, postanowiła, że nasz rezerwat to za mało i uciekła. Powędrowała za daleko. No i wyobraź sobie, podobno pożarła parę owiec jakiegoś biednego farmera-czarodzieja — rudowłosa uśmiechnęła się krzywo. Właściwie to była lekko znużona na to wspomnienie. — Facet był w szoku. Przyszedł do nas, cały blady i powiedział, że widział coś, co wyglądało jak 'wielki latający potwór', który zniknął z jego owcami. Musiałam osobiście z nim porozmawiać, wyjaśnić, że 'wielkie latające potwory' to... smoki, i że to się czasami zdarza. Chociaż, prawdę mówiąc, nie powinno. Als jakoś nie zorientował się, że całe życie mieszkał na granicy rezerwatu.