08.10.2024, 18:44 ✶
- Znasz mnie. Jestem nieomylny - stwierdził z tą rozbrajającą szczerością człowieka, który naprawdę miewał o sobie bardzo wysokie mniemanie.
Nieczęsto wątpił w swoją zdolność oceny sytuacji a wręcz instynktownie robił wszystko, żeby nie dopuścić do siebie możliwości bycia omylnym. W tym wypadku był tego całkiem samoświadomy, szczególnie że ich rozmowa przebiegała w żartobliwym tonie. Natomiast faktem było, że czasami zapierał się przed przyznaniem, że nie ma racji. Przerośnięte ego bywało również znaczącą przeszkodą zniechęcającą niektórych ludzi przed utrzymywaniem relacji. Całe szczęście nie dotyczyło to Geraldine, przynajmniej nie na ten moment.
- To nie tak, że nie będzie żadnego alkoholu - zapewnił po nawet nie niespełna minucie, woląc nie trzymać Geraldine w całkowitym przekonaniu, że będzie zmuszona przechodzić przez to wszystko całkiem na trzeźwo. - Na pewno zaproponują ci cydr bądź wino. Po prostu nie ognistą - wyjaśnił, ściskając jej rękę.
Nie był kompletnie ślepy. Może tego nie komentował, nie chcąc dać dziewczynie do zrozumienia, że mógłby kwestionować jej towarzyskie umiejętności, ale dostrzegał to lekkie podenerwowanie. Uważał je wręcz za całkiem urocze i bardzo naturalne. Uświadamiające go wyłącznie o tym, że dokonał właściwego wyboru partnerki, bo wbrew plotkom i pozorom wcale nie była chłodna i nihilistycznie nastawiona do życia. Wolałby oczywiście, żeby podeszła do tego z równym wyluzowaniem co on, ale tak jak już wspomniał - nie zamierzał zmuszać Geraldine do robienia czegoś, czego nie chciała i wprowadzać jej w środowisko, o którym wiedziałby, że nie potraktuje jej właściwie.
Mieli to szczęście, że naprawdę trudno byłoby o obiekcje i kręcenie nosem. Raczej mogli spodziewać się co najwyżej odrobinę przesady i teatralizacji typowej dla dumnych czystokrwistych rodów. Dopóki jakkolwiek planowali trzymać się konwenansów podczas tych pierwszych spotkań, dopóty wszystko miało pójść względnie gładko. Nawet bez zbawiennego wpływu odpowiednio rozluźniającej dawki ognistej.
- Poza tym to nie tak, że niepowodzenie cokolwiek by zmieniło - dodał, tego także będąc pewnym.
Jasne, trochę by się pokomplikowało, czego Ambroise ogólnie wolałby uniknąć, ale żadne z nich nie było kimś, kto tak łatwo poddałby się cudzej woli. Prawda była taka, że w tym momencie życia, gdyby musiał podjąć bardziej stanowcze kroki to by to zrobił. Reakcja jego rodziny na dokonany wybór miała być wyłącznie tym - reakcją. Subiektywnym odczuciem a nie czymś, co specjalnie robiło różnicę i miało wiążące znaczenie. Oczywiście zbiłoby go z tropu, gdyby ktokolwiek z Greengrassów miał do Geraldine jakieś ale, jednakże to było jego życie. Nie jego rodziny. Szanował więzi rodzinne, pilnował się, żeby nie przynosić wstydu i żeby jego posunięcia nie odbijały się na najbliższych, natomiast w żadnym wypadku nie zamierzał dać decydować za siebie. Obiecał jej swoje pełne zaangażowanie - to było wiążące.
Szczególnie, że pierwszy raz od... ...od zawsze albo od nigdy - trudno było stwierdzić... ... pierwszy raz w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, że się angażuje. Ba. Że już to zrobił. Zaangażował się mimo woli gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami i spotkaniami. Przyszło mu to tak naturalnie, że w rzeczywistości nie spostrzegł zanim to nie było już rzeczywistością a Geraldine nie stała się integralną częścią jego życia. Jeśli ktoś nie był w stanie tego pojąć to nie był ich problem. Oni mieli co do siebie raczej zbieżne przekonania i pewność, nawet jeśli teraz trochę podkoloryzowaną przez różowe okulary.
- Wkrótce? - To była raczej obietnica, deklaracja a nie pytanie.
Skoro mieli własną nadmorską rezydencję powinni spędzić w niej więcej czasu na raz niż tylko długi weekend. Szczególnie, że zbliżało się lato a jemu przysługiwało całkiem dużo urlopu. Oczywiście nie mógł go wziąć tak samowolnie, żeby zostać tu razem już teraz, ale wcześniejsze nawyki miały swoje dobre konsekwencje. Kto jak kto, ale on zwykł raczej magazynować dni wolne i nigdy ich nie wykorzystywać w pełni. Dzięki temu wizja dwóch, może nawet trzech tygodni na koniec lata albo początek jesieni (a może też zimą?) nie była taka nieprawdopodobna. To mógł być kolejny pierwszy raz, kiedy coś z nią robił. Zadziwiające, ile mogło się nagle zmienić w wyniku pozornie niewygodnego splotu zdarzeń.
- Wtedy czy w ogóle? - Prychnął obdarzając Geraldine podejrzliwie powątpiewającym spojrzeniem. - Zastanów się nad odpowiedzią, bo jestem w stanie z marszu wymienić przynajmniej trzy momenty, kiedy nie byłem pewny czy będziesz mnie bić, czy załatwimy to w inny sposób - skomentował na swój sposób wyzywająco, nie kryjąc się z tym, że pewnie preferowałby to drugie rozwiązanie (a także czym ono było, nawet jeśli nie nazywał tego dosłownie), gdyby tylko doszło między nimi do dalszej konfrontacji.
Prawdę mówiąc przy tym, co się między nimi działo, osobliwością było to, że tak zgrabnie unikali angażu w otwarty konflikt. Szczególnie przez tak długo, ile zajęło im dojście do tego, że te całe silne emocje mogli przekuć w coś całkiem przyjemnego i lepszego niż posyłanie sobie pochmurnych spojrzeń i zgryźliwych komentarzy. Ostatecznie wyszło im to na dobre, ale to nie tak, że nie zdarzyło mu się zastanawiać, do czego doprowadziłyby dalsze konfrontacje.
No, dobrze - wydawało mu się to całkiem jasne, co byłoby następnym etapem, natomiast usłyszenie drugiej opinii mogło być całkiem zabawne.
- Od tego masz mnie - skwitował wzruszeniem ramion.
Nie musiała znać się na wszystkim. Szczególnie, że była dobra w wielu innych dziedzinach. Eliksiry nie były czymś, co sprawiało łatwość wszystkim czarodziejom. Wręcz przeciwnie - doświadczenia z oddziału dość jasno wskazywały na to, że większość ludzi nie wyniosła zbyt wiele z lekcji w Hogwarcie. Czemu Ambroise zresztą niespecjalnie się dziwił, bo już za jego czasów były prowadzone w bardzo nieciekawy sposób skutecznie odstraszający młodocianych adeptów magii. Nie sądził, aby zbyt wiele zmieniło się w tym zakresie od czasu, kiedy sam ukończył szkołę. Stażyści zatrudniani w Mungu prezentowali co najwyżej umiarkowanie satysfakcjonujący poziom wiedzy, którego zwiększenie było między innymi w jego zakresie. Między innymi dlatego zgodził się nie być wyłącznie uzdrowicielem - żeby móc dawać choć trochę ciekawe wykłady naprawiające edukacyjne braki.
- Nauczę cię wszystkiego, czego możesz potrzebować w tym zakresie. Od pisania dat począwszy - pozwolił sobie na tę drobną uszczypliwość wycelowaną w kierunku tamtego pamiętnego spotkania na korytarzu Munga.
W gruncie rzeczy chyba mógł powiedzieć, że cieszy się z tej słabej strony u Geraldine. Nie z jej słabości - w żadnym wypadku; wolał być jej największym fanem, natomiast gdyby nie ta nieumiejętność radzenia sobie z eliksirami najpewniej mogliby dalej mijać się podczas wydarzeń towarzyskich nie zamieniając przy tym ani słowa. Jasne. W obecnych okolicznościach należało raczej podziękować kadrze nauczycielskiej z Hogwartu i we własnym zakresie dopilnować, żeby już nikogo nie otruła.
- Tego czego? - spytał niemal od razu, ewidentnie oczekując rozwinięcia myśli błąkających się po głowie Geraldine, bo skoro już powiedziała a to powinna powiedzieć również b.
Takie były reguły. Nie on je ustalał, ale w tym momencie korzystał z ich znajomości. Jak do tej pory nie mówili sobie zbyt wiele. Nie określali się i tego, co mieli w jakichś konkretnych słowach. Owszem - nazywał ją swoją dziewczyną, reagował na to samo w stosunku do siebie, ale nie pogardziłby paroma dodatkowymi detalami. Szczególnie, że sama poruszyła ten temat, dając mu pole do manewru i wyciągnięcia z niej czegoś, co trochę podbudowałoby mu ego.
- Zgadza się - przytaknął w pierwszej chwili, ale niemal od razu zmarszczył czoło analizując myśl, która samowolnie przyszła mu do głowy. - Lepiej tego nie próbuj - nie to, żeby podejrzewał Yaxleyównę o podobne wybiegi; po prostu to było zawodowe spaczenie, które nasunęło mu do głowy interesujący acz niepokojący wniosek. - Zła dawka amortencji może przynieść wręcz przeciwny skutek, szczególnie na osobie, która już jest zaangażowana uczuciowo - stwierdził bardziej do siebie niż do niej, odnotowując sobie w głowie, żeby sprawdzić poprawność tego przypuszczenia w jakimś dogodniejszym momencie.
Oczywiście nie w praktyce. Nie było konieczności uciekania się do żadnych forteli z amortencją czy innym miłosnym narkotykiem. Całe szczęście to, co między nimi było nie krzywdziło żadnej ze stron. Pomimo początkowych wątpliwości było jasne, że darzyli się podobnymi uczuciami, mając zbliżoną wizję przyszłości. Natomiast ich rozmowa wciąż nasunęła mu na myśl coś, co gdzieś mu kiedyś mignęło w którejś z książek, a zawodowe zainteresowanie robiło swoje. Może zmienił podejście do spędzania całego życia w Mungu i na prywatnych wizytach medycznych, ale nadal miał w sobie pracoholiczne naleciałości.
Zresztą nie tylko te zawodowe nawyki musiał analizować pod kątem zmiany.
- Rozumiem - stwierdził całkiem poważnie, kiwając głową wpatrzony w niebieskie oczy dziewczyny. - Daj mi trochę czasu. Zobaczę, co da się zrobić - to była kolejna obietnica - deklaracja, że nie ignorował jej preferencji i miał wziąć pod uwagę konieczność bycia trochę bardziej wylewnym.
Nie do przesady, oczywiście. Widziały gały co brały - znacznie łatwiej mu przychodziło noszenie jej na rękach i fizyczność niż wypowiadanie pięknych słówek, ale jeśli tego chciała, chyba mógł spróbować się przemóc. Starał się mieć bardziej otwartą głowę niż zazwyczaj. Nie chciał popsuć tego, co mają. Być może nie mówił o tym na głos, ale twierdził, że mieli niezwykłe szczęście odnajdując się wzajemnie w tym całkiem popapranym świecie, szczególnie po pierwszych niesnaskach. Pasowali do siebie, potrafili dogadać się bez słów. To nie było coś, czemu łatwo dałby odejść.
Choć nie oznaczało to, że miał chętnie przystawać na wszystkie durne pomysły Geraldine. Stawiał jasną granicę przed jabłkiem na głowie, na którą to propozycję zareagował uniesieniem wzroku w kierunku nieba i parsknięciem.
- Wyglądam ci jak cyrkowiec? - Nie krył zdumienia tym, jak bardzo umiała przeskoczyć z absurdu w absurd. - Oddział wypadków przedmiotowych nie jest miejscem, w którym chcę spędzić weekend - uprzedził, gdyby to nie było wystarczająco jasne.
Mieli zupełnie inne plany, które wolałby zrealizować bez większych przeszkód i przebojów. Tym bardziej, że byli już całkiem blisko możliwości wcielenia ich w życie. Raczej nie zamierzał teraz odpuszczać Geraldine i zapominać o tym, co mu obiecywała, kiedy mierzyli się z chaotycznymi byłymi właścicielami nieruchomości. Tym bardziej, skoro zasugerowała mu, że musi bronić swojej godności i weryfikacji opinii o możliwościach.
Nieco - jeszcze czego.
- Uprawiać seks, panienko Yaxley, nazywaj to po imieniu. Podwinąć sukienkę, zgnieść paprocie, zobaczyć ile nam zajmie powrót i czy w ogóle będziemy w stanie wrócić bez zwracania na siebie uwagi - poprawił ją, bo przecież byli dorosłymi ludźmi, którzy nie powinni mieć żadnego problemu z mówieniem o tym, kim się dla siebie stali i co wynikało z ich relacji.
Nie było żadnej konieczności bycia poprawnym i dyskretnym, szczególnie nie w przypadku mówienia o tym, że jak najbardziej mógł sobie wyobrazić zaciągnięcie jej do tego ciemnego lasu pod pozorem szukania czegoś, o czego istnieniu zapomnieliby praktycznie od razu. Z drugiej strony rzeczywiście nie musieli posuwać się do marnych i powszechnie wykorzystywanych wymówek zachowując się tak, jakby to był jedyny wieczór, podczas którego mogą sobie na cokolwiek pozwolić. Mógł ją wciągnąć w las dosłownie każdego innego dnia. Niekoniecznie w Lithę, kiedy istniało duże prawdopodobieństwo, że ktoś może im przeszkodzić. Niechętnie, ale miała rację.
- Nie w Lithę. Rozumiem - pokiwał głową, wykrzywiając wargi w niezbyt zadowolonym grymasie, ale nie podejmując dalszych prób przekonania Geraldine, że ta Litha to wcale nie był taki zły pomysł.
Rzeczywiście mieli trochę więcej godności.
- Las wciąż wchodzi w grę. Zostaje - uprzedził poważniej, nie pozostawiając tego do dalszych negocjacji.
Prędzej czy później planowali wybrać się na jakąś przechadzkę po lesie. W tym wypadku nawet nie wykluczał, że mogłaby mu pokazać te swoje osławione zdolności łowieckie (byle nie z jabłkiem na jego głowie), o których raz za razem go zapewniała a w które żartobliwie powątpiewał upierając się, że muszą być wymyślone. Szczególnie, jeżeli to miałoby oznaczać te wszystkie inne rzeczy, jakby to pewnie dyskretnie określiła zamiast powiedzieć wprost, że powinni zaopatrzyć się w koc.
Jednocześnie zaledwie kilka następnych chwil wystarczyło, żeby udowodnić, że tak właściwie nie potrzebowali zbyt wiele, żeby sięgnąć po to, czego oboje pragnęli. Prawdopodobnie nawet te nieszczęsne paprocie nie byłyby takie znów najgorsze, gdyby pożądał Geraldine równie mocno, co w tym momencie. A raczej powątpiewał, by to miało szybko ulec zmianie. Wręcz przeciwnie. Miał wrażenie, że cokolwiek z nim robiła, potrafiła jednym skinięciem palca sprawić, że lgnął do niej jak rozgorączkowany szczeniak...
... choć gdyby miał okazję głębiej się zastanowić, zapewne doszedłby do wniosku, że nawet w czasach Hogwartu lub świeżo po szkole nie zachowywał się w ten sposób. Nie był tak spragniony każdego dotyku ani nie wypatrywał tego przeciągłego spojrzenia i warg wydymających się w bezgłośnym zaproszeniu. Całe szczęście nie takim, które musiałby odrzucić, żeby zachowywać się właściwie. Zbyt długo trzymał ręce przy sobie, żeby teraz utrzymać deklarację, że będzie się wobec niej zachowywać jak dżentelmen. Wystarczyła sugestia, że to nie było konieczne, żeby nie zadawał żadnych pytań. Nie musieli o tym rozmawiać, pytać się o pozwolenie na zatarcie granic, uważać na każdy zbyt porywczy dotyk, bo taki nie istniał. Przynajmniej nie dla niego.
Cokolwiek robiła, wciąż było mu mało. Rozgrzane uda i nogi zaciśnięte wokół niego, rozwichrzone włosy przyklejające się do skóry, wijące się na jej smukłej szyi wyginającej się w taki sposób, że tylko głupiec nie sunąłby po niej wargami od czasu do czasu zostawiając ślady zębów.
Nie musiał szeptać jej czułych słówek - na to zapewne też miała nadejść właściwa pora, ale w tym momencie wystarczyło, że po prostu spełnił nieme życzenie... ...nie - żądanie płynące spomiędzy palców wczepiających się w jego skórę, wijącego się języka i zapraszająco rozsuniętych ud, których widok był teraz najlepszym, co mogło na niego czekać.
Gdzieś pomiędzy przyspieszonymi oddechami zlewającymi się w jedno, wciąż pamiętał o tym, żeby unieść ją trochę bardziej, nieco stabilniej usadzając na komodzie zanim całkowicie poddali się pożądaniu, nie czekając już ani chwili dłużej i usiłując znaleźć wspólne tempo.
Nacisk palców wbijających się z paznokciami w skórę pleców wyłącznie dawał mu do zrozumienia, że postępował właściwie, napierając na nią w sposób, jakiego pragnęła. Nie musiała o nic prosić, choć niewątpliwie kiedyś miał nadejść ten moment, kiedy mógłby ją do tego skłonić powolnym rozpalaniem zmysłów, które również dałoby im satysfakcję. Tyle tylko, że odroczoną w bardzo kuszący sposób.
Natomiast nie teraz. Nie, kiedy dopiero zaczynali uczyć się swoich ciał. To byłoby nierozważne. Nie przyniosłoby tego upragnionego nasycenia. Na powolność i czułość miała nadejść pora. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości, bo to nie były przecież ich pierwsze wspólne chwile.
Gdzieś tam później między zdyszanymi oddechami i powolnymi westchnieniami powoli wkradała się subtelność. Znacznie większa niż mógłby kiedykolwiek przypuszczać, pierwszy raz pragnąc spędzać długie godziny tak po prostu leżąc w pościeli i rysując wzory układające się z drobnych pieprzyków na ciele ukochanej kobiety.
To nie była wyłącznie krótkotrwała żądza i nic poza tym. Nie chciał ulatniać się kilka chwil po tym, kiedy osiągali spełnienie, posiłkując się jakąś marną wymówką, żeby wyjść i nigdy nie wrócić. To był inny rodzaj fascynacji - budzącego się przywiązania we wzajemności pragnień i wspólnym dążeniu do tego, by zaspokoić ciała i myśli.
Nie wątpił, że przyjdzie im wracać do domu w atmosferze sprzyjającej powolnemu rozpalaniu zmysłów stanowiącej kontrast do tego, co było między nimi teraz i co (w to również nie wątpił) wcale nie miało ustąpić. Mogli pozwolić sobie na zachowanie równowagi między jednym a drugim. Kiedyś w przyszłości, bo teraz to nie byłoby naturalne.
Przyspieszony, urywany oddech świadczył o przyjemności. Tej samej, która sprawiała, że przymykała oczy, mrucząc jego imię. Wpierw zachęcająco cicho, później w ten sposób, który wywołał dreszcz satysfakcji i błysk w pociemniałych tęczówkach, sprawiając, że ani myślał przestawać. Cholernie lubił jej rozdrgany, śpiewny akcent ujawniający się w tych chwilach, nawet jeśli robiła to mimowolnie a on ani myślał ją o tym uświadamiać. To była ta drobna rzecz, którą zostawiał dla siebie jako słodką zapowiedź większej nagrody, po którą mieli już sięgnąć wspólnie. Ta była wyłącznie jego.
Dokładnie tak jak jego kobieta, wobec której nie krył zaborczości ujawniającej się w każdym zdecydowanym napierającym ruchu, gwałtownym pocałunku i pociągnięciu za jej długie jasne włosy, które w nieokreślonym momencie owinął wokół dłoni, żeby móc całować piersi Geraldine. Przynajmniej do momentu, w którym nie zacisnęła swojej dłoni wokół jego gardła, zmuszając go do uniesienia głowy i posłania jej przeciągłego spojrzenia towarzyszącego pomrukowi spod uniesionej górnej wargi ukazującej białe zęby.
Dostrzegając nadchodzące spełnienie i wyczuwając niekontrolowane drżenie ciała kochanki, przycisnął ją mocniej do ściany, oplatając ją ramionami i ignorując głośne pulsowanie krwi w uszach i wrażenie dechu zapierającego w płucach. Dla niej i tak go tracił.
Nieczęsto wątpił w swoją zdolność oceny sytuacji a wręcz instynktownie robił wszystko, żeby nie dopuścić do siebie możliwości bycia omylnym. W tym wypadku był tego całkiem samoświadomy, szczególnie że ich rozmowa przebiegała w żartobliwym tonie. Natomiast faktem było, że czasami zapierał się przed przyznaniem, że nie ma racji. Przerośnięte ego bywało również znaczącą przeszkodą zniechęcającą niektórych ludzi przed utrzymywaniem relacji. Całe szczęście nie dotyczyło to Geraldine, przynajmniej nie na ten moment.
- To nie tak, że nie będzie żadnego alkoholu - zapewnił po nawet nie niespełna minucie, woląc nie trzymać Geraldine w całkowitym przekonaniu, że będzie zmuszona przechodzić przez to wszystko całkiem na trzeźwo. - Na pewno zaproponują ci cydr bądź wino. Po prostu nie ognistą - wyjaśnił, ściskając jej rękę.
Nie był kompletnie ślepy. Może tego nie komentował, nie chcąc dać dziewczynie do zrozumienia, że mógłby kwestionować jej towarzyskie umiejętności, ale dostrzegał to lekkie podenerwowanie. Uważał je wręcz za całkiem urocze i bardzo naturalne. Uświadamiające go wyłącznie o tym, że dokonał właściwego wyboru partnerki, bo wbrew plotkom i pozorom wcale nie była chłodna i nihilistycznie nastawiona do życia. Wolałby oczywiście, żeby podeszła do tego z równym wyluzowaniem co on, ale tak jak już wspomniał - nie zamierzał zmuszać Geraldine do robienia czegoś, czego nie chciała i wprowadzać jej w środowisko, o którym wiedziałby, że nie potraktuje jej właściwie.
Mieli to szczęście, że naprawdę trudno byłoby o obiekcje i kręcenie nosem. Raczej mogli spodziewać się co najwyżej odrobinę przesady i teatralizacji typowej dla dumnych czystokrwistych rodów. Dopóki jakkolwiek planowali trzymać się konwenansów podczas tych pierwszych spotkań, dopóty wszystko miało pójść względnie gładko. Nawet bez zbawiennego wpływu odpowiednio rozluźniającej dawki ognistej.
- Poza tym to nie tak, że niepowodzenie cokolwiek by zmieniło - dodał, tego także będąc pewnym.
Jasne, trochę by się pokomplikowało, czego Ambroise ogólnie wolałby uniknąć, ale żadne z nich nie było kimś, kto tak łatwo poddałby się cudzej woli. Prawda była taka, że w tym momencie życia, gdyby musiał podjąć bardziej stanowcze kroki to by to zrobił. Reakcja jego rodziny na dokonany wybór miała być wyłącznie tym - reakcją. Subiektywnym odczuciem a nie czymś, co specjalnie robiło różnicę i miało wiążące znaczenie. Oczywiście zbiłoby go z tropu, gdyby ktokolwiek z Greengrassów miał do Geraldine jakieś ale, jednakże to było jego życie. Nie jego rodziny. Szanował więzi rodzinne, pilnował się, żeby nie przynosić wstydu i żeby jego posunięcia nie odbijały się na najbliższych, natomiast w żadnym wypadku nie zamierzał dać decydować za siebie. Obiecał jej swoje pełne zaangażowanie - to było wiążące.
Szczególnie, że pierwszy raz od... ...od zawsze albo od nigdy - trudno było stwierdzić... ... pierwszy raz w ogóle zdawał sobie sprawę z tego, że się angażuje. Ba. Że już to zrobił. Zaangażował się mimo woli gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami i spotkaniami. Przyszło mu to tak naturalnie, że w rzeczywistości nie spostrzegł zanim to nie było już rzeczywistością a Geraldine nie stała się integralną częścią jego życia. Jeśli ktoś nie był w stanie tego pojąć to nie był ich problem. Oni mieli co do siebie raczej zbieżne przekonania i pewność, nawet jeśli teraz trochę podkoloryzowaną przez różowe okulary.
- Wkrótce? - To była raczej obietnica, deklaracja a nie pytanie.
Skoro mieli własną nadmorską rezydencję powinni spędzić w niej więcej czasu na raz niż tylko długi weekend. Szczególnie, że zbliżało się lato a jemu przysługiwało całkiem dużo urlopu. Oczywiście nie mógł go wziąć tak samowolnie, żeby zostać tu razem już teraz, ale wcześniejsze nawyki miały swoje dobre konsekwencje. Kto jak kto, ale on zwykł raczej magazynować dni wolne i nigdy ich nie wykorzystywać w pełni. Dzięki temu wizja dwóch, może nawet trzech tygodni na koniec lata albo początek jesieni (a może też zimą?) nie była taka nieprawdopodobna. To mógł być kolejny pierwszy raz, kiedy coś z nią robił. Zadziwiające, ile mogło się nagle zmienić w wyniku pozornie niewygodnego splotu zdarzeń.
- Wtedy czy w ogóle? - Prychnął obdarzając Geraldine podejrzliwie powątpiewającym spojrzeniem. - Zastanów się nad odpowiedzią, bo jestem w stanie z marszu wymienić przynajmniej trzy momenty, kiedy nie byłem pewny czy będziesz mnie bić, czy załatwimy to w inny sposób - skomentował na swój sposób wyzywająco, nie kryjąc się z tym, że pewnie preferowałby to drugie rozwiązanie (a także czym ono było, nawet jeśli nie nazywał tego dosłownie), gdyby tylko doszło między nimi do dalszej konfrontacji.
Prawdę mówiąc przy tym, co się między nimi działo, osobliwością było to, że tak zgrabnie unikali angażu w otwarty konflikt. Szczególnie przez tak długo, ile zajęło im dojście do tego, że te całe silne emocje mogli przekuć w coś całkiem przyjemnego i lepszego niż posyłanie sobie pochmurnych spojrzeń i zgryźliwych komentarzy. Ostatecznie wyszło im to na dobre, ale to nie tak, że nie zdarzyło mu się zastanawiać, do czego doprowadziłyby dalsze konfrontacje.
No, dobrze - wydawało mu się to całkiem jasne, co byłoby następnym etapem, natomiast usłyszenie drugiej opinii mogło być całkiem zabawne.
- Od tego masz mnie - skwitował wzruszeniem ramion.
Nie musiała znać się na wszystkim. Szczególnie, że była dobra w wielu innych dziedzinach. Eliksiry nie były czymś, co sprawiało łatwość wszystkim czarodziejom. Wręcz przeciwnie - doświadczenia z oddziału dość jasno wskazywały na to, że większość ludzi nie wyniosła zbyt wiele z lekcji w Hogwarcie. Czemu Ambroise zresztą niespecjalnie się dziwił, bo już za jego czasów były prowadzone w bardzo nieciekawy sposób skutecznie odstraszający młodocianych adeptów magii. Nie sądził, aby zbyt wiele zmieniło się w tym zakresie od czasu, kiedy sam ukończył szkołę. Stażyści zatrudniani w Mungu prezentowali co najwyżej umiarkowanie satysfakcjonujący poziom wiedzy, którego zwiększenie było między innymi w jego zakresie. Między innymi dlatego zgodził się nie być wyłącznie uzdrowicielem - żeby móc dawać choć trochę ciekawe wykłady naprawiające edukacyjne braki.
- Nauczę cię wszystkiego, czego możesz potrzebować w tym zakresie. Od pisania dat począwszy - pozwolił sobie na tę drobną uszczypliwość wycelowaną w kierunku tamtego pamiętnego spotkania na korytarzu Munga.
W gruncie rzeczy chyba mógł powiedzieć, że cieszy się z tej słabej strony u Geraldine. Nie z jej słabości - w żadnym wypadku; wolał być jej największym fanem, natomiast gdyby nie ta nieumiejętność radzenia sobie z eliksirami najpewniej mogliby dalej mijać się podczas wydarzeń towarzyskich nie zamieniając przy tym ani słowa. Jasne. W obecnych okolicznościach należało raczej podziękować kadrze nauczycielskiej z Hogwartu i we własnym zakresie dopilnować, żeby już nikogo nie otruła.
- Tego czego? - spytał niemal od razu, ewidentnie oczekując rozwinięcia myśli błąkających się po głowie Geraldine, bo skoro już powiedziała a to powinna powiedzieć również b.
Takie były reguły. Nie on je ustalał, ale w tym momencie korzystał z ich znajomości. Jak do tej pory nie mówili sobie zbyt wiele. Nie określali się i tego, co mieli w jakichś konkretnych słowach. Owszem - nazywał ją swoją dziewczyną, reagował na to samo w stosunku do siebie, ale nie pogardziłby paroma dodatkowymi detalami. Szczególnie, że sama poruszyła ten temat, dając mu pole do manewru i wyciągnięcia z niej czegoś, co trochę podbudowałoby mu ego.
- Zgadza się - przytaknął w pierwszej chwili, ale niemal od razu zmarszczył czoło analizując myśl, która samowolnie przyszła mu do głowy. - Lepiej tego nie próbuj - nie to, żeby podejrzewał Yaxleyównę o podobne wybiegi; po prostu to było zawodowe spaczenie, które nasunęło mu do głowy interesujący acz niepokojący wniosek. - Zła dawka amortencji może przynieść wręcz przeciwny skutek, szczególnie na osobie, która już jest zaangażowana uczuciowo - stwierdził bardziej do siebie niż do niej, odnotowując sobie w głowie, żeby sprawdzić poprawność tego przypuszczenia w jakimś dogodniejszym momencie.
Oczywiście nie w praktyce. Nie było konieczności uciekania się do żadnych forteli z amortencją czy innym miłosnym narkotykiem. Całe szczęście to, co między nimi było nie krzywdziło żadnej ze stron. Pomimo początkowych wątpliwości było jasne, że darzyli się podobnymi uczuciami, mając zbliżoną wizję przyszłości. Natomiast ich rozmowa wciąż nasunęła mu na myśl coś, co gdzieś mu kiedyś mignęło w którejś z książek, a zawodowe zainteresowanie robiło swoje. Może zmienił podejście do spędzania całego życia w Mungu i na prywatnych wizytach medycznych, ale nadal miał w sobie pracoholiczne naleciałości.
Zresztą nie tylko te zawodowe nawyki musiał analizować pod kątem zmiany.
- Rozumiem - stwierdził całkiem poważnie, kiwając głową wpatrzony w niebieskie oczy dziewczyny. - Daj mi trochę czasu. Zobaczę, co da się zrobić - to była kolejna obietnica - deklaracja, że nie ignorował jej preferencji i miał wziąć pod uwagę konieczność bycia trochę bardziej wylewnym.
Nie do przesady, oczywiście. Widziały gały co brały - znacznie łatwiej mu przychodziło noszenie jej na rękach i fizyczność niż wypowiadanie pięknych słówek, ale jeśli tego chciała, chyba mógł spróbować się przemóc. Starał się mieć bardziej otwartą głowę niż zazwyczaj. Nie chciał popsuć tego, co mają. Być może nie mówił o tym na głos, ale twierdził, że mieli niezwykłe szczęście odnajdując się wzajemnie w tym całkiem popapranym świecie, szczególnie po pierwszych niesnaskach. Pasowali do siebie, potrafili dogadać się bez słów. To nie było coś, czemu łatwo dałby odejść.
Choć nie oznaczało to, że miał chętnie przystawać na wszystkie durne pomysły Geraldine. Stawiał jasną granicę przed jabłkiem na głowie, na którą to propozycję zareagował uniesieniem wzroku w kierunku nieba i parsknięciem.
- Wyglądam ci jak cyrkowiec? - Nie krył zdumienia tym, jak bardzo umiała przeskoczyć z absurdu w absurd. - Oddział wypadków przedmiotowych nie jest miejscem, w którym chcę spędzić weekend - uprzedził, gdyby to nie było wystarczająco jasne.
Mieli zupełnie inne plany, które wolałby zrealizować bez większych przeszkód i przebojów. Tym bardziej, że byli już całkiem blisko możliwości wcielenia ich w życie. Raczej nie zamierzał teraz odpuszczać Geraldine i zapominać o tym, co mu obiecywała, kiedy mierzyli się z chaotycznymi byłymi właścicielami nieruchomości. Tym bardziej, skoro zasugerowała mu, że musi bronić swojej godności i weryfikacji opinii o możliwościach.
Nieco - jeszcze czego.
- Uprawiać seks, panienko Yaxley, nazywaj to po imieniu. Podwinąć sukienkę, zgnieść paprocie, zobaczyć ile nam zajmie powrót i czy w ogóle będziemy w stanie wrócić bez zwracania na siebie uwagi - poprawił ją, bo przecież byli dorosłymi ludźmi, którzy nie powinni mieć żadnego problemu z mówieniem o tym, kim się dla siebie stali i co wynikało z ich relacji.
Nie było żadnej konieczności bycia poprawnym i dyskretnym, szczególnie nie w przypadku mówienia o tym, że jak najbardziej mógł sobie wyobrazić zaciągnięcie jej do tego ciemnego lasu pod pozorem szukania czegoś, o czego istnieniu zapomnieliby praktycznie od razu. Z drugiej strony rzeczywiście nie musieli posuwać się do marnych i powszechnie wykorzystywanych wymówek zachowując się tak, jakby to był jedyny wieczór, podczas którego mogą sobie na cokolwiek pozwolić. Mógł ją wciągnąć w las dosłownie każdego innego dnia. Niekoniecznie w Lithę, kiedy istniało duże prawdopodobieństwo, że ktoś może im przeszkodzić. Niechętnie, ale miała rację.
- Nie w Lithę. Rozumiem - pokiwał głową, wykrzywiając wargi w niezbyt zadowolonym grymasie, ale nie podejmując dalszych prób przekonania Geraldine, że ta Litha to wcale nie był taki zły pomysł.
Rzeczywiście mieli trochę więcej godności.
- Las wciąż wchodzi w grę. Zostaje - uprzedził poważniej, nie pozostawiając tego do dalszych negocjacji.
Prędzej czy później planowali wybrać się na jakąś przechadzkę po lesie. W tym wypadku nawet nie wykluczał, że mogłaby mu pokazać te swoje osławione zdolności łowieckie (byle nie z jabłkiem na jego głowie), o których raz za razem go zapewniała a w które żartobliwie powątpiewał upierając się, że muszą być wymyślone. Szczególnie, jeżeli to miałoby oznaczać te wszystkie inne rzeczy, jakby to pewnie dyskretnie określiła zamiast powiedzieć wprost, że powinni zaopatrzyć się w koc.
Jednocześnie zaledwie kilka następnych chwil wystarczyło, żeby udowodnić, że tak właściwie nie potrzebowali zbyt wiele, żeby sięgnąć po to, czego oboje pragnęli. Prawdopodobnie nawet te nieszczęsne paprocie nie byłyby takie znów najgorsze, gdyby pożądał Geraldine równie mocno, co w tym momencie. A raczej powątpiewał, by to miało szybko ulec zmianie. Wręcz przeciwnie. Miał wrażenie, że cokolwiek z nim robiła, potrafiła jednym skinięciem palca sprawić, że lgnął do niej jak rozgorączkowany szczeniak...
... choć gdyby miał okazję głębiej się zastanowić, zapewne doszedłby do wniosku, że nawet w czasach Hogwartu lub świeżo po szkole nie zachowywał się w ten sposób. Nie był tak spragniony każdego dotyku ani nie wypatrywał tego przeciągłego spojrzenia i warg wydymających się w bezgłośnym zaproszeniu. Całe szczęście nie takim, które musiałby odrzucić, żeby zachowywać się właściwie. Zbyt długo trzymał ręce przy sobie, żeby teraz utrzymać deklarację, że będzie się wobec niej zachowywać jak dżentelmen. Wystarczyła sugestia, że to nie było konieczne, żeby nie zadawał żadnych pytań. Nie musieli o tym rozmawiać, pytać się o pozwolenie na zatarcie granic, uważać na każdy zbyt porywczy dotyk, bo taki nie istniał. Przynajmniej nie dla niego.
Cokolwiek robiła, wciąż było mu mało. Rozgrzane uda i nogi zaciśnięte wokół niego, rozwichrzone włosy przyklejające się do skóry, wijące się na jej smukłej szyi wyginającej się w taki sposób, że tylko głupiec nie sunąłby po niej wargami od czasu do czasu zostawiając ślady zębów.
Nie musiał szeptać jej czułych słówek - na to zapewne też miała nadejść właściwa pora, ale w tym momencie wystarczyło, że po prostu spełnił nieme życzenie... ...nie - żądanie płynące spomiędzy palców wczepiających się w jego skórę, wijącego się języka i zapraszająco rozsuniętych ud, których widok był teraz najlepszym, co mogło na niego czekać.
Gdzieś pomiędzy przyspieszonymi oddechami zlewającymi się w jedno, wciąż pamiętał o tym, żeby unieść ją trochę bardziej, nieco stabilniej usadzając na komodzie zanim całkowicie poddali się pożądaniu, nie czekając już ani chwili dłużej i usiłując znaleźć wspólne tempo.
Nacisk palców wbijających się z paznokciami w skórę pleców wyłącznie dawał mu do zrozumienia, że postępował właściwie, napierając na nią w sposób, jakiego pragnęła. Nie musiała o nic prosić, choć niewątpliwie kiedyś miał nadejść ten moment, kiedy mógłby ją do tego skłonić powolnym rozpalaniem zmysłów, które również dałoby im satysfakcję. Tyle tylko, że odroczoną w bardzo kuszący sposób.
Natomiast nie teraz. Nie, kiedy dopiero zaczynali uczyć się swoich ciał. To byłoby nierozważne. Nie przyniosłoby tego upragnionego nasycenia. Na powolność i czułość miała nadejść pora. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości, bo to nie były przecież ich pierwsze wspólne chwile.
Gdzieś tam później między zdyszanymi oddechami i powolnymi westchnieniami powoli wkradała się subtelność. Znacznie większa niż mógłby kiedykolwiek przypuszczać, pierwszy raz pragnąc spędzać długie godziny tak po prostu leżąc w pościeli i rysując wzory układające się z drobnych pieprzyków na ciele ukochanej kobiety.
To nie była wyłącznie krótkotrwała żądza i nic poza tym. Nie chciał ulatniać się kilka chwil po tym, kiedy osiągali spełnienie, posiłkując się jakąś marną wymówką, żeby wyjść i nigdy nie wrócić. To był inny rodzaj fascynacji - budzącego się przywiązania we wzajemności pragnień i wspólnym dążeniu do tego, by zaspokoić ciała i myśli.
Nie wątpił, że przyjdzie im wracać do domu w atmosferze sprzyjającej powolnemu rozpalaniu zmysłów stanowiącej kontrast do tego, co było między nimi teraz i co (w to również nie wątpił) wcale nie miało ustąpić. Mogli pozwolić sobie na zachowanie równowagi między jednym a drugim. Kiedyś w przyszłości, bo teraz to nie byłoby naturalne.
Przyspieszony, urywany oddech świadczył o przyjemności. Tej samej, która sprawiała, że przymykała oczy, mrucząc jego imię. Wpierw zachęcająco cicho, później w ten sposób, który wywołał dreszcz satysfakcji i błysk w pociemniałych tęczówkach, sprawiając, że ani myślał przestawać. Cholernie lubił jej rozdrgany, śpiewny akcent ujawniający się w tych chwilach, nawet jeśli robiła to mimowolnie a on ani myślał ją o tym uświadamiać. To była ta drobna rzecz, którą zostawiał dla siebie jako słodką zapowiedź większej nagrody, po którą mieli już sięgnąć wspólnie. Ta była wyłącznie jego.
Dokładnie tak jak jego kobieta, wobec której nie krył zaborczości ujawniającej się w każdym zdecydowanym napierającym ruchu, gwałtownym pocałunku i pociągnięciu za jej długie jasne włosy, które w nieokreślonym momencie owinął wokół dłoni, żeby móc całować piersi Geraldine. Przynajmniej do momentu, w którym nie zacisnęła swojej dłoni wokół jego gardła, zmuszając go do uniesienia głowy i posłania jej przeciągłego spojrzenia towarzyszącego pomrukowi spod uniesionej górnej wargi ukazującej białe zęby.
Dostrzegając nadchodzące spełnienie i wyczuwając niekontrolowane drżenie ciała kochanki, przycisnął ją mocniej do ściany, oplatając ją ramionami i ignorując głośne pulsowanie krwi w uszach i wrażenie dechu zapierającego w płucach. Dla niej i tak go tracił.