09.10.2024, 00:56 ✶
Gdyby był w stanie przyznać sobie order za domniemane zasługi to teraz pewnie nadeszłaby ta podniosła chwila.
- Tak zwana dobra partia - napuszył się w pełni świadomy tego jak to absurdalnie wygląda. Między innymi dlatego to robił, chciał wywołać uśmiech na jej twarzy. To był dobry dzień. - Sama mnie w tym utwierdzałaś - dopowiedział w dalszym ciągu w tym samym rozbrajająco lekkim tonie, nachylając się, żeby zakończyć wypowiedź konspiracyjnym szeptem. - Stworzyłaś tego potwora - to mówiąc roześmiał się krótko, szczekliwie, po czym wzruszył ramionami. - Nie uciekniesz od konsekwencji własnego postępowania. Mam świetną pamięć do rzeczy, o których mnie zapewniałaś. Najlepszy kawaler w towarzystwie, taki ideał, że panny się oglądają... ...mówić dalej?
Nawet nie musiał zbyt wiele dodawać. Wystarczyło, że ona również pamiętała ich niezręczną, przyjacielską wymianę komplementów. Teraz brzmiącą jak zabawa w podchody a nie próby manewrowania po grząskim gruncie. Z biegiem czasu to zaczęło być śmieszniejsze. W obliczu tego, co teraz mieli można było przyrównać ich do dwójki niepewnych szczeniaków. Całe szczęście to było już za nimi.
- Na ich nieszczęście to dobro narodowe zostało ściągnięte z rynku - skwitował z uniesieniem brwi, czując się całkiem rozbawiony poziomem swoich własnych żartów, nawet jeśli już widział, że Geraldine żałuje tamtych pochopnie wypowiedzianych opinii.
Greengrass nie wiedział czy spodziewała się, że może kiedyś dostać nimi rykoszetem. Odnosił wrażenie, że prawdopodobnie tak, ponieważ sam w przeszłości wypowiedział kilka stwierdzeń, na których wyciągnięcie nadal czekał - chwilowo dyskretnie mu ich nie wypominała. On nie był tak łaskawy. Jednakże wszystko, co robił w tym momencie miało wyłącznie dobrą intencję. Chciał rozluźnić atmosferę, dać dziewczynie do zrozumienia, że mają za sobą dużo bardziej skomplikowane problemy od dwóch wizyt rodzinnych. Skoro poradzili sobie z uporządkowaniem ich stosunków to teraz powinno być już tylko łatwiej.
- Nie zapominaj, że przecierasz całkiem nowe, jeszcze nieprzetarte szlaki - przypomniał (kompletnie niepomny tego, że to tak właściwie pierwszy przekaz informacji) zachęcająco, wkładając trochę wysiłku w to, żeby posłużyć się ładniejszym porównaniem od zwykłego pamiętaj, że jesteś pierwszą osobą, którą oficjalnie przedstawiam rodzinie, zrób z tym tak wiele ile chcesz.
To mogło być wyzwanie na miarę prawdziwej łowczej, wystarczyło wyłącznie potraktować to w odpowiednim kontekście i zamienić zbyteczne obawy w przyjemną adrenalinę. A przynajmniej tak sądził, bo dla niego to nie było aż tak skomplikowane, skoro znał jej bliskich i był z nimi w dobrych, choć do tej pory czysto zawodowych relacjach. Ona przynajmniej mogła mieć pewność, że zostanie potraktowana może ze zdziwieniem, ale również raczej z ulgą, że się pojawiła.
- Jeśli odpowiednio to rozegrasz może jeszcze z naszej dwójki to zostaniesz ich ulubionym członkiem rodziny - powiedział to całkiem lekko, jakby wcale nie sugerował Geraldine, że z powodzeniem może go wyprzedzić w wyścigu o względy pozostałych Greengrassów, jednocześnie mimochodem wplatając w to kolejne daleko idące zapewnienie o swoich zamiarach.
Nic z tych rzeczy. Wcale.
Zresztą nawet tego nie dostrzegał, przyjmując za pewnik to, że mając takie a nie inne intencje to była tylko kwestia czasu, żeby poznać się od każdej możliwej strony i podjąć dalsze naturalne decyzje, szczególnie że nie wyobrażał sobie stracić tego, co zaczęli budować. Całe szczęście nie musieli się z tym przesadnie spieszyć - mogli skorzystać z dokładnie takiej ilości czasu, jakiej potrzebowali i chcieli. Byli młodzi - przynajmniej we własnych oczach, bo według niektórych kryteriów oboje dawno wkroczyli w wiek sugerujący rychłą zgubę rodzinną.
W wieku dwudziestu siedmiu lat dla co poniektórych ciotek był już starym kawalerem o wątpliwej przyszłości. Na jego korzyść działała wyłącznie kariera zawodowa i to, że wobec tego miał mieć dużo czasu, żeby mogły pisać do niego swoje żądania wizyt domowych. Magiczna granica leżała prawdopodobnie gdzieś między dwudziestym dziewiątym a trzydziestym pierwszym rokiem, toteż była dla niego jeszcze nikła nadzieja, ale topniała w oczach.
Młodszy się nie robił, ale przynajmniej dzięki temu mógł z powodzeniem stwierdzić, że być może uda mu się kogokolwiek zaskoczyć. Nie, żeby jakoś specjalnie mu na tym zależało, ale mógł mieć odrobinę satysfakcji z dania starym ciotkom do zrozumienia, że ich kurzajki musiały być problemem kogoś innego.
Na ten moment to w zupełności wystarczało. Mieli się razem pokazać, zaprezentować i zadebiutować w nowych rolach. Z całą resztą mogli dać sobie całkiem sporo lat. To było całkiem uspokajające. Zdecydowanie napawało go optymizmem.
- To obietnica?
Zdecydowanie wolał, żeby to była obietnica niż groźba, szczególnie że kryła w sobie niezmiernie dużo zachęcających podtekstów. Nie mogła być groźbą, nawet bardzo słodką.
- Nie potrzebujemy takich kłamstw - przyznał bez wahania, rozkładając ręce wnętrzami do góry. Totalna szczerość, tak? - To prawdopodobnie byłby jeden z najlepszych wściekłych seksów w naszym wspólnym życiu. Trochę szkoda, ale nie weryfikujmy tej teorii - podkreślił znacząco.
Jasne, mieli się kłócić i godzić na różne sposoby. Nie wykluczał przy tym właśnie tego, o czym rozmawiali, natomiast wolał unikać tak zaognionych sporów jak tamten wrogi epizod. To nie było nic przyjemnego, nie był masochistą. Szczególnie, że wielokrotnie żałował tego jak potoczyły się tamte wydarzenia prowadzące do niepotrzebnego konfliktu. Wspominanie samej sytuacji nadal nie było wygodne i raczej unikał mówienia o zdarzeniu. Prawdę mówiąc odkąd zaczęli ze sobą rozmawiać, jeszcze na długo przed tym jak wykluczyli możliwość dalszej ułomnej przyjaźni, wygodnie ani razu nie poruszył tematu Rosiera ani nie zamierzał przyznać się do tego, że być może trochę przesadził z odpychającą reakcją. Nic z tych rzeczy. Tu miał swoją dumę - głupią czy nie; nie jemu było decydować, bo on nazwałby ją po prostu godnością.
W tej kwestii byli do siebie raczej bardzo podobni. Ona nie zawsze przyjmowała wszystkie uwagi i wskazówki, on nie zawsze przyznawał, że były nie do końca właściwe i że tak naprawdę mógł je sobie darować. W drugą stronę było raczej dokładnie tak samo. Najważniejsze, że mogli z tym pracować rozumiejąc się w specyficzny sposób. Naprawdę mogli wspólnie wiele osiągnąć. Greengrass nie miał wobec tego żadnych wątpliwości. To, co było między nimi nie należało do normalnych, standardowych, bezpiecznych, łatwych do określenia. A przynajmniej on nie umiał tego w żaden sposób nazwać. Geraldine spróbowała.
- Wobec tego nigdzie się nie wybieram - zapewnił poważnie, przy czym mimowolnie przełknął ślinę, wpatrując się prosto w jej błyszczące oczy i niekontrolowanie kiwając głową.
Zagięła go tą pospieszną wypowiedzią, którą wyrzuciła z siebie. Na jego własne życzenie, ale sam nie spodziewał się, że zareaguje na to w ten sposób. Trochę nerwowy i powodujący nagły ścisk w żołądku oraz w gardle. Z drugiej strony ostrożnie radosny i pozbawiony wątpliwości, bo mówiła szczerze - czuł to i widział. Jedynie nie miał pojęcia, co więcej powinien odpowiedzieć. Reakcja była wskazana, ale Ambroise poczuł pustkę w głowie, która wcale nie chciała myśleć nad doborem odpowiednich słów. Była żenująco pozbawiona myśli. Pozostało mu wyłącznie mieć nadzieję, że dziewczyna nie potraktuje tego jak potwarz i nie będzie mieć mu tego za złe. Był fatalny w opisywaniu rzeczywistości w sposób chociaż w niewielkim stopniu zbliżony do tego, co czuł wewnątrz.
- Nic nie muszę, chcę - stwierdził w końcu, żeby dać jej do zrozumienia, że to nie było w żadnym stopniu proste, ale nie miało trwać wiecznie a jedynie potrzebował trochę więcej czasu, żeby przyzwyczaić się do konieczności przełamania się do rozmów o uczuciach.
No cóż. Przynajmniej mieli dowód na to, że faktycznie nie poiła go amortencją. Widział ludzi pod wpływem eliksirów miłosnych i większość z nich nie miała żadnych oporów przeciwko bredzeniu nawet najbardziej żenująco przesłodzonych tekstów. On ewidentnie zachowywał się jak z przeciwległego bieguna dla zakochanych idio... ...czarodziejów - jemu odcinało zdolność wypowiedzi.
Nie przyznałby tego przed Yaxleyówną. Właściwie to niechętnie dopuszczał tę możliwość we własnej głowie, ale możliwe, że czuł się z tym trochę jak błazen z cyrku. Tyle tylko, że to nie oznaczało chęci kładzenia sobie jabłka na głowie i patrzenia, co stanie się z wystrzelonym bełtem. Ufał jej rzecz jasna, ale miał swoje granice głupich zachowań i raczej nie planował wprowadzać aż tak diametralnych zmian w swoim życiu. Wystarczyło, że przewróciło się powyżej dziewięćdziesięciu stopni i zaczynało nachylać się ku stu osiemdziesięciu. Zbyt wiele nowości mogło sprawić, że zatoczy pełne koło - niechcianą trzystasześćdziesiątkę. Na tyle był samoświadomy.
- Ha. Ha. Bardzo śmieszne, Yaxley - stwierdził z przesadnym spokojem wznosząc oczy ku niebu i biorąc głęboki, teatralny wdech. - Dam ci znać, jeśli kiedyś postanowię zostać Bellem. Będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie - klasnął językiem o podniebienie. - Liczę, że wtedy zastrzelisz mnie zamiast wypełniać papiery do Lecznicy Dusz - tak, prawdopodobnie wolałby, żeby nie trafiła (szczególnie, że nadal nie wierzył w jej strzelanie) niż posłała go do miejsca pełnego innych wariatów.
Wystarczyło mu pracowanie w Mungu i niemal codziennie zadawanie się z niespełna rozumu czarodziejami, dla których Episkey! i pierwszy lepszy eliksir leczący były odpowiedzią na wszystko. Nie. To nie było takie proste. Wręcz przeciwnie. Często robiło więcej krzywdy niż pożytku, ale przynajmniej dzięki temu Ambroise miał pracę. Dużo, naprawdę zajebiście dużo pracy, o której powoli przestawał myśleć w kontekście swojej jedynej żony i najstabilniejszej kochanki. To była miła nowość i odmiana. Móc myśleć w ten sposób o drugim żywym człowieku, trzymając tę osobę w ramionach i mogąc napawać się jej obecnością.
- To debiut towarzyski? - Wbrew pozorom nie pytał. To było całkowicie retoryczne. - Sukienki, wianki, podwiązki, co tam jeszcze - zasugerował, bo zdecydowanie wyczerpał listę rzeczy, które przychodziły mu do głowy. - Łamiesz mi tym serce. Miałem cię za tradycjonalistkę - dodał ze skrzywieniem, bo ewidentnie opatrznie go zrozumiała.
W żadnym razie nie chodziło mu o całkowity brak szacunku do tradycjonalistycznych wartości i tym samym pozbawienie się wszelkiej satysfakcji z dnia sabatu. Jedynie o powstrzymanie się z tym do powrotu do domu. Może z ewentualnym niewielkim wstępem przed wyjściem do ludzi. No cóż. Przynajmniej kulturalnie nie zaprzeczyła nowemu warunkowi, jaki postawił. Całkowitego wykluczenia lasu raczej by nie przepuścił.
Nawet, jeżeli odhaczenie tego miejsca nie było chwilowo na liście jego priorytetów. Mieli meble do wypróbowania, dom do ochrzczenia. Nie to, żeby odnosił wrażenie, że miało upłynąć zbyt dużo wody zanim postanowią rozważać nowe możliwości. Nie spodziewał się tak rozległego w czasie spełnienia dotychczasowych obietnic, po których z pewnością mieli mieć jeszcze niezliczone świeże i inspirujące pomysły. Jak do tej pory raczej nie stronili od spędzania razem czasu na czymś więcej niż tylko gadaniem. Tak właściwie to nie było tak, że całkiem nie rozmawiali, ale dyskusje nie należały już do ich priorytetów stanowiąc znaczący kontrast z tym, co było jeszcze miesiąc czy dwa wcześniej. Wtedy wyczerpali dostatecznie dużo słów, żeby teraz nie musieć z nich korzystać.
To miało ulec zmianie... ...kiedyś, bo nie było żadnym priorytetem. Znajdowało się gdzieś na samym końcu, wyparte przez pasję i sprowadzone przez pobudzone zmysły do zbędnego minimum.
Wiedzieli, czego wzajemnie potrzebują. Mieli to osiągnąć zdecydowanie prędzej niż później. Przynajmniej za tym pierwszym razem, który w żadnym wypadku nie miał być ostatnim. Służył raczej jako zapowiedź. Wyśmienita prognoza na rozwój dnia.
Ciężko łapiąc oddech, oparł czoło o jej pierś przymykając przy tym oczy i rozkoszując się uczuciem lekkości, mimo jednoczesnego fizycznego wyczerpania. To było słodko-gorzkie wrażenie spełnienia. Bardziej słodkie, ale równocześnie wypalające - w tym osobliwie pożądanym sensie. Nie czuł się uprawniony do przerywania ciszy między nimi. Wręcz przeciwnie, delektował się brzmieniem oddechu Geraldine i szybszym ruchem jej klatki piersiowej, choć jednocześnie bardzo powoli opuścił ręce po jej plecach, zatrzymując się gdzieś w okolicach talii kobiety. Delikatniej, czulej rysując palcami małe kółeczka na ciepłej skórze. To był jeden z tych momentów, które mogły po prostu trwać, dopóki nie postanowią inaczej.
Mimo to powoli uniósł wzrok, nie powstrzymując uśmiechu cisnącego się na twarz i czułości, z jaką nachylił się ku jej ustom, powoli sięgając, żeby pomóc Geraldine płynnie zsunąć się z komody na przyjemnie chłodną podłogę, podtrzymując ją w pasie mimo własnych drżących nóg.
- Tak zwana dobra partia - napuszył się w pełni świadomy tego jak to absurdalnie wygląda. Między innymi dlatego to robił, chciał wywołać uśmiech na jej twarzy. To był dobry dzień. - Sama mnie w tym utwierdzałaś - dopowiedział w dalszym ciągu w tym samym rozbrajająco lekkim tonie, nachylając się, żeby zakończyć wypowiedź konspiracyjnym szeptem. - Stworzyłaś tego potwora - to mówiąc roześmiał się krótko, szczekliwie, po czym wzruszył ramionami. - Nie uciekniesz od konsekwencji własnego postępowania. Mam świetną pamięć do rzeczy, o których mnie zapewniałaś. Najlepszy kawaler w towarzystwie, taki ideał, że panny się oglądają... ...mówić dalej?
Nawet nie musiał zbyt wiele dodawać. Wystarczyło, że ona również pamiętała ich niezręczną, przyjacielską wymianę komplementów. Teraz brzmiącą jak zabawa w podchody a nie próby manewrowania po grząskim gruncie. Z biegiem czasu to zaczęło być śmieszniejsze. W obliczu tego, co teraz mieli można było przyrównać ich do dwójki niepewnych szczeniaków. Całe szczęście to było już za nimi.
- Na ich nieszczęście to dobro narodowe zostało ściągnięte z rynku - skwitował z uniesieniem brwi, czując się całkiem rozbawiony poziomem swoich własnych żartów, nawet jeśli już widział, że Geraldine żałuje tamtych pochopnie wypowiedzianych opinii.
Greengrass nie wiedział czy spodziewała się, że może kiedyś dostać nimi rykoszetem. Odnosił wrażenie, że prawdopodobnie tak, ponieważ sam w przeszłości wypowiedział kilka stwierdzeń, na których wyciągnięcie nadal czekał - chwilowo dyskretnie mu ich nie wypominała. On nie był tak łaskawy. Jednakże wszystko, co robił w tym momencie miało wyłącznie dobrą intencję. Chciał rozluźnić atmosferę, dać dziewczynie do zrozumienia, że mają za sobą dużo bardziej skomplikowane problemy od dwóch wizyt rodzinnych. Skoro poradzili sobie z uporządkowaniem ich stosunków to teraz powinno być już tylko łatwiej.
- Nie zapominaj, że przecierasz całkiem nowe, jeszcze nieprzetarte szlaki - przypomniał (kompletnie niepomny tego, że to tak właściwie pierwszy przekaz informacji) zachęcająco, wkładając trochę wysiłku w to, żeby posłużyć się ładniejszym porównaniem od zwykłego pamiętaj, że jesteś pierwszą osobą, którą oficjalnie przedstawiam rodzinie, zrób z tym tak wiele ile chcesz.
To mogło być wyzwanie na miarę prawdziwej łowczej, wystarczyło wyłącznie potraktować to w odpowiednim kontekście i zamienić zbyteczne obawy w przyjemną adrenalinę. A przynajmniej tak sądził, bo dla niego to nie było aż tak skomplikowane, skoro znał jej bliskich i był z nimi w dobrych, choć do tej pory czysto zawodowych relacjach. Ona przynajmniej mogła mieć pewność, że zostanie potraktowana może ze zdziwieniem, ale również raczej z ulgą, że się pojawiła.
- Jeśli odpowiednio to rozegrasz może jeszcze z naszej dwójki to zostaniesz ich ulubionym członkiem rodziny - powiedział to całkiem lekko, jakby wcale nie sugerował Geraldine, że z powodzeniem może go wyprzedzić w wyścigu o względy pozostałych Greengrassów, jednocześnie mimochodem wplatając w to kolejne daleko idące zapewnienie o swoich zamiarach.
Nic z tych rzeczy. Wcale.
Zresztą nawet tego nie dostrzegał, przyjmując za pewnik to, że mając takie a nie inne intencje to była tylko kwestia czasu, żeby poznać się od każdej możliwej strony i podjąć dalsze naturalne decyzje, szczególnie że nie wyobrażał sobie stracić tego, co zaczęli budować. Całe szczęście nie musieli się z tym przesadnie spieszyć - mogli skorzystać z dokładnie takiej ilości czasu, jakiej potrzebowali i chcieli. Byli młodzi - przynajmniej we własnych oczach, bo według niektórych kryteriów oboje dawno wkroczyli w wiek sugerujący rychłą zgubę rodzinną.
W wieku dwudziestu siedmiu lat dla co poniektórych ciotek był już starym kawalerem o wątpliwej przyszłości. Na jego korzyść działała wyłącznie kariera zawodowa i to, że wobec tego miał mieć dużo czasu, żeby mogły pisać do niego swoje żądania wizyt domowych. Magiczna granica leżała prawdopodobnie gdzieś między dwudziestym dziewiątym a trzydziestym pierwszym rokiem, toteż była dla niego jeszcze nikła nadzieja, ale topniała w oczach.
Młodszy się nie robił, ale przynajmniej dzięki temu mógł z powodzeniem stwierdzić, że być może uda mu się kogokolwiek zaskoczyć. Nie, żeby jakoś specjalnie mu na tym zależało, ale mógł mieć odrobinę satysfakcji z dania starym ciotkom do zrozumienia, że ich kurzajki musiały być problemem kogoś innego.
Na ten moment to w zupełności wystarczało. Mieli się razem pokazać, zaprezentować i zadebiutować w nowych rolach. Z całą resztą mogli dać sobie całkiem sporo lat. To było całkiem uspokajające. Zdecydowanie napawało go optymizmem.
- To obietnica?
Zdecydowanie wolał, żeby to była obietnica niż groźba, szczególnie że kryła w sobie niezmiernie dużo zachęcających podtekstów. Nie mogła być groźbą, nawet bardzo słodką.
- Nie potrzebujemy takich kłamstw - przyznał bez wahania, rozkładając ręce wnętrzami do góry. Totalna szczerość, tak? - To prawdopodobnie byłby jeden z najlepszych wściekłych seksów w naszym wspólnym życiu. Trochę szkoda, ale nie weryfikujmy tej teorii - podkreślił znacząco.
Jasne, mieli się kłócić i godzić na różne sposoby. Nie wykluczał przy tym właśnie tego, o czym rozmawiali, natomiast wolał unikać tak zaognionych sporów jak tamten wrogi epizod. To nie było nic przyjemnego, nie był masochistą. Szczególnie, że wielokrotnie żałował tego jak potoczyły się tamte wydarzenia prowadzące do niepotrzebnego konfliktu. Wspominanie samej sytuacji nadal nie było wygodne i raczej unikał mówienia o zdarzeniu. Prawdę mówiąc odkąd zaczęli ze sobą rozmawiać, jeszcze na długo przed tym jak wykluczyli możliwość dalszej ułomnej przyjaźni, wygodnie ani razu nie poruszył tematu Rosiera ani nie zamierzał przyznać się do tego, że być może trochę przesadził z odpychającą reakcją. Nic z tych rzeczy. Tu miał swoją dumę - głupią czy nie; nie jemu było decydować, bo on nazwałby ją po prostu godnością.
W tej kwestii byli do siebie raczej bardzo podobni. Ona nie zawsze przyjmowała wszystkie uwagi i wskazówki, on nie zawsze przyznawał, że były nie do końca właściwe i że tak naprawdę mógł je sobie darować. W drugą stronę było raczej dokładnie tak samo. Najważniejsze, że mogli z tym pracować rozumiejąc się w specyficzny sposób. Naprawdę mogli wspólnie wiele osiągnąć. Greengrass nie miał wobec tego żadnych wątpliwości. To, co było między nimi nie należało do normalnych, standardowych, bezpiecznych, łatwych do określenia. A przynajmniej on nie umiał tego w żaden sposób nazwać. Geraldine spróbowała.
- Wobec tego nigdzie się nie wybieram - zapewnił poważnie, przy czym mimowolnie przełknął ślinę, wpatrując się prosto w jej błyszczące oczy i niekontrolowanie kiwając głową.
Zagięła go tą pospieszną wypowiedzią, którą wyrzuciła z siebie. Na jego własne życzenie, ale sam nie spodziewał się, że zareaguje na to w ten sposób. Trochę nerwowy i powodujący nagły ścisk w żołądku oraz w gardle. Z drugiej strony ostrożnie radosny i pozbawiony wątpliwości, bo mówiła szczerze - czuł to i widział. Jedynie nie miał pojęcia, co więcej powinien odpowiedzieć. Reakcja była wskazana, ale Ambroise poczuł pustkę w głowie, która wcale nie chciała myśleć nad doborem odpowiednich słów. Była żenująco pozbawiona myśli. Pozostało mu wyłącznie mieć nadzieję, że dziewczyna nie potraktuje tego jak potwarz i nie będzie mieć mu tego za złe. Był fatalny w opisywaniu rzeczywistości w sposób chociaż w niewielkim stopniu zbliżony do tego, co czuł wewnątrz.
- Nic nie muszę, chcę - stwierdził w końcu, żeby dać jej do zrozumienia, że to nie było w żadnym stopniu proste, ale nie miało trwać wiecznie a jedynie potrzebował trochę więcej czasu, żeby przyzwyczaić się do konieczności przełamania się do rozmów o uczuciach.
No cóż. Przynajmniej mieli dowód na to, że faktycznie nie poiła go amortencją. Widział ludzi pod wpływem eliksirów miłosnych i większość z nich nie miała żadnych oporów przeciwko bredzeniu nawet najbardziej żenująco przesłodzonych tekstów. On ewidentnie zachowywał się jak z przeciwległego bieguna dla zakochanych idio... ...czarodziejów - jemu odcinało zdolność wypowiedzi.
Nie przyznałby tego przed Yaxleyówną. Właściwie to niechętnie dopuszczał tę możliwość we własnej głowie, ale możliwe, że czuł się z tym trochę jak błazen z cyrku. Tyle tylko, że to nie oznaczało chęci kładzenia sobie jabłka na głowie i patrzenia, co stanie się z wystrzelonym bełtem. Ufał jej rzecz jasna, ale miał swoje granice głupich zachowań i raczej nie planował wprowadzać aż tak diametralnych zmian w swoim życiu. Wystarczyło, że przewróciło się powyżej dziewięćdziesięciu stopni i zaczynało nachylać się ku stu osiemdziesięciu. Zbyt wiele nowości mogło sprawić, że zatoczy pełne koło - niechcianą trzystasześćdziesiątkę. Na tyle był samoświadomy.
- Ha. Ha. Bardzo śmieszne, Yaxley - stwierdził z przesadnym spokojem wznosząc oczy ku niebu i biorąc głęboki, teatralny wdech. - Dam ci znać, jeśli kiedyś postanowię zostać Bellem. Będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie - klasnął językiem o podniebienie. - Liczę, że wtedy zastrzelisz mnie zamiast wypełniać papiery do Lecznicy Dusz - tak, prawdopodobnie wolałby, żeby nie trafiła (szczególnie, że nadal nie wierzył w jej strzelanie) niż posłała go do miejsca pełnego innych wariatów.
Wystarczyło mu pracowanie w Mungu i niemal codziennie zadawanie się z niespełna rozumu czarodziejami, dla których Episkey! i pierwszy lepszy eliksir leczący były odpowiedzią na wszystko. Nie. To nie było takie proste. Wręcz przeciwnie. Często robiło więcej krzywdy niż pożytku, ale przynajmniej dzięki temu Ambroise miał pracę. Dużo, naprawdę zajebiście dużo pracy, o której powoli przestawał myśleć w kontekście swojej jedynej żony i najstabilniejszej kochanki. To była miła nowość i odmiana. Móc myśleć w ten sposób o drugim żywym człowieku, trzymając tę osobę w ramionach i mogąc napawać się jej obecnością.
- To debiut towarzyski? - Wbrew pozorom nie pytał. To było całkowicie retoryczne. - Sukienki, wianki, podwiązki, co tam jeszcze - zasugerował, bo zdecydowanie wyczerpał listę rzeczy, które przychodziły mu do głowy. - Łamiesz mi tym serce. Miałem cię za tradycjonalistkę - dodał ze skrzywieniem, bo ewidentnie opatrznie go zrozumiała.
W żadnym razie nie chodziło mu o całkowity brak szacunku do tradycjonalistycznych wartości i tym samym pozbawienie się wszelkiej satysfakcji z dnia sabatu. Jedynie o powstrzymanie się z tym do powrotu do domu. Może z ewentualnym niewielkim wstępem przed wyjściem do ludzi. No cóż. Przynajmniej kulturalnie nie zaprzeczyła nowemu warunkowi, jaki postawił. Całkowitego wykluczenia lasu raczej by nie przepuścił.
Nawet, jeżeli odhaczenie tego miejsca nie było chwilowo na liście jego priorytetów. Mieli meble do wypróbowania, dom do ochrzczenia. Nie to, żeby odnosił wrażenie, że miało upłynąć zbyt dużo wody zanim postanowią rozważać nowe możliwości. Nie spodziewał się tak rozległego w czasie spełnienia dotychczasowych obietnic, po których z pewnością mieli mieć jeszcze niezliczone świeże i inspirujące pomysły. Jak do tej pory raczej nie stronili od spędzania razem czasu na czymś więcej niż tylko gadaniem. Tak właściwie to nie było tak, że całkiem nie rozmawiali, ale dyskusje nie należały już do ich priorytetów stanowiąc znaczący kontrast z tym, co było jeszcze miesiąc czy dwa wcześniej. Wtedy wyczerpali dostatecznie dużo słów, żeby teraz nie musieć z nich korzystać.
To miało ulec zmianie... ...kiedyś, bo nie było żadnym priorytetem. Znajdowało się gdzieś na samym końcu, wyparte przez pasję i sprowadzone przez pobudzone zmysły do zbędnego minimum.
Wiedzieli, czego wzajemnie potrzebują. Mieli to osiągnąć zdecydowanie prędzej niż później. Przynajmniej za tym pierwszym razem, który w żadnym wypadku nie miał być ostatnim. Służył raczej jako zapowiedź. Wyśmienita prognoza na rozwój dnia.
Ciężko łapiąc oddech, oparł czoło o jej pierś przymykając przy tym oczy i rozkoszując się uczuciem lekkości, mimo jednoczesnego fizycznego wyczerpania. To było słodko-gorzkie wrażenie spełnienia. Bardziej słodkie, ale równocześnie wypalające - w tym osobliwie pożądanym sensie. Nie czuł się uprawniony do przerywania ciszy między nimi. Wręcz przeciwnie, delektował się brzmieniem oddechu Geraldine i szybszym ruchem jej klatki piersiowej, choć jednocześnie bardzo powoli opuścił ręce po jej plecach, zatrzymując się gdzieś w okolicach talii kobiety. Delikatniej, czulej rysując palcami małe kółeczka na ciepłej skórze. To był jeden z tych momentów, które mogły po prostu trwać, dopóki nie postanowią inaczej.
Mimo to powoli uniósł wzrok, nie powstrzymując uśmiechu cisnącego się na twarz i czułości, z jaką nachylił się ku jej ustom, powoli sięgając, żeby pomóc Geraldine płynnie zsunąć się z komody na przyjemnie chłodną podłogę, podtrzymując ją w pasie mimo własnych drżących nóg.