09.10.2024, 14:57 ✶
Znała go coraz lepiej, więc rzeczywiście nie było co tego ukrywać - miał o tym pamiętać i wyciągać te wspominki w najbardziej dogodnych momentach.
- Bardzo możliwe - co oznaczało w tym wypadku masz gwarancję, że tak, nie będzie inaczej, ale o tym też nie musiał mówić, skoro zdążyła poznać tę część jego charakterku.
I nie uciekła. To było fascynujące.
- Mama nie wychowała miękkiego przegrywa - stwierdził zgodnie z prawdą, choć raczej nie powinien pozostawić tego bez dodatkowych wyjaśnień, bo jeszcze by się nie zrozumieli w bardzo istotnej kwestii związanej z jego wychowaniem.
Na to nie mógł pozwolić.
- Była zbyt zajęta własną dupą w le Midi - dodał zatem bez większego przejęcia w głosie nadal tym samym lekkim i rozbawionym tonem, w którym jeżeli skrywało się coś więcej to jedynie całkowicie adekwatna zrozumiała ilość szyderstwa wobec Philippy.
No cóż. Nigdy nie miał zamiaru narzekać na coś, co było dla niego naturalnym stanem rzeczy takim jak zielenienie trawy na wiosnę czy deszcz podczas sztormu. Biologiczna matka smażyła się nie w czarodziejskim odpowiedniku Piekła a na południu Francji. Gdzie dokładnie - nie wiedział i niespecjalnie go to obchodziło, bo nie wysyłali sobie listów ani pocztówek.
- Sam się musiałem klepać po plecach i mówić, że jestem wyjątkowy i dla siebie najważniejszy - w jego głosie zabrzmiał niepoważny ton, w zgodzie z którym Ambroise wzruszył ramionami, po czym znów posłał szerszy uśmiech w kierunku Geraldine. - Nic dziwnego, że jestem swoim największym fanem - był również swoim największym krytykiem, przyjacielem i nieprzyjacielem, sojusznikiem i wrogiem, ale tego nie dodawał, bo nie mówili o jego głębokim życiu emocjonalnym
Całe szczęście, bo o ile był w stanie poruszać tematy duchowe i wierzeniowe (choć w sposób, w który już wcześniej pokazał) to uzewnętrznianie się w inny sposób nie było czymś łatwym. Wbrew pozorom był zamkniętym w sobie mężczyzną. Pokazywał głównie to, co chciał. Z lekkością poruszał część tematów, ale stosunkowo szybko przekonał się, czego lepiej nie poruszać i nawet, jeżeli część tych przekonań była błędna i wynikała z trafienia w niewłaściwe otoczenie niewłaściwych ludzi to nigdy później nie podjął próby weryfikacji swoich poglądów. Sparzył się raz i to miało wystarczyć.
- Nie, nie zdajesz - pokręcił głową z trochę poważniejszym, ale miękkim, czulszym spojrzeniem, wyciągając rękę, żeby kciukiem tracić jej dolną wargę. - Ale to powoli. Nie chcę stosować na tobie tych samych sztuczek, co ty na mnie. Dbajmy o repertuar - mrugnął jednym okiem, przenosząc wzrok na dom.
Mieli wobec siebie poważne plany - to było jasne, więc nie potrzebowali o tym rozmawiać, natomiast Ambroise w dalszym ciągu przyzwyczajał się do nowego stanu rzeczy i nie chciał przesadzać z czułościami mogącymi zostać odebrane różnie. Zazwyczaj nie miewał takich problemów. Nie zastanawiał się nad swoją nagłą delikatnością i tym, czy w odpowiedni sposób daje do zrozumienia, że cieszy się z tego, co między nimi jest.
Bądź co bądź może miał wiele przelotnych romansów, ale to Yaxleyówna była pierwszą osobą, która postanowiła nie dać mu z siebie zrezygnować i zgodnie z własnymi życzeniami umościć się wygodniej w życiu Greengrassa. Nawet po tym, co jej kiedyś powiedział o swoim stosunku do dbania o niego, który był lekko mówiąc ambiwalentny.
Z jednej strony nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś interesuje się jego losem do tego stopnia, że kontroluje to czy jadł i wciska mu kanapki. Z drugiej strony to było całkiem miłe, jeśli się do tego przekonać. Z jednej strony nie lubił bycia kontrolowanym, z drugiej strony ta forma kontroli miała swoje dobre aspekty. Otworzył się przed nią a przynajmniej zaczął jej ufać, czyniąc wspólne plany i coraz rzadziej myśląc, że mogłaby chcieć kiedyś odejść.
- Albo desperatkę - skwitował żartobliwie - ewidentnie nie miał tego na prawdę na myśli; mieli być zadowoleni z tego nieoczekiwanego ratunku, najpewniej szczególnie Evelyn, bo mogła mieć szansę, żeby go wreszcie wykopać.
Już i tak praktycznie nie bywał w domu. Nie sądził, żeby się domyśliła - jeszcze nie, ale później miała dodać dwa do dwóch i najpewniej poczuć sympatię (a także trochę współczucia; współczucie też miało być) w stosunku do Geraldine. Raczej w taki sposób to sobie wyobrażał a miał przy tym niemal całkowitą pewność, że te wizje muszą się spełnić.
- To dobrze. To naturalna kolej rzeczy - wzruszył ramionami.
Nie musiała walczyć o tę pozycję. W jakimkolwiek wyścigu... ...cóż, nie miało go być. Ambroise nie wykazywał chęci ścigania się z kimkolwiek o względy reszty Greengrassów, szczególnie gdy ktoś był tak niewymuszenie czarujący i charyzmatyczny jak Yaxleyówna w jego oczach. Nie podejmował rękawicy, kiedy miał pewność, że zostanie pokonany niemal w pierwszej sekundzie.
- Cieszę się, że mamy zgodność - lubił, kiedy obiecywała mu podobne rzeczy.
To znacznie poprawiało Greengrassowi humor, wręcz sprawiając, że mógł zgodzić się na inne mniej przyjemne rzeczy, jeśli w domu miała na niego czekać odpowiednia nagroda. Szczególnie w postaci dłuższego czasu spędzonego wspólnie na ich nowym odludziu. Nie wątpił, że Geraldine miała spróbować go zaskoczyć wyborem terminu. Wręcz planował jej to trochę ułatwić i przymknąć oko na wszystkie wskazówki, udając całkowite zdziwienie - dla wspólnego dobra. W takim wypadku mogli pozwolić sobie na trochę gry. To nie była nieszczerość.
- Chcę - powiedział niemalże od razu.
Trochę zbyt szybko na kogoś, kto nie powinien przejmować się zapewnieniami, ale mentalnie przygotował się na to, że Geraldine może być niezadowolona z jego oschłości i braku wylewności, więc chciał uniknąć wątpliwości do tego prowadzących.
Zapewniając ją o chęci poprawy tego aspektu relacji. To była naprawdę duża deklaracja jak na kogoś, kto nie posuwał się do takich rzeczy. Jego skorupa nie była niewygodna. Sam z siebie wcale nie wyszedłby ze strefy komfortu, gdyby nie czuł takiej konieczności i szczerej chęci. Wręcz przeciwnie: zostałby w niej, bo ani razu jej nie opuścił.
- Dzięki? - Skwitował z powątpiewaniem, przypatrując się z uniesioną brwią i zmrużonym drugim okiem, co pewnie musiało być całkiem zabawnym widokiem, ale cholera - spodziewał się zapewniania, że zajmie się nim niezależnie od jego stanu psychicznego, a ona właśnie poinformowała go, że go wtedy zastrzeli.
Merlinie, wybrał sobie naprawdę osobliwą istotę na kogoś, z kim chciał spędzać życie i starzeć się, a więc również dziwaczeć. Wolał nie pytać, gdzie leży granica, po której Yaxley planuje go posłać do Kniei.
W ten mniej satysfakcjonujący sposób niż mogliby planować podczas Lithy. Chciał z nią pójść w las, o ile nie planowała go w nim pochować i uczynić z niego jednego z dębów z Doliny.
- Dla mnie możesz ją zdjąć - poprawił instynktownie, nie kryjąc uśmieszku na wargach.
Nie potrzebowała zakładać sukienki tylko ją ściągać. Dać ją ściągnąć z siebie, szczególnie że chyba dowiedli niepraktyczność tych skórzanych spodni w okolicznościach nagłego pobudzenia i chęci znalezienia się jak najbliżej siebie. To były ładne spodnie, całkiem satysfakcjonująco podkreślały to, co powinny, ale tego dnia zakończyły swój żywot. Zapięcie z pewnością było do wymiany, dołączając do całej reszty garderoby do wyrzucenia albo przerobienia na szmatki do podłogi.
Niespecjalnie tego żałował. Prawdę mówiąc w najbliższych dniach widział ją raczej półnagą albo w czymś znacznie bardziej odsłaniającym, co nie wymagałoby takiego zachodu. Mieli jednoznaczne plany wykluczające potrzebę wychodzenia gdziekolwiek. Odosobnienie również sprzyjało swobodzie. Prawdę mówiąc raczej wyobrażał sobie, że nie będą potrzebować schylać się po porzucone ubrania. Widok, jaki mu prezentowała nie powinien być niepotrzebnie ograniczony.
- Zaraz ją naprawię - uśmiechnął się pod nosem, przy czym jednoznacznie kiwnął głową.
Ta komoda miała tutaj dłuższą przyszłość, szczególnie że okazała się bardziej wytrzymała niż mogło się wydawać. Wymagała jedynie wzmocnienia nóżki lub dwóch.
- Pasuje do ciebie - rzucił nie kryjąc pełnego satysfakcji spojrzenia, którym powiódł po lekko bardziej osłoniętym ciele Geraldine, przyklejając przy komódce, żeby przyjrzeć się drewnianym nóżkom, bo dalsze wpatrywanie się w kobietę, mimo że niezmiernie kuszące, nie pozwalało mu skupić myśli na niczym innym. - Aczkolwiek wolę cię bez niej.
Żeby złapać oddech, zdecydował się na wybieg z poprawą stabilności mebla, choć nie miał przy sobie różdżki. Akceptując, że musi to zrobić manualnie (bo umówmy się, gdyby to odłożył na później to raczej zostałoby zapomniane) sięgnął jak najgłębiej pod mebel, próbując ręką dokręcić tylną nogę. Przy czym na oślep wyciągnął rękę do tyłu, kiedy zgarnął coś spod komody.
- Knucik na szczęście - poinformował Geraldine, oczekując, że przyjmie od niego monetę, którą położył na otwartej dłoni.
Jasne, to nie był knut tylko mugolska moneta, ale ten detal nie miał zbyt wiele znaczenia.
- Bardzo możliwe - co oznaczało w tym wypadku masz gwarancję, że tak, nie będzie inaczej, ale o tym też nie musiał mówić, skoro zdążyła poznać tę część jego charakterku.
I nie uciekła. To było fascynujące.
- Mama nie wychowała miękkiego przegrywa - stwierdził zgodnie z prawdą, choć raczej nie powinien pozostawić tego bez dodatkowych wyjaśnień, bo jeszcze by się nie zrozumieli w bardzo istotnej kwestii związanej z jego wychowaniem.
Na to nie mógł pozwolić.
- Była zbyt zajęta własną dupą w le Midi - dodał zatem bez większego przejęcia w głosie nadal tym samym lekkim i rozbawionym tonem, w którym jeżeli skrywało się coś więcej to jedynie całkowicie adekwatna zrozumiała ilość szyderstwa wobec Philippy.
No cóż. Nigdy nie miał zamiaru narzekać na coś, co było dla niego naturalnym stanem rzeczy takim jak zielenienie trawy na wiosnę czy deszcz podczas sztormu. Biologiczna matka smażyła się nie w czarodziejskim odpowiedniku Piekła a na południu Francji. Gdzie dokładnie - nie wiedział i niespecjalnie go to obchodziło, bo nie wysyłali sobie listów ani pocztówek.
- Sam się musiałem klepać po plecach i mówić, że jestem wyjątkowy i dla siebie najważniejszy - w jego głosie zabrzmiał niepoważny ton, w zgodzie z którym Ambroise wzruszył ramionami, po czym znów posłał szerszy uśmiech w kierunku Geraldine. - Nic dziwnego, że jestem swoim największym fanem - był również swoim największym krytykiem, przyjacielem i nieprzyjacielem, sojusznikiem i wrogiem, ale tego nie dodawał, bo nie mówili o jego głębokim życiu emocjonalnym
Całe szczęście, bo o ile był w stanie poruszać tematy duchowe i wierzeniowe (choć w sposób, w który już wcześniej pokazał) to uzewnętrznianie się w inny sposób nie było czymś łatwym. Wbrew pozorom był zamkniętym w sobie mężczyzną. Pokazywał głównie to, co chciał. Z lekkością poruszał część tematów, ale stosunkowo szybko przekonał się, czego lepiej nie poruszać i nawet, jeżeli część tych przekonań była błędna i wynikała z trafienia w niewłaściwe otoczenie niewłaściwych ludzi to nigdy później nie podjął próby weryfikacji swoich poglądów. Sparzył się raz i to miało wystarczyć.
- Nie, nie zdajesz - pokręcił głową z trochę poważniejszym, ale miękkim, czulszym spojrzeniem, wyciągając rękę, żeby kciukiem tracić jej dolną wargę. - Ale to powoli. Nie chcę stosować na tobie tych samych sztuczek, co ty na mnie. Dbajmy o repertuar - mrugnął jednym okiem, przenosząc wzrok na dom.
Mieli wobec siebie poważne plany - to było jasne, więc nie potrzebowali o tym rozmawiać, natomiast Ambroise w dalszym ciągu przyzwyczajał się do nowego stanu rzeczy i nie chciał przesadzać z czułościami mogącymi zostać odebrane różnie. Zazwyczaj nie miewał takich problemów. Nie zastanawiał się nad swoją nagłą delikatnością i tym, czy w odpowiedni sposób daje do zrozumienia, że cieszy się z tego, co między nimi jest.
Bądź co bądź może miał wiele przelotnych romansów, ale to Yaxleyówna była pierwszą osobą, która postanowiła nie dać mu z siebie zrezygnować i zgodnie z własnymi życzeniami umościć się wygodniej w życiu Greengrassa. Nawet po tym, co jej kiedyś powiedział o swoim stosunku do dbania o niego, który był lekko mówiąc ambiwalentny.
Z jednej strony nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś interesuje się jego losem do tego stopnia, że kontroluje to czy jadł i wciska mu kanapki. Z drugiej strony to było całkiem miłe, jeśli się do tego przekonać. Z jednej strony nie lubił bycia kontrolowanym, z drugiej strony ta forma kontroli miała swoje dobre aspekty. Otworzył się przed nią a przynajmniej zaczął jej ufać, czyniąc wspólne plany i coraz rzadziej myśląc, że mogłaby chcieć kiedyś odejść.
- Albo desperatkę - skwitował żartobliwie - ewidentnie nie miał tego na prawdę na myśli; mieli być zadowoleni z tego nieoczekiwanego ratunku, najpewniej szczególnie Evelyn, bo mogła mieć szansę, żeby go wreszcie wykopać.
Już i tak praktycznie nie bywał w domu. Nie sądził, żeby się domyśliła - jeszcze nie, ale później miała dodać dwa do dwóch i najpewniej poczuć sympatię (a także trochę współczucia; współczucie też miało być) w stosunku do Geraldine. Raczej w taki sposób to sobie wyobrażał a miał przy tym niemal całkowitą pewność, że te wizje muszą się spełnić.
- To dobrze. To naturalna kolej rzeczy - wzruszył ramionami.
Nie musiała walczyć o tę pozycję. W jakimkolwiek wyścigu... ...cóż, nie miało go być. Ambroise nie wykazywał chęci ścigania się z kimkolwiek o względy reszty Greengrassów, szczególnie gdy ktoś był tak niewymuszenie czarujący i charyzmatyczny jak Yaxleyówna w jego oczach. Nie podejmował rękawicy, kiedy miał pewność, że zostanie pokonany niemal w pierwszej sekundzie.
- Cieszę się, że mamy zgodność - lubił, kiedy obiecywała mu podobne rzeczy.
To znacznie poprawiało Greengrassowi humor, wręcz sprawiając, że mógł zgodzić się na inne mniej przyjemne rzeczy, jeśli w domu miała na niego czekać odpowiednia nagroda. Szczególnie w postaci dłuższego czasu spędzonego wspólnie na ich nowym odludziu. Nie wątpił, że Geraldine miała spróbować go zaskoczyć wyborem terminu. Wręcz planował jej to trochę ułatwić i przymknąć oko na wszystkie wskazówki, udając całkowite zdziwienie - dla wspólnego dobra. W takim wypadku mogli pozwolić sobie na trochę gry. To nie była nieszczerość.
- Chcę - powiedział niemalże od razu.
Trochę zbyt szybko na kogoś, kto nie powinien przejmować się zapewnieniami, ale mentalnie przygotował się na to, że Geraldine może być niezadowolona z jego oschłości i braku wylewności, więc chciał uniknąć wątpliwości do tego prowadzących.
Zapewniając ją o chęci poprawy tego aspektu relacji. To była naprawdę duża deklaracja jak na kogoś, kto nie posuwał się do takich rzeczy. Jego skorupa nie była niewygodna. Sam z siebie wcale nie wyszedłby ze strefy komfortu, gdyby nie czuł takiej konieczności i szczerej chęci. Wręcz przeciwnie: zostałby w niej, bo ani razu jej nie opuścił.
- Dzięki? - Skwitował z powątpiewaniem, przypatrując się z uniesioną brwią i zmrużonym drugim okiem, co pewnie musiało być całkiem zabawnym widokiem, ale cholera - spodziewał się zapewniania, że zajmie się nim niezależnie od jego stanu psychicznego, a ona właśnie poinformowała go, że go wtedy zastrzeli.
Merlinie, wybrał sobie naprawdę osobliwą istotę na kogoś, z kim chciał spędzać życie i starzeć się, a więc również dziwaczeć. Wolał nie pytać, gdzie leży granica, po której Yaxley planuje go posłać do Kniei.
W ten mniej satysfakcjonujący sposób niż mogliby planować podczas Lithy. Chciał z nią pójść w las, o ile nie planowała go w nim pochować i uczynić z niego jednego z dębów z Doliny.
- Dla mnie możesz ją zdjąć - poprawił instynktownie, nie kryjąc uśmieszku na wargach.
Nie potrzebowała zakładać sukienki tylko ją ściągać. Dać ją ściągnąć z siebie, szczególnie że chyba dowiedli niepraktyczność tych skórzanych spodni w okolicznościach nagłego pobudzenia i chęci znalezienia się jak najbliżej siebie. To były ładne spodnie, całkiem satysfakcjonująco podkreślały to, co powinny, ale tego dnia zakończyły swój żywot. Zapięcie z pewnością było do wymiany, dołączając do całej reszty garderoby do wyrzucenia albo przerobienia na szmatki do podłogi.
Niespecjalnie tego żałował. Prawdę mówiąc w najbliższych dniach widział ją raczej półnagą albo w czymś znacznie bardziej odsłaniającym, co nie wymagałoby takiego zachodu. Mieli jednoznaczne plany wykluczające potrzebę wychodzenia gdziekolwiek. Odosobnienie również sprzyjało swobodzie. Prawdę mówiąc raczej wyobrażał sobie, że nie będą potrzebować schylać się po porzucone ubrania. Widok, jaki mu prezentowała nie powinien być niepotrzebnie ograniczony.
- Zaraz ją naprawię - uśmiechnął się pod nosem, przy czym jednoznacznie kiwnął głową.
Ta komoda miała tutaj dłuższą przyszłość, szczególnie że okazała się bardziej wytrzymała niż mogło się wydawać. Wymagała jedynie wzmocnienia nóżki lub dwóch.
- Pasuje do ciebie - rzucił nie kryjąc pełnego satysfakcji spojrzenia, którym powiódł po lekko bardziej osłoniętym ciele Geraldine, przyklejając przy komódce, żeby przyjrzeć się drewnianym nóżkom, bo dalsze wpatrywanie się w kobietę, mimo że niezmiernie kuszące, nie pozwalało mu skupić myśli na niczym innym. - Aczkolwiek wolę cię bez niej.
Żeby złapać oddech, zdecydował się na wybieg z poprawą stabilności mebla, choć nie miał przy sobie różdżki. Akceptując, że musi to zrobić manualnie (bo umówmy się, gdyby to odłożył na później to raczej zostałoby zapomniane) sięgnął jak najgłębiej pod mebel, próbując ręką dokręcić tylną nogę. Przy czym na oślep wyciągnął rękę do tyłu, kiedy zgarnął coś spod komody.
- Knucik na szczęście - poinformował Geraldine, oczekując, że przyjmie od niego monetę, którą położył na otwartej dłoni.
Jasne, to nie był knut tylko mugolska moneta, ale ten detal nie miał zbyt wiele znaczenia.