09.10.2024, 16:39 ✶
Ze wszystkich wydarzeń towarzyskich, jakie mieli do dyspozycji, żeby tradycji stało się zadość a konwenanse pozostały nienaruszone, Litha była chyba najlepszym rozwiązaniem. Najmniej wymuszonym, a więc również najmniej przysparzającym wątpliwości, których Ambroise tak właściwie nawet nie miał. Znał to towarzystwo, nie było dla niego nowością. Wielokrotnie wcześniej odnajdywał się pośród tych samych osób skłonnych zwracać uwagę na wszystko, aby później móc wydać swoje osądy. Czasami patrząc na niego bardziej pozytywnym okiem niż zazwyczaj. W innych chwilach kręcąc nosami i wymieniając nieprzychylne uwagi między sobą, choć raczej nigdy wprost do Greengrassa.
Być może dlatego nigdy nie brał tego do siebie. Wychodził z założenia, że nie dało się zadowolić wszystkich, a jeśli już chciał kogoś sobą pozytywnie absorbować to raczej nie chodziło mu o stare i sfrustrowane gospodynie domowe tylko o kobietę, o której względy się starał. I które chyba zyskiwał coraz bardziej, skoro postanowiła zrobić mu tę przyjemność i oficjalnie się z nim pokazać. To wystarczyło, aby nie przejmował się niczym więcej. Ten wieczór był idealny w formie, w jakiej się odbywał i mógł się zakończyć. Szczególnie zakończyć.
Bowiem sam początek nie był do końca taki, jakiego pragnąłby Ambroise odesłany przedwcześnie do domu poprzedniego wieczoru. Rozpraszanie nie sprzyjało przygotowaniom do sabatu - jasne. Nie wątpił, że to były całkowicie zbytecznie podjęte działania, bo i tak miała wyglądać obłędnie i zrobić właściwe wrażenie, ale wyjątkowo nie dyskutował. Zmył się całkiem grzecznie jak na niego, rozbawiony jawnym daniem do zrozumienia, jaki miał wpływ na Geraldine. To go ugłaskało, przynajmniej na chwilę.
Im bliżej zachodu słońca było, tym bardziej odczuwał, że przestawało wystarczać. Co prawda miał pełne ręce roboty, bo skoro już go wyrzuciła to zajął się swoją drugą kochanką (tą, która spadła w hierarchii dwa miesiące wcześniej) składając wizyty domowe i kontrolując pacjentów, którzy też chcieli uczestniczyć w sabacie. W efekcie nie miał zbyt wiele czasu, żeby wrócić do domu i jakoś wyjątkowo się przygotować. Zresztą nie było takiej konieczności, bo miał wszystko przygotowane.
Jedynie umył się i przebrał. W dalszym ciągu trochę pachnąc medykamentami i szpitalem, ale głównie przyjemnie - dymem i ziołami kojarzonymi z Lithą; bylicą, rozmarynem, rumiankiem, lawendą i pierwszymi kwiatami wrotyczu tego roku o całkiem intensywnej woni. Może nie zwracał na to uwagi, ale całe szczęście, bo nie chciał jej się kojarzyć z Mungiem, którego w dalszym ciągu nie lubiła - wbrew próbom przekonania, że to nie było najgorsze miejsce.
Pojawiając się na łące, świadomie wybrał drogę przez Knieję. Słabo widoczną, ale prowadzącą od rodzinnej posiadłości Greengrassów niemal na miejsce. Dawało mu to pewien komfort związany z tym, że mógł pierwszy dostrzec dziewczynę, poświęcając kilka dłuższych chwil na chłonięcie tego widoku.
Podświadomie zbliżył się do niej od tyłu - od strony lasu. Miał niemal całkowitą pewność, że i tak wyczuła jego obecność, więc swobodnie przystanął na tyle blisko, żeby instynktownie objąć ją w pasie, składając muśnięcie warg na kawałku jej odsłoniętej szyi i splatając ręce z przodu sukienki Geraldine. Możliwe, że nie tak powinien wyglądać ten ich oficjalny wspólny debiut towarzyski, ale nie miał ochoty się nad tym zastanawiać.
Litha miała swoje zalety. Nie byli jedynymi osobami, które wstrzymywały się od wejścia w jasne światło ognisk i wybierały spędzenie jeszcze kilku chwil na uboczu zanim dołączą do świętowania.
- Biała sukienka? - Mruknął, nachylając się do jej ucha i składając za nim kolejny słodki pocałunek. - Pięknie wyglądasz - ale to naprawdę niepraktyczne.
Teoretycznie ustalili, że poszukiwania kwiatu paproci miały nie być zawoalowanym pretekstem do niczego zdrożnego, ale biel sukienki mogła ujawnić wszystko. Pasowała do niej tak samo jak niebiesko-zielony chabrowy wianek o ładnym splocie, choć nie miał specjalnych wątpliwości, że włożyła w zaplatanie go coś innego niż same dobre słowa. To czyniło ten wieczór czymś znacznie bardziej zabawnym. Uświetniło celebrację.
Być może dlatego nigdy nie brał tego do siebie. Wychodził z założenia, że nie dało się zadowolić wszystkich, a jeśli już chciał kogoś sobą pozytywnie absorbować to raczej nie chodziło mu o stare i sfrustrowane gospodynie domowe tylko o kobietę, o której względy się starał. I które chyba zyskiwał coraz bardziej, skoro postanowiła zrobić mu tę przyjemność i oficjalnie się z nim pokazać. To wystarczyło, aby nie przejmował się niczym więcej. Ten wieczór był idealny w formie, w jakiej się odbywał i mógł się zakończyć. Szczególnie zakończyć.
Bowiem sam początek nie był do końca taki, jakiego pragnąłby Ambroise odesłany przedwcześnie do domu poprzedniego wieczoru. Rozpraszanie nie sprzyjało przygotowaniom do sabatu - jasne. Nie wątpił, że to były całkowicie zbytecznie podjęte działania, bo i tak miała wyglądać obłędnie i zrobić właściwe wrażenie, ale wyjątkowo nie dyskutował. Zmył się całkiem grzecznie jak na niego, rozbawiony jawnym daniem do zrozumienia, jaki miał wpływ na Geraldine. To go ugłaskało, przynajmniej na chwilę.
Im bliżej zachodu słońca było, tym bardziej odczuwał, że przestawało wystarczać. Co prawda miał pełne ręce roboty, bo skoro już go wyrzuciła to zajął się swoją drugą kochanką (tą, która spadła w hierarchii dwa miesiące wcześniej) składając wizyty domowe i kontrolując pacjentów, którzy też chcieli uczestniczyć w sabacie. W efekcie nie miał zbyt wiele czasu, żeby wrócić do domu i jakoś wyjątkowo się przygotować. Zresztą nie było takiej konieczności, bo miał wszystko przygotowane.
Jedynie umył się i przebrał. W dalszym ciągu trochę pachnąc medykamentami i szpitalem, ale głównie przyjemnie - dymem i ziołami kojarzonymi z Lithą; bylicą, rozmarynem, rumiankiem, lawendą i pierwszymi kwiatami wrotyczu tego roku o całkiem intensywnej woni. Może nie zwracał na to uwagi, ale całe szczęście, bo nie chciał jej się kojarzyć z Mungiem, którego w dalszym ciągu nie lubiła - wbrew próbom przekonania, że to nie było najgorsze miejsce.
Pojawiając się na łące, świadomie wybrał drogę przez Knieję. Słabo widoczną, ale prowadzącą od rodzinnej posiadłości Greengrassów niemal na miejsce. Dawało mu to pewien komfort związany z tym, że mógł pierwszy dostrzec dziewczynę, poświęcając kilka dłuższych chwil na chłonięcie tego widoku.
Podświadomie zbliżył się do niej od tyłu - od strony lasu. Miał niemal całkowitą pewność, że i tak wyczuła jego obecność, więc swobodnie przystanął na tyle blisko, żeby instynktownie objąć ją w pasie, składając muśnięcie warg na kawałku jej odsłoniętej szyi i splatając ręce z przodu sukienki Geraldine. Możliwe, że nie tak powinien wyglądać ten ich oficjalny wspólny debiut towarzyski, ale nie miał ochoty się nad tym zastanawiać.
Litha miała swoje zalety. Nie byli jedynymi osobami, które wstrzymywały się od wejścia w jasne światło ognisk i wybierały spędzenie jeszcze kilku chwil na uboczu zanim dołączą do świętowania.
- Biała sukienka? - Mruknął, nachylając się do jej ucha i składając za nim kolejny słodki pocałunek. - Pięknie wyglądasz - ale to naprawdę niepraktyczne.
Teoretycznie ustalili, że poszukiwania kwiatu paproci miały nie być zawoalowanym pretekstem do niczego zdrożnego, ale biel sukienki mogła ujawnić wszystko. Pasowała do niej tak samo jak niebiesko-zielony chabrowy wianek o ładnym splocie, choć nie miał specjalnych wątpliwości, że włożyła w zaplatanie go coś innego niż same dobre słowa. To czyniło ten wieczór czymś znacznie bardziej zabawnym. Uświetniło celebrację.