09.10.2024, 21:51 ✶
- Idealna cała wyglądałaby jak twoje plecy - mruknął Geraldine do ucha, brzmiąc dokładnie tak rozleniwienie i miękko a nawet bezsprzecznie sugestywnie jak tylko mógł.
Tak jak plecy szczególnie, że nie było na nich materiału, więc gdyby chciał, mógłby wodzić opuszkami palców po jej ciepłej skórze. Powstrzymał się przed tym z przyzwoitości. Pozornej, wymuszonej, ale byli tu w konkretnym celu a ich nagły sojusz już bez tego mógł znaleźć się na językach. Szczególnie, jeśli pojawią się razem także następnego dnia na pełnym ludzi i przesadnego przepychu kameralnym i niewielkim przyjęciu urodzinowym jednego z równolatków Ambroisa. Mogli to zrobić, mogli sobie darować. W obu przypadkach na pewno mieli coś osiągnąć. To było niezaprzeczalne.
Litha była znacznie ważniejsza i bardziej wskazana, choć gdyby Geraldine postanowiła poprosić go o przedwczesne opuszczenie celebracji, niechybnie by przed tym nie zaprotestował. Nawet jeśli to była najbardziej dogodna okazja, żeby zacząć obnosić się z nowym porządkiem rzeczy. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Yaxleyówny, Greengrass nie zamierzał poprzestać tylko na poprzechadzaniu się z nią pod ręką i wspólnym umknięciu w las, co mogłoby zostać odebrane jako wynik krótkotrwałej żądzy.
Nie. Planował ją przedstawić, podkreślając szczególnie części rodziny od strony matki (bo tych krewnych nie miał okazji i niespecjalnie chciał jej przedtem przedstawić), że to jego partnerka. Zbyt dobrze znał niektórych swoich kuzynów, żeby dopuścić do niedopowiedzeń. Szczególnie, że byli do niego podobni nie tylko z wyglądu. Lubił ich, miał z nimi bardzo dobre relacje, ale należało być w stosunku do nich terytorialnym jak jasna cholera.
- Tchórzysz, Najdroższa? - To nie był zarzut a wyłącznie drobna prowokacja, żeby wywołać w Geraldine wolę walki i pokazania tym wszystkim ludziom tego, co powinni wiedzieć.
Czy nie tak planowali? Wspólna ucieczka z sabatu była bardzo, naprawdę mocno kusząca, ale mieli kilka spraw do załatwienia, nawet jeśli nic się nie paliło. No. Prócz ognisk i żaru pod jego skórą, który sprawił, że Ambroise podjął decyzję o bardzo niechętnym odsunięciu się jeszcze o pół kroku. Tak, żeby mógł zaoferować dziewczynie swoje ramię, ale nie przylepić się do niej na stałe zanim nie znajdą się na osobności. Wbrew pozorom nie chciał jej przynieść wstydu.
- Raczej nie ta ruda z gościem, który wygląda jak jej brat, ale z przyzwoitości uznajmy, że nim nie jest. Oni będą pierwsi w lesie - założył modułując głos tak, żeby to dotarło wyłącznie do uszu jego dziewczyny, ale nie zabrzmiało jak sugestia, że mogą mieć problem akurat z tą parą.
Wręcz przeciwnie. Mieli iść jak dzikie kuny w agrest. Nie bacząc na to, że to jest las a nie sad i mają co najwyżej paprotniki i jeżyny do dyspozycji.
- Lestrange też wygląda, jakby miał się macać w paprociach. Sam, bo jego partnerka smali cholewki do Weasleya. Tego, który chyba jest tym prawdziwym bratem rudej, ale nie dam głowy. Tylu ich jest - rzucił bezpośrednio, choć na tyle cicho, żeby nikt nie słyszał tego niewybrednego komentarza.
Ambroise w teorii bardzo dobrze orientował się w tym, kto kim jest. Nawet sposób, w który teraz mówił i wyłapywał kolejne znajome, warte uwagi twarze z tłumu o tym świadczył. Natomiast nie mógł nie pokusić się o ten drobny przytyk do chyba najbardziej dzietnej rodziny. Wpisanej do czystokrwistego skorowidzu, ale prawdopodobnie gżącej się z kimkolwiek, byle był rudy i miał kilka piegów.
- Mój drogi kuzyn tam - machnął głową w kierunku jednego z Mulciberów przy największym ognisku; wspomniany człowiek stał obok ładnej Rowle'ówny, ale wyglądał przy tym jak słup soli. - Pójdzie w krzaki z najmłodszym Rosierem, a panna Rowle i panna Selwyn udadzą się na własne poszukiwania - zasugerował, jeszcze bardziej dyskretnie zezując w kierunku drugiej wspomnianej pary.
To nie było oficjalne. Nie było również przesadnie nie do przewidzenia. Wystarczyło mieć oczy i nie próbować wykluczać pewnych oczywistości, co ewidentnie robiły wszystkie rodziny, skoro tamci młodzi wyglądali, jakby byli tu w celu obejrzenia nowego Drzewa Wisielców i przetestowania gałęzi. No cóż. Powiódł spojrzenie po tłumie bliżej ogniska i dyskretnie zgiął palce w kierunku następnej kandydatury.
- Travers może być zaangażowany. Grywałem przeciwko niemu w Quidditcha. Zawsze był narwany - skomentował dyskretnie nie dodając, że byli siebie warci pod tym względem, bo obaj przesadnie lubili rywalizację. - Za to mała Slughorn ledwo widzi, więc to kwestia tego, co on wybierze - nieznacznie wzruszył ramionami, bo raczej nie wyobrażał sobie tej dwójki w głębokim i ciemnym lesie, skoro panna Traversa niemal potykała się o własne nogi w migoczącym świetle ogniska.
Wydawało mu się średnio prawdopodobne, żeby denka od butelek, które nosiła zamiast okularów dały jej przewagę wzrokową. Prawdę mówiąc był zaskoczony widokiem przypakowanego, wysokiego Traversa o pocharatanej, bliznowatej mordzie w towarzystwie takiego kwiatuszka będącego uosobieniem nieśmiałej bibliotekarki.
Najwidoczniej w życiu innych czarodziejów priorytety też ulegały nieoczekiwanym zmianom. Kto wie, może kiedyś jeszcze będą pić z rywalem piwo, śmiejąc się z posyłania w siebie tłuczków i bójek pod bijącą wierzbą... ...choć nie - to byłoby zbyt absurdalne nawet jak na to, jak bardzo wywróciło się życie Greengrassa przy Yaxleyównie. Były pewne granice.
- Stawiam na Rookwood z Prewettem. Jego też znam z drużyny a ona kiedyś - urwał wypowiedź, po prostu wzruszając ramionami i nieznacznie się krzywiąc. - Z Parkinsonówną mogą być bólem dupy, kiedy coś sobie uroją - skwitował, zatrzymując się w dogodnym miejscu i wbijając w Geraldine spojrzenie zachęcające ją do wyczerpania tematu.
Tak jak plecy szczególnie, że nie było na nich materiału, więc gdyby chciał, mógłby wodzić opuszkami palców po jej ciepłej skórze. Powstrzymał się przed tym z przyzwoitości. Pozornej, wymuszonej, ale byli tu w konkretnym celu a ich nagły sojusz już bez tego mógł znaleźć się na językach. Szczególnie, jeśli pojawią się razem także następnego dnia na pełnym ludzi i przesadnego przepychu kameralnym i niewielkim przyjęciu urodzinowym jednego z równolatków Ambroisa. Mogli to zrobić, mogli sobie darować. W obu przypadkach na pewno mieli coś osiągnąć. To było niezaprzeczalne.
Litha była znacznie ważniejsza i bardziej wskazana, choć gdyby Geraldine postanowiła poprosić go o przedwczesne opuszczenie celebracji, niechybnie by przed tym nie zaprotestował. Nawet jeśli to była najbardziej dogodna okazja, żeby zacząć obnosić się z nowym porządkiem rzeczy. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Yaxleyówny, Greengrass nie zamierzał poprzestać tylko na poprzechadzaniu się z nią pod ręką i wspólnym umknięciu w las, co mogłoby zostać odebrane jako wynik krótkotrwałej żądzy.
Nie. Planował ją przedstawić, podkreślając szczególnie części rodziny od strony matki (bo tych krewnych nie miał okazji i niespecjalnie chciał jej przedtem przedstawić), że to jego partnerka. Zbyt dobrze znał niektórych swoich kuzynów, żeby dopuścić do niedopowiedzeń. Szczególnie, że byli do niego podobni nie tylko z wyglądu. Lubił ich, miał z nimi bardzo dobre relacje, ale należało być w stosunku do nich terytorialnym jak jasna cholera.
- Tchórzysz, Najdroższa? - To nie był zarzut a wyłącznie drobna prowokacja, żeby wywołać w Geraldine wolę walki i pokazania tym wszystkim ludziom tego, co powinni wiedzieć.
Czy nie tak planowali? Wspólna ucieczka z sabatu była bardzo, naprawdę mocno kusząca, ale mieli kilka spraw do załatwienia, nawet jeśli nic się nie paliło. No. Prócz ognisk i żaru pod jego skórą, który sprawił, że Ambroise podjął decyzję o bardzo niechętnym odsunięciu się jeszcze o pół kroku. Tak, żeby mógł zaoferować dziewczynie swoje ramię, ale nie przylepić się do niej na stałe zanim nie znajdą się na osobności. Wbrew pozorom nie chciał jej przynieść wstydu.
- Raczej nie ta ruda z gościem, który wygląda jak jej brat, ale z przyzwoitości uznajmy, że nim nie jest. Oni będą pierwsi w lesie - założył modułując głos tak, żeby to dotarło wyłącznie do uszu jego dziewczyny, ale nie zabrzmiało jak sugestia, że mogą mieć problem akurat z tą parą.
Wręcz przeciwnie. Mieli iść jak dzikie kuny w agrest. Nie bacząc na to, że to jest las a nie sad i mają co najwyżej paprotniki i jeżyny do dyspozycji.
- Lestrange też wygląda, jakby miał się macać w paprociach. Sam, bo jego partnerka smali cholewki do Weasleya. Tego, który chyba jest tym prawdziwym bratem rudej, ale nie dam głowy. Tylu ich jest - rzucił bezpośrednio, choć na tyle cicho, żeby nikt nie słyszał tego niewybrednego komentarza.
Ambroise w teorii bardzo dobrze orientował się w tym, kto kim jest. Nawet sposób, w który teraz mówił i wyłapywał kolejne znajome, warte uwagi twarze z tłumu o tym świadczył. Natomiast nie mógł nie pokusić się o ten drobny przytyk do chyba najbardziej dzietnej rodziny. Wpisanej do czystokrwistego skorowidzu, ale prawdopodobnie gżącej się z kimkolwiek, byle był rudy i miał kilka piegów.
- Mój drogi kuzyn tam - machnął głową w kierunku jednego z Mulciberów przy największym ognisku; wspomniany człowiek stał obok ładnej Rowle'ówny, ale wyglądał przy tym jak słup soli. - Pójdzie w krzaki z najmłodszym Rosierem, a panna Rowle i panna Selwyn udadzą się na własne poszukiwania - zasugerował, jeszcze bardziej dyskretnie zezując w kierunku drugiej wspomnianej pary.
To nie było oficjalne. Nie było również przesadnie nie do przewidzenia. Wystarczyło mieć oczy i nie próbować wykluczać pewnych oczywistości, co ewidentnie robiły wszystkie rodziny, skoro tamci młodzi wyglądali, jakby byli tu w celu obejrzenia nowego Drzewa Wisielców i przetestowania gałęzi. No cóż. Powiódł spojrzenie po tłumie bliżej ogniska i dyskretnie zgiął palce w kierunku następnej kandydatury.
- Travers może być zaangażowany. Grywałem przeciwko niemu w Quidditcha. Zawsze był narwany - skomentował dyskretnie nie dodając, że byli siebie warci pod tym względem, bo obaj przesadnie lubili rywalizację. - Za to mała Slughorn ledwo widzi, więc to kwestia tego, co on wybierze - nieznacznie wzruszył ramionami, bo raczej nie wyobrażał sobie tej dwójki w głębokim i ciemnym lesie, skoro panna Traversa niemal potykała się o własne nogi w migoczącym świetle ogniska.
Wydawało mu się średnio prawdopodobne, żeby denka od butelek, które nosiła zamiast okularów dały jej przewagę wzrokową. Prawdę mówiąc był zaskoczony widokiem przypakowanego, wysokiego Traversa o pocharatanej, bliznowatej mordzie w towarzystwie takiego kwiatuszka będącego uosobieniem nieśmiałej bibliotekarki.
Najwidoczniej w życiu innych czarodziejów priorytety też ulegały nieoczekiwanym zmianom. Kto wie, może kiedyś jeszcze będą pić z rywalem piwo, śmiejąc się z posyłania w siebie tłuczków i bójek pod bijącą wierzbą... ...choć nie - to byłoby zbyt absurdalne nawet jak na to, jak bardzo wywróciło się życie Greengrassa przy Yaxleyównie. Były pewne granice.
- Stawiam na Rookwood z Prewettem. Jego też znam z drużyny a ona kiedyś - urwał wypowiedź, po prostu wzruszając ramionami i nieznacznie się krzywiąc. - Z Parkinsonówną mogą być bólem dupy, kiedy coś sobie uroją - skwitował, zatrzymując się w dogodnym miejscu i wbijając w Geraldine spojrzenie zachęcające ją do wyczerpania tematu.