09.10.2024, 23:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.10.2024, 23:02 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nie lubił, gdy ktoś wyrywał jego słowa z kontekstu i próbował używać ich przeciwko niemu, kiedy jeszcze nie zdążył rozwinąć wypowiedzi. Rosie dobrze zdawała sobie z tego sprawę i właśnie to teraz robiła, więc postanowił zignorować jej wstępne bezsensowne pytania, zamiast tego wyciągając własną papierośnicę i wybierając z niej coś na uspokojenie.
Jointa.
Zapalił jointa, zaciągając się nim głęboko, choć prawie przegryzł go na pół, kiedy usłyszał prowokacyjne Skończyłeś już? w towarzystwie tej całej przesadnie wyluzowanej postawy siostry. Nie miał jej już za dzieciaka, ale zachowywała się jak nie ona. Patrzył na nią oczami kogoś, kto chciał dla niej dobrze. Kto widział ją w różnych momentach życia w bardzo różnych stanach i okolicznościach, ale teraz pierwszy raz dostrzegał w niej nie inteligentną młodą badaczkę tylko kogoś nieznanego. Nie chciał tego.
- Odkąd usiłujesz zanglizować Rosjan? - Drgnęła mu brew.
W innych okolicznościach pewnie drgnąłby mu też kącik ust, bo dyskusja o poprawności językowej była całkiem odobliwa, ale teraz Roselyn na powrót zaczynała go irytować tym swoim uporem i manią łapania go za słówka. Całkiem zabawne mogło być to, jakie lustro potrafili sobie mimowolnie dawać, tyle tylko, że on tego nie dostrzegał. Jego to drażniło.
- Czy ty w ogóle słuchasz tego, co mam ci do powiedzenia, Roselyn? - Tym razem spróbował z goryczą odbić jej chłód, kręcąc głową z politowaniem. - Masz Bulstrode, Delacour, Nottów czy nawet pobliskich Longbottomów. Wyjdź sobie za homoseksualnego Weasleya, przymknę na to oko. Zostań Macmillanem. Cały czas próbuję ci mówić, żebyś nie zostawała żoną żadnego domorosłego czarnoksiężnika - wypluł z siebie, nachylając się ku niej.
Hipokryzja? Nawet jej nie widział.
- Tak. Zaszlamiony. Półkrwi. Jest wiele synonimów, nie musisz czepiać się słówek - odpowiedział, nie kryjąc się z tym, że w ogóle nie bierze pod uwagę pejoratywnego brzmienia niektórych wykorzystywanych określeń, bo się nad nimi nie zastanawiał; niemalże nigdy. - Wyśmienicie, Roselyn, kiedy będzie trzeci raz? Obroni cię przed swoim bratem, którego sama uważasz za podejrzanego? A może przed ojcem? Uważaj, bo będzie mu zależało na dopiero co poznanej dziewczynie. Bardziej niż na własnym rodzie i lojalności - był rozgoryczony, ale bardzo pewny tego, co jej mówi.
Do tego stopnia, że w całkiem naturalny sposób całkowicie porzucił wszelką kulturę i dobre wychowanie na rzecz bardziej ulicznego języka. W końcu Roo musiała być przygotowana na dołączenie do ludzi Nokturnu, czyż nie? Już zaczęła być jednością z dzielnią. I jak to dzielni przystało, ta dzielnia zaczynała ich teraz dzielić.
- Problem w tym, że według tego, co usiłujesz zrobić po drodze po szmatę - kulturalnie nie dodał, że Anthony Ian Borgin sam w sobie jest najpewniej największą szmatą - mleko na podłodze zdąży się skisnąć i zacząć jebać - skwitował nadal nie oszczędzając niezbyt kulturalnych słów.
No cóż. Jego matka była z Mulciberów, którzy raczej nie należeli do najbardziej kulturalnej elity. Niczym typowa dobra partia świata czystokrwistych, Ambroise ewidentnie odziedziczył wszystko, co najlepsze po obu stronach: upór, bezpośredniość, porywczość, gniew, oziębłość, nieumiarkowanie w paleniu i czasami w piciu (jak to było na przykład tego popołudnia), ostry język, jeszcze więcej uporu i oziębłości, dodatkową kapkę porywczości... ...frustrację i najnowszy, bo nadal odkrywany i rozwijany ekstras - widmowidzenie.
To ostatnie, rzecz jasna, było prezentem urodzinowym od matki, która dogodnie dla siebie spierdoliła na południe Francji i nie raczyła poinformować go o tych drobnych genetycznych predyspozycjach tak powszechnych u Mulciberów. Ci chyba uznali go za klasycznego Greengrassa, bo nikt nigdy nie zasugerował mu tej możliwości. W efekcie tak, był jeszcze bardziej sfrustrowany swoim życiem, które nie ułożyło się po jego myśli. Kto by nie był na jego miejscu?
W przeciągu siedmiu lat zmienił swoje podejście do przyszłości o sto osiemdziesiąt stopni. Starannie ignorował wszystkie niewygodne przejawy tego, co ostatecznie wydostało się na powierzchnię i użarło go w gardło. Potrzebował kilku miesięcy, żeby tę szczęśliwą stoosiemdziesiątkę przewrócić znowu o sto osiemdziesiąt stopni i tym samym zaliczyć pełna trzysta sześćdziesiąt stopni mentalnego zjebania. Salto w tył. Na główkę. Z tego czwartego piętra kamienicy na Pokątnej. Ostatnie półtora roku było dla niego bardzo złym okresem. Ostatni rok był całkowitym zjazdem w dół...
...ale czy postanowił zacząć wmanewrowywać pijane panny w śluby dla korzyści majątkowych jak jakiś mały, żenujący półinteligent? Czy zjebał sobie życie pochopnymi zaręczynami z takowym? Czy uznawał to za genialny pomysł na odroczenie staropanieństwa (tak, staropanieństwa jako kawaler) i umizgów?
Nie.
Kurwa, poszedł w pracoholizm, widmowidzenie i czarną magię jak dojrzały, poważny czystokrwisty mężczyzna z całą jedną komórką mózgową, która mówiła mu, że to był zajebiście dobry sposób na wykorzystanie autodestrukcyjnych zapędów. No, skoro i tak zwalił sobie życie to równie dobrze mógł być na Ty z własnymi demonami i od czasu do czasu prosić je o wskazówki.
- Tu nie chodzi o ciebie, Roselyn - powtórzył dosadniej i bardziej wprost, bo może do tej pory mówił do niej obcym językiem. Zazwyczaj nie mieszał nic pod wpływem alkoholu, ale w tym momencie był na nią tak zły, że po prostu pociągnął kolejny haust z butelki, racząc ją swoim paskudnym, łamanym, godnym pożałowania francuskim (mamusia nie byłaby dumna), bo może w rodzimym języku po prostu nie rozumiała.
- Je n'ai peut-être pas été assez clair - nie był wystarczająco jasny?
Może nie był, bo nie posługiwał się tym płynnie, ale po ognistej nie miał z tym problemu. Nieistotne, że kaleczył słowa. Nie docierało do niej, co tu jest problemem? Nie ona a Borgin. Od samego początku powtarzał jej, że Borgin.
- Niemal cały świat już wie, jakimi skurwielami są Borginowie - podkreślił, bo ewidentnie były jeszcze osoby jej pokroju, które zachowywały się jak ślepe na to. - Potomkinię Greengrassa nie, ale narzeczoną Borgina? Jak najbardziej. Narzeczoną brata, syna, wnuka jeszcze gorszego Borgina? Mam to w ogóle mówić czy nadal będziesz zgrywać głuchotę na argumenty? Próbuję się o ciebie troszczyć - potrzebował to mówić? Serio?
Jointa.
Zapalił jointa, zaciągając się nim głęboko, choć prawie przegryzł go na pół, kiedy usłyszał prowokacyjne Skończyłeś już? w towarzystwie tej całej przesadnie wyluzowanej postawy siostry. Nie miał jej już za dzieciaka, ale zachowywała się jak nie ona. Patrzył na nią oczami kogoś, kto chciał dla niej dobrze. Kto widział ją w różnych momentach życia w bardzo różnych stanach i okolicznościach, ale teraz pierwszy raz dostrzegał w niej nie inteligentną młodą badaczkę tylko kogoś nieznanego. Nie chciał tego.
- Odkąd usiłujesz zanglizować Rosjan? - Drgnęła mu brew.
W innych okolicznościach pewnie drgnąłby mu też kącik ust, bo dyskusja o poprawności językowej była całkiem odobliwa, ale teraz Roselyn na powrót zaczynała go irytować tym swoim uporem i manią łapania go za słówka. Całkiem zabawne mogło być to, jakie lustro potrafili sobie mimowolnie dawać, tyle tylko, że on tego nie dostrzegał. Jego to drażniło.
- Czy ty w ogóle słuchasz tego, co mam ci do powiedzenia, Roselyn? - Tym razem spróbował z goryczą odbić jej chłód, kręcąc głową z politowaniem. - Masz Bulstrode, Delacour, Nottów czy nawet pobliskich Longbottomów. Wyjdź sobie za homoseksualnego Weasleya, przymknę na to oko. Zostań Macmillanem. Cały czas próbuję ci mówić, żebyś nie zostawała żoną żadnego domorosłego czarnoksiężnika - wypluł z siebie, nachylając się ku niej.
Hipokryzja? Nawet jej nie widział.
- Tak. Zaszlamiony. Półkrwi. Jest wiele synonimów, nie musisz czepiać się słówek - odpowiedział, nie kryjąc się z tym, że w ogóle nie bierze pod uwagę pejoratywnego brzmienia niektórych wykorzystywanych określeń, bo się nad nimi nie zastanawiał; niemalże nigdy. - Wyśmienicie, Roselyn, kiedy będzie trzeci raz? Obroni cię przed swoim bratem, którego sama uważasz za podejrzanego? A może przed ojcem? Uważaj, bo będzie mu zależało na dopiero co poznanej dziewczynie. Bardziej niż na własnym rodzie i lojalności - był rozgoryczony, ale bardzo pewny tego, co jej mówi.
Do tego stopnia, że w całkiem naturalny sposób całkowicie porzucił wszelką kulturę i dobre wychowanie na rzecz bardziej ulicznego języka. W końcu Roo musiała być przygotowana na dołączenie do ludzi Nokturnu, czyż nie? Już zaczęła być jednością z dzielnią. I jak to dzielni przystało, ta dzielnia zaczynała ich teraz dzielić.
- Problem w tym, że według tego, co usiłujesz zrobić po drodze po szmatę - kulturalnie nie dodał, że Anthony Ian Borgin sam w sobie jest najpewniej największą szmatą - mleko na podłodze zdąży się skisnąć i zacząć jebać - skwitował nadal nie oszczędzając niezbyt kulturalnych słów.
No cóż. Jego matka była z Mulciberów, którzy raczej nie należeli do najbardziej kulturalnej elity. Niczym typowa dobra partia świata czystokrwistych, Ambroise ewidentnie odziedziczył wszystko, co najlepsze po obu stronach: upór, bezpośredniość, porywczość, gniew, oziębłość, nieumiarkowanie w paleniu i czasami w piciu (jak to było na przykład tego popołudnia), ostry język, jeszcze więcej uporu i oziębłości, dodatkową kapkę porywczości... ...frustrację i najnowszy, bo nadal odkrywany i rozwijany ekstras - widmowidzenie.
To ostatnie, rzecz jasna, było prezentem urodzinowym od matki, która dogodnie dla siebie spierdoliła na południe Francji i nie raczyła poinformować go o tych drobnych genetycznych predyspozycjach tak powszechnych u Mulciberów. Ci chyba uznali go za klasycznego Greengrassa, bo nikt nigdy nie zasugerował mu tej możliwości. W efekcie tak, był jeszcze bardziej sfrustrowany swoim życiem, które nie ułożyło się po jego myśli. Kto by nie był na jego miejscu?
W przeciągu siedmiu lat zmienił swoje podejście do przyszłości o sto osiemdziesiąt stopni. Starannie ignorował wszystkie niewygodne przejawy tego, co ostatecznie wydostało się na powierzchnię i użarło go w gardło. Potrzebował kilku miesięcy, żeby tę szczęśliwą stoosiemdziesiątkę przewrócić znowu o sto osiemdziesiąt stopni i tym samym zaliczyć pełna trzysta sześćdziesiąt stopni mentalnego zjebania. Salto w tył. Na główkę. Z tego czwartego piętra kamienicy na Pokątnej. Ostatnie półtora roku było dla niego bardzo złym okresem. Ostatni rok był całkowitym zjazdem w dół...
...ale czy postanowił zacząć wmanewrowywać pijane panny w śluby dla korzyści majątkowych jak jakiś mały, żenujący półinteligent? Czy zjebał sobie życie pochopnymi zaręczynami z takowym? Czy uznawał to za genialny pomysł na odroczenie staropanieństwa (tak, staropanieństwa jako kawaler) i umizgów?
Nie.
Kurwa, poszedł w pracoholizm, widmowidzenie i czarną magię jak dojrzały, poważny czystokrwisty mężczyzna z całą jedną komórką mózgową, która mówiła mu, że to był zajebiście dobry sposób na wykorzystanie autodestrukcyjnych zapędów. No, skoro i tak zwalił sobie życie to równie dobrze mógł być na Ty z własnymi demonami i od czasu do czasu prosić je o wskazówki.
- Tu nie chodzi o ciebie, Roselyn - powtórzył dosadniej i bardziej wprost, bo może do tej pory mówił do niej obcym językiem. Zazwyczaj nie mieszał nic pod wpływem alkoholu, ale w tym momencie był na nią tak zły, że po prostu pociągnął kolejny haust z butelki, racząc ją swoim paskudnym, łamanym, godnym pożałowania francuskim (mamusia nie byłaby dumna), bo może w rodzimym języku po prostu nie rozumiała.
- Je n'ai peut-être pas été assez clair - nie był wystarczająco jasny?
Może nie był, bo nie posługiwał się tym płynnie, ale po ognistej nie miał z tym problemu. Nieistotne, że kaleczył słowa. Nie docierało do niej, co tu jest problemem? Nie ona a Borgin. Od samego początku powtarzał jej, że Borgin.
- Niemal cały świat już wie, jakimi skurwielami są Borginowie - podkreślił, bo ewidentnie były jeszcze osoby jej pokroju, które zachowywały się jak ślepe na to. - Potomkinię Greengrassa nie, ale narzeczoną Borgina? Jak najbardziej. Narzeczoną brata, syna, wnuka jeszcze gorszego Borgina? Mam to w ogóle mówić czy nadal będziesz zgrywać głuchotę na argumenty? Próbuję się o ciebie troszczyć - potrzebował to mówić? Serio?