18.01.2023, 19:57 ✶
Spojrzał na nią z ukosa, rzeczywiście dochodząc do wniosku, że miał do czynienia z wariatką, ale Amerykanie chyba po prostu tak mieli. Nie żeby był uprzedzony… No dobra, trochę był. Nie rozumiał ich wiecznego poczucia radości i tego, że nie rozumieli pojęcia przestrzeni osobistej, choć jak dotąd dziewczyna trzymała się w miarę na odległość. Pewnie dlatego, że rozdzielała ich sklepowa lada ciągnąca się przez sporą część długości pomieszczenia. Nadal wierciło go jednak w środku to, czy rzeczywiście nie miał czegoś na twarzy, a ona jedynie sobie z niego żartowała. Zresztą, nawet gdyby miał na policzku kleksa od sosu kanapkowego albo okruszki po herbatnikach, zignorowałby to, rzucając komentarzem, że zostawił sobie na później.
Okej, Fergus, odetchnij.
- Coś między wczoraj a trzema tygodniami temu?! Przecież w ten sposób mogło dojść do jakiejś katastrofy. Różdżka to nie jest drapaczka do pleców, żeby się przydawała od czasu do czasu –powiedział, wyraźnie oburzony, choć i tak starał się jak mógł, by opanować nerwy i nie wybuchnąć. Co było z tymi ludźmi, że nikt nie dbał o coś, co powinno być przedłużeniem ręki? Co chwila znajdował coraz to nowszego znajomego, który miał zarysowaną albo pozbawioną części rdzenia różdżkę. Nie wspominając już o obcych, którzy tutaj zaglądali. Magia bezróżdżkowa była jedynie powodem ignorancji, ale to już zachował dla siebie. I jego dobry humor nagle wyparował.
Czym, na pantalony Slytherina, był biały rzeczny potwór?
Wciąż przyglądał się różdżce, próbując jakoś zyskać na czasie, by znaleźć rozwiązanie problemu. Kojarzył, że gdzieś w biurze leżała stara księga na temat rdzeni z innych kontynentów, tylko musiałby sobie przypomnieć, gdzie dokładnie.
- Naprawdę mnie pamiętasz? – zdziwił się, zszokowany tymi rewelacjami, chociaż biorąc pod uwagę, że podał jej swoje imię, a nazwisko widniało nad wejściem do sklepu, nietrudno było o połączenie faktów. – Niespecjalnie kumplowałem się ze Ślizgonami, tak bardziej z jedną osobą – wzruszył ramionami, mając na myśli oczywiście Cynthię Flint, która uratowała go kiedyś przed szlabanem, a której w ostatnich tygodniach starał się nieco unikać ze strachu przed tym, że Castiel mógł z nią rozmawiać. O czymkolwiek. Nawet tych książkach, które jej rozwalił. Czy powinien zapytać ją o jej nazwisko? Twarz kojarzył, imienia niekoniecznie. Przynajmniej wyjaśniło się, że ze szkoły.
- Poczekaj chwilę – mruknął i zniknął na moment w biurze. Przerzucał księgi na regałach, szukając tej właściwej i powodując przy tym niepotrzebny hałas, który w sąsiednim pomieszczeniu mógł brzmieć dość niepokojąco. W końcu znalazł odpowiednie tomiszcze, zabezpieczone obwolutą z krzywym, odręcznym pismem jego dziadka informującym o tym, że w środku znajdowały się Rdzenie Amerykańców. Wrócił do Sophie, położył kodeks przed sobą na ladzie i zaczął szybko wertować w poszukiwaniu tego całego potwora z bagien, czy czym on był.
- Wydaje mi się, że drewno jest uszkodzone na tyle, że widać rdzeń, ale muszę się upewnić, czy ten szarawy odcień nie wróży czegoś gorszego – wyjaśnił jej, pochylając się nad książką i co jakiś czas porównując różdżkę z opisem. – Co właściwie robisz w Londynie? Praca? Rodzina? – dopytał, bo skoro już się znali wypadało jakoś pociągnąć konwersację.
Okej, Fergus, odetchnij.
- Coś między wczoraj a trzema tygodniami temu?! Przecież w ten sposób mogło dojść do jakiejś katastrofy. Różdżka to nie jest drapaczka do pleców, żeby się przydawała od czasu do czasu –powiedział, wyraźnie oburzony, choć i tak starał się jak mógł, by opanować nerwy i nie wybuchnąć. Co było z tymi ludźmi, że nikt nie dbał o coś, co powinno być przedłużeniem ręki? Co chwila znajdował coraz to nowszego znajomego, który miał zarysowaną albo pozbawioną części rdzenia różdżkę. Nie wspominając już o obcych, którzy tutaj zaglądali. Magia bezróżdżkowa była jedynie powodem ignorancji, ale to już zachował dla siebie. I jego dobry humor nagle wyparował.
Czym, na pantalony Slytherina, był biały rzeczny potwór?
Wciąż przyglądał się różdżce, próbując jakoś zyskać na czasie, by znaleźć rozwiązanie problemu. Kojarzył, że gdzieś w biurze leżała stara księga na temat rdzeni z innych kontynentów, tylko musiałby sobie przypomnieć, gdzie dokładnie.
- Naprawdę mnie pamiętasz? – zdziwił się, zszokowany tymi rewelacjami, chociaż biorąc pod uwagę, że podał jej swoje imię, a nazwisko widniało nad wejściem do sklepu, nietrudno było o połączenie faktów. – Niespecjalnie kumplowałem się ze Ślizgonami, tak bardziej z jedną osobą – wzruszył ramionami, mając na myśli oczywiście Cynthię Flint, która uratowała go kiedyś przed szlabanem, a której w ostatnich tygodniach starał się nieco unikać ze strachu przed tym, że Castiel mógł z nią rozmawiać. O czymkolwiek. Nawet tych książkach, które jej rozwalił. Czy powinien zapytać ją o jej nazwisko? Twarz kojarzył, imienia niekoniecznie. Przynajmniej wyjaśniło się, że ze szkoły.
- Poczekaj chwilę – mruknął i zniknął na moment w biurze. Przerzucał księgi na regałach, szukając tej właściwej i powodując przy tym niepotrzebny hałas, który w sąsiednim pomieszczeniu mógł brzmieć dość niepokojąco. W końcu znalazł odpowiednie tomiszcze, zabezpieczone obwolutą z krzywym, odręcznym pismem jego dziadka informującym o tym, że w środku znajdowały się Rdzenie Amerykańców. Wrócił do Sophie, położył kodeks przed sobą na ladzie i zaczął szybko wertować w poszukiwaniu tego całego potwora z bagien, czy czym on był.
- Wydaje mi się, że drewno jest uszkodzone na tyle, że widać rdzeń, ale muszę się upewnić, czy ten szarawy odcień nie wróży czegoś gorszego – wyjaśnił jej, pochylając się nad książką i co jakiś czas porównując różdżkę z opisem. – Co właściwie robisz w Londynie? Praca? Rodzina? – dopytał, bo skoro już się znali wypadało jakoś pociągnąć konwersację.