10.10.2024, 12:50 ✶
- Nie wiem czy jestem w stanie przyjąć taką odpowiedź - stwierdził z lekkim skrzywieniem ust, bo nawet jeśli nie miał wątpliwości, co do tego, że nie zamierzała zawieść jego oczekiwań (a najprawdopodobniej wręcz przeciwnie - znów go zaskoczyć) to w dalszym ciągu lubił się z nią podrażnić.
Wcale nie musieli rezygnować z przekomarzania się wraz z rozwojem ich relacji w tym konkretnym kierunku. Nie próbował być dla niej bardziej miły - robił to instynktownie, niewymuszenie i w bardzo zgodny ze sobą sposób. Nie musiał powstrzymywać się przed mówieniem o tym, co myśli ani jakoś specjalnie hamować swoich zapędów. Wręcz przeciwnie. Czuł się uprawniony do tego, by po prostu postępować przy niej jak ktoś, kim był. A był po prostu sobą. Zakochanie tego nie zmieniło, jedynie wyciągnęło na wierzch rzeczy, z których istnienia nie zdawał sobie przedtem sprawy a które bez wątpienia od zawsze tam były - czekały gdzieś grubo pod skórą, stłumione, teraz powoli uwalniane.
- Oui. C'est vrai, chérie - błysk w jego spojrzeniu dość jednoznacznie dawał do zrozumienia, że był świadomy tego, jaki niski kafel rzucił w jej stronę i że raczej nie powinna pikować w dół, żeby go złapać - nie było sensu.
W żadnym razie nie miał w zamiarze wszczęcia jakiejś awantury na wieść o tym, że chciałby odnowić nieistniejące kontakty z osobą, która od zawsze miała go gdzieś. Wiedział, że to nie spotkałoby się z niczyją aprobatą - swoją własną wewnętrzną w szczególności, a on nie lubił poświęcać się w ramach dobrych intencji i bycia większym człowiekiem. Zostawiał to tym naiwnym, przesadnie postępowym czarodziejom bawiącym się w szumny aktywizm i złudną poprawę świata, który według Greengrassa wcale nie powinien być zbyt mocno wywracany do góry nogami, bo pod spodem mogło gnić jeszcze więcej niż teraz śmierdziało.
Jasne. Ich świat nie był piękny. Nie był sprawiedliwy i nawet nie próbował być, ale nieznane bywało wrogiem dobrego. Kto siał wiatr ten zbierał burzę. Kto pochopnie mieszał w kociołku losu... ...i tak dalej, i tak dalej. Lepiej było, gdy kanalie były kanaliami a nie nieoczekiwanymi zbawcami świata. Wtedy kwestionowałby ich intencje.
- Traversowie to przede wszystkim nieokrzesana banda idiotów. Wilkołactwo to wyłącznie dodatek. Tak jak pchły - skwitował, bo w tym wypadku rozumiał to, co miała mu do przekazania.
On również nie przepadał za tą rodziną. Tak właściwie to nie było zbyt wielu rodów, na które Ambroise patrzył całkowicie przychylnie a przynajmniej nie od czasu, odkąd zaczął świadczyć usługi w ramach prywatnej praktyki. To szybko otwierało oczy i pozbawiało sentymentów czy wątpliwości.
- I nie musisz. To nie jest ciekawy widok. A tak? Kochanie, miałem naście lat i byłem gwiazdą drużyny - tym razem nie potrafił powstrzymać się od bycia otwarcie, niezaprzeczalnie buńczucznym; szczególnie na dźwięk śmiechu Geraldine, na który sam wysuszył zęby w szerokim uśmiechu, kwitując to wszystko wzruszeniem ramion.
Niemalże nie zauważył sposobu, w jaki ją określił. To przyszło naturalnie, nadal miało w sobie spory element pobłażliwości, z jaką czasami zdarzało mu się używać pozornie czułych słówek do podkreślenia swojej wyższości, ale w tym wypadku było to całkiem swobodnie niezakłamane. Szczególnie, że w jakimś sensie ulżyła mu jej reakcja. Nadal się docierali, nawet wręcz zapewne było to w większości przed nimi, teoretycznie znała go również od tej strony, ale wolał nie opowiadać jej na prawo i lewo o swoich podbojach. Szkolnych też nie.
- Teraz już tak. Wyrwałbym - mrugnął do niej, obdarzając dziewczynę przeciągłym spojrzeniem, a mimo to chwilę później pokręcił głową. - Ale nie. Musiałaś być za młoda, pewnie instynktownie nie chciałem mieć Ministerstwa na głowie. Nie byłem idiotą. Zawsze miałem swoje standardy - stwierdził bez zastanowienia, bo to brzmiało całkiem prawdopodobnie a nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy w ogóle mieli okazję zetknąć się ze sobą w szkole.
Tak właściwie to pewnie musieli. Nie było między nimi aż tak znacznej różnicy wieku, natomiast jakoś nie miał okazji zbyt wiele rozmawiać z nią o czasach, które nie miały dla niego aż takiego znaczenia. Już nie. Wtedy wydawały się bardzo istotne, ale z upływem lat raczej wolał patrzeć na teraźniejszość niż przeszłość. Natomiast teraz coraz bardziej ochoczo także w kierunku przyszłości, która zaczęła układać się obiecująco.
- I tak nie byłaby w moim typie. Ciężko być w moim typie - zakomunikował, nie dopowiadając tego, co uznawał raczej za jednoznaczne i nie do jakiegokolwiek podważenia: miał swój bardzo określony typ i ewidentnie wpisywała się w niego wyłącznie jedna jedyna osoba. Szczególnie, skoro pojawiła się po takim czasie i z taką łatwością zajęła swoje należyte miejsce.
- Możemy to naprawić. Chętnie pomogę ci ją zdjąć - mruknął znowu zniżając głos i przyciągając ją trochę bliżej siebie, żeby ukradkowo przesunąć dłonią po dole jej kręgosłupa.
Bardzo delikatnie, niemal niedostrzegalnie, znacznie subtelniej niż to zazwyczaj robił, ale klimat półmroku i ognisk sprzyjał tej lekkiej pieszczocie zapewniającej, że przez cały czas myśli o niej w ten pożądliwy sposób, powstrzymując się jedynie od robienia z nich kogoś pokroju ludzi, o których rozmawiali. Byli zbyt dobrzy, żeby robić z siebie publiczne pośmiewisko. Znacząco ułatwiała im to pewna swoboda i niezależność od rodów, bo nie musieli wyczekiwać ukradkowych spotkań tylko mieli się na wyciągnięcie ręki (choć to wcale nie czyniło ich codzienności nudną), ale Ambroise nie wątpił, że w innym wypadku też potrafiliby się zachować.
- Nie? - Spytał mimo to; cicho i zaczepnie, bardzo dyskretnie unosząc materiał w dole jej pleców, żeby przesunąć dłoń trochę niżej, łaskocząc skórę poniżej lędźwi ukochanej. - Przecież wiem, że nie umiesz trzymać rąk przy sobie, Łowcza. Twoja kapitulacja byłaby szybka i spektakularna - mruknął, przesuwając się bardziej za nią, żeby przysłonić to, co właśnie robił. - Z uprzejmości nie pozwolę - dodał gładko, taksując wzrokiem okolicę z neutralnym wyrazem twarzy i swobodą wskazującą na to, że po prostu stali przez chwilę w miejscu zastanawiając się nad dalszym spacerem i nad tym, co będą robić.
Choć w tym drugim przypadku Greengrass wcale nie musiał tego robić.
- Widać mają do siebie wyjątkowo stabilnie niestabilną słabość - podsumował całkiem tolerancyjnie, bo choć tamta relacja była co najmniej przedmiotem wielu niewybrednych żartów i równie dużej ilości pełnych politowania spojrzeń to faktycznie nie była ich sprawa.
Oni powinni być względnie zadowoleni z tego, że ta przeurocza parka była najwidoczniej na etapie umizgów zwiastujących wymknięcie się do lasu w innym celu niż szukanie kwiatu paproci. Konkurencja znacząco osłabła. Prawdopodobnie niemal jej nie mieli, choć w gruncie rzeczy nie było to aż tak zadowalające dla Greengrassa, który przecież lubił rywalizację. Brak kogoś, kto by im ją zapewnił sprawiał, że gra stawała się znacznie nudniejsza niż powinna być.
- Czym ci zawinili Lovegoodowie? Zawsze sądziłem, że są po prostu nieszkodliwie dziwni - posłał pytające spojrzenie w kierunku Yaxleyówny, bo nie zadawał się na tyle blisko z tego typu ludźmi, żeby wiedzieć o nich coś więcej.
Brzmiało tak, jakby ona posiadała jakieś głębsze, całkiem ciekawe informacje, a skoro już plotkowali między sobą jak dwie stare baby z kółka organizacyjnego to równie dobrze mogła rozwinąć niedokończoną myśl. On powiedział jej coś więcej o Rookwoodównie, którą w dalszym ciągu uważał za gotową podłożyć im jakąś świnię nie po to, żeby wygrać a po to, żeby móc dalej być sobą - dosyć żałosną i nieszczęśliwą w aranżowanym związku i bez zbyt wielu przyjaciół.
- Zgadza się. W tym roku to będzie on. Pettigrew. Tak? - W tym wypadku mógł się mylić, bo jego kojarzenie ludzi głównie zamykało się na węższym gronie czystokrwistej elity, garści współpracowników, paru rzemieślników i większości mniej znanych twarzy z Nokturnu.
To mógł być Pettigrew. Szczególnie, że Ambroise był przekonany o tym, że pewne cechy rodzinne ujawniały się u każdego czarodzieja i szło go po nich zidentyfikować. Nie tylko po tak banalnych jak rude włosy u Weasleyów czy sposób noszenia się Blacków. Inne, mniej rażące cechy też na to pozwalały. Na przykład u wcześniej wspomnianych Traversów nie sposób było nie zauważyć pewnej dzikości w ich wyglądzie i nieco zbyt zwierzęcego wyrazu twarzy, szczególnie oczu.
- O to bym się nie martwił - skwitował pewnym siebie głosem, mierząc wzrokiem wszystkich wspomnianych ludzi po kolei, kiedy nagle zawiesił oczy na zbyt długo na słabiej widocznej grupie dodatkowo rozmytej przez kłęby dymu.
Mimowolnie zacisnął usta. Nie odezwał się. Nie tak od razu, ale wymienił gniewne spojrzenie z niższym z dwóch mężczyzn stojących wraz z równie wysoką i postawną kobietą.
- Chodźmy dalej. Musimy przygotować się do zabawy - stwierdził powoli, przywołując uśmiech na twarz i przenosząc wzrok na Geraldine, której dłoń mimowolnie ścisnął, teraz luzując uścisk.
Wcale nie musieli rezygnować z przekomarzania się wraz z rozwojem ich relacji w tym konkretnym kierunku. Nie próbował być dla niej bardziej miły - robił to instynktownie, niewymuszenie i w bardzo zgodny ze sobą sposób. Nie musiał powstrzymywać się przed mówieniem o tym, co myśli ani jakoś specjalnie hamować swoich zapędów. Wręcz przeciwnie. Czuł się uprawniony do tego, by po prostu postępować przy niej jak ktoś, kim był. A był po prostu sobą. Zakochanie tego nie zmieniło, jedynie wyciągnęło na wierzch rzeczy, z których istnienia nie zdawał sobie przedtem sprawy a które bez wątpienia od zawsze tam były - czekały gdzieś grubo pod skórą, stłumione, teraz powoli uwalniane.
- Oui. C'est vrai, chérie - błysk w jego spojrzeniu dość jednoznacznie dawał do zrozumienia, że był świadomy tego, jaki niski kafel rzucił w jej stronę i że raczej nie powinna pikować w dół, żeby go złapać - nie było sensu.
W żadnym razie nie miał w zamiarze wszczęcia jakiejś awantury na wieść o tym, że chciałby odnowić nieistniejące kontakty z osobą, która od zawsze miała go gdzieś. Wiedział, że to nie spotkałoby się z niczyją aprobatą - swoją własną wewnętrzną w szczególności, a on nie lubił poświęcać się w ramach dobrych intencji i bycia większym człowiekiem. Zostawiał to tym naiwnym, przesadnie postępowym czarodziejom bawiącym się w szumny aktywizm i złudną poprawę świata, który według Greengrassa wcale nie powinien być zbyt mocno wywracany do góry nogami, bo pod spodem mogło gnić jeszcze więcej niż teraz śmierdziało.
Jasne. Ich świat nie był piękny. Nie był sprawiedliwy i nawet nie próbował być, ale nieznane bywało wrogiem dobrego. Kto siał wiatr ten zbierał burzę. Kto pochopnie mieszał w kociołku losu... ...i tak dalej, i tak dalej. Lepiej było, gdy kanalie były kanaliami a nie nieoczekiwanymi zbawcami świata. Wtedy kwestionowałby ich intencje.
- Traversowie to przede wszystkim nieokrzesana banda idiotów. Wilkołactwo to wyłącznie dodatek. Tak jak pchły - skwitował, bo w tym wypadku rozumiał to, co miała mu do przekazania.
On również nie przepadał za tą rodziną. Tak właściwie to nie było zbyt wielu rodów, na które Ambroise patrzył całkowicie przychylnie a przynajmniej nie od czasu, odkąd zaczął świadczyć usługi w ramach prywatnej praktyki. To szybko otwierało oczy i pozbawiało sentymentów czy wątpliwości.
- I nie musisz. To nie jest ciekawy widok. A tak? Kochanie, miałem naście lat i byłem gwiazdą drużyny - tym razem nie potrafił powstrzymać się od bycia otwarcie, niezaprzeczalnie buńczucznym; szczególnie na dźwięk śmiechu Geraldine, na który sam wysuszył zęby w szerokim uśmiechu, kwitując to wszystko wzruszeniem ramion.
Niemalże nie zauważył sposobu, w jaki ją określił. To przyszło naturalnie, nadal miało w sobie spory element pobłażliwości, z jaką czasami zdarzało mu się używać pozornie czułych słówek do podkreślenia swojej wyższości, ale w tym wypadku było to całkiem swobodnie niezakłamane. Szczególnie, że w jakimś sensie ulżyła mu jej reakcja. Nadal się docierali, nawet wręcz zapewne było to w większości przed nimi, teoretycznie znała go również od tej strony, ale wolał nie opowiadać jej na prawo i lewo o swoich podbojach. Szkolnych też nie.
- Teraz już tak. Wyrwałbym - mrugnął do niej, obdarzając dziewczynę przeciągłym spojrzeniem, a mimo to chwilę później pokręcił głową. - Ale nie. Musiałaś być za młoda, pewnie instynktownie nie chciałem mieć Ministerstwa na głowie. Nie byłem idiotą. Zawsze miałem swoje standardy - stwierdził bez zastanowienia, bo to brzmiało całkiem prawdopodobnie a nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy w ogóle mieli okazję zetknąć się ze sobą w szkole.
Tak właściwie to pewnie musieli. Nie było między nimi aż tak znacznej różnicy wieku, natomiast jakoś nie miał okazji zbyt wiele rozmawiać z nią o czasach, które nie miały dla niego aż takiego znaczenia. Już nie. Wtedy wydawały się bardzo istotne, ale z upływem lat raczej wolał patrzeć na teraźniejszość niż przeszłość. Natomiast teraz coraz bardziej ochoczo także w kierunku przyszłości, która zaczęła układać się obiecująco.
- I tak nie byłaby w moim typie. Ciężko być w moim typie - zakomunikował, nie dopowiadając tego, co uznawał raczej za jednoznaczne i nie do jakiegokolwiek podważenia: miał swój bardzo określony typ i ewidentnie wpisywała się w niego wyłącznie jedna jedyna osoba. Szczególnie, skoro pojawiła się po takim czasie i z taką łatwością zajęła swoje należyte miejsce.
- Możemy to naprawić. Chętnie pomogę ci ją zdjąć - mruknął znowu zniżając głos i przyciągając ją trochę bliżej siebie, żeby ukradkowo przesunąć dłonią po dole jej kręgosłupa.
Bardzo delikatnie, niemal niedostrzegalnie, znacznie subtelniej niż to zazwyczaj robił, ale klimat półmroku i ognisk sprzyjał tej lekkiej pieszczocie zapewniającej, że przez cały czas myśli o niej w ten pożądliwy sposób, powstrzymując się jedynie od robienia z nich kogoś pokroju ludzi, o których rozmawiali. Byli zbyt dobrzy, żeby robić z siebie publiczne pośmiewisko. Znacząco ułatwiała im to pewna swoboda i niezależność od rodów, bo nie musieli wyczekiwać ukradkowych spotkań tylko mieli się na wyciągnięcie ręki (choć to wcale nie czyniło ich codzienności nudną), ale Ambroise nie wątpił, że w innym wypadku też potrafiliby się zachować.
- Nie? - Spytał mimo to; cicho i zaczepnie, bardzo dyskretnie unosząc materiał w dole jej pleców, żeby przesunąć dłoń trochę niżej, łaskocząc skórę poniżej lędźwi ukochanej. - Przecież wiem, że nie umiesz trzymać rąk przy sobie, Łowcza. Twoja kapitulacja byłaby szybka i spektakularna - mruknął, przesuwając się bardziej za nią, żeby przysłonić to, co właśnie robił. - Z uprzejmości nie pozwolę - dodał gładko, taksując wzrokiem okolicę z neutralnym wyrazem twarzy i swobodą wskazującą na to, że po prostu stali przez chwilę w miejscu zastanawiając się nad dalszym spacerem i nad tym, co będą robić.
Choć w tym drugim przypadku Greengrass wcale nie musiał tego robić.
- Widać mają do siebie wyjątkowo stabilnie niestabilną słabość - podsumował całkiem tolerancyjnie, bo choć tamta relacja była co najmniej przedmiotem wielu niewybrednych żartów i równie dużej ilości pełnych politowania spojrzeń to faktycznie nie była ich sprawa.
Oni powinni być względnie zadowoleni z tego, że ta przeurocza parka była najwidoczniej na etapie umizgów zwiastujących wymknięcie się do lasu w innym celu niż szukanie kwiatu paproci. Konkurencja znacząco osłabła. Prawdopodobnie niemal jej nie mieli, choć w gruncie rzeczy nie było to aż tak zadowalające dla Greengrassa, który przecież lubił rywalizację. Brak kogoś, kto by im ją zapewnił sprawiał, że gra stawała się znacznie nudniejsza niż powinna być.
- Czym ci zawinili Lovegoodowie? Zawsze sądziłem, że są po prostu nieszkodliwie dziwni - posłał pytające spojrzenie w kierunku Yaxleyówny, bo nie zadawał się na tyle blisko z tego typu ludźmi, żeby wiedzieć o nich coś więcej.
Brzmiało tak, jakby ona posiadała jakieś głębsze, całkiem ciekawe informacje, a skoro już plotkowali między sobą jak dwie stare baby z kółka organizacyjnego to równie dobrze mogła rozwinąć niedokończoną myśl. On powiedział jej coś więcej o Rookwoodównie, którą w dalszym ciągu uważał za gotową podłożyć im jakąś świnię nie po to, żeby wygrać a po to, żeby móc dalej być sobą - dosyć żałosną i nieszczęśliwą w aranżowanym związku i bez zbyt wielu przyjaciół.
- Zgadza się. W tym roku to będzie on. Pettigrew. Tak? - W tym wypadku mógł się mylić, bo jego kojarzenie ludzi głównie zamykało się na węższym gronie czystokrwistej elity, garści współpracowników, paru rzemieślników i większości mniej znanych twarzy z Nokturnu.
To mógł być Pettigrew. Szczególnie, że Ambroise był przekonany o tym, że pewne cechy rodzinne ujawniały się u każdego czarodzieja i szło go po nich zidentyfikować. Nie tylko po tak banalnych jak rude włosy u Weasleyów czy sposób noszenia się Blacków. Inne, mniej rażące cechy też na to pozwalały. Na przykład u wcześniej wspomnianych Traversów nie sposób było nie zauważyć pewnej dzikości w ich wyglądzie i nieco zbyt zwierzęcego wyrazu twarzy, szczególnie oczu.
- O to bym się nie martwił - skwitował pewnym siebie głosem, mierząc wzrokiem wszystkich wspomnianych ludzi po kolei, kiedy nagle zawiesił oczy na zbyt długo na słabiej widocznej grupie dodatkowo rozmytej przez kłęby dymu.
Mimowolnie zacisnął usta. Nie odezwał się. Nie tak od razu, ale wymienił gniewne spojrzenie z niższym z dwóch mężczyzn stojących wraz z równie wysoką i postawną kobietą.
- Chodźmy dalej. Musimy przygotować się do zabawy - stwierdził powoli, przywołując uśmiech na twarz i przenosząc wzrok na Geraldine, której dłoń mimowolnie ścisnął, teraz luzując uścisk.