10.10.2024, 16:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.10.2024, 18:40 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Klasnął językiem o podniebienie, po czym od razu wyraziście pokręcił głową, rozchylając usta i mówiąc to, czego mogła się od początku spodziewać:
- Wiesz, że nie lubię być stawiany pod ścianą, panienko Yaxley - w teorii mówił lekko i żartobliwie, ale w praktyce w żadnym wypadku nie kłamał, wręcz żartobliwie ostrzegał ją przed konsekwencjami zbyt ochoczych prób wciśnięcia go pod pantofel.
Co prawda nie sądził, aby Geraldine to planowała, ale nie wahał się przed powtarzaniem, że nic nie musi, nic nie powinien, zawsze ma inne wyjście, tylko czasami mniej kulturalne i wygodne. Byli partnerami, traktował ją jak równą sobie i z tego względu pozwalał jej na wiele więcej niż komukolwiek innemu. Czy to wcześniej, czy to w dalszym ciągu. Miała na niego dużo większy wpływ niż prawdopodobnie sobie uświadamiała, ale to nie znaczyło, że zamierzał dać sobie założyć kaganiec i skrócić łańcuch, na którego dobrowolne przypięcie się zdecydował.
Potrzebował mieć upragnioną swobodę. Dokładnie tak jak ona. Wolność w całkowitym znaczeniu tego słowa już go aż tak nie interesowała. Wybierał oddanie części kontroli w ręce kogoś, kogo z dnia na dzień zaczynał darzyć coraz głębszym uczuciem. Złagodniał mimo woli, stał się bardziej skory do kompromisów, bez problemu się ustatkował. To było wystarczająco. We własnych oczach i tak zmieniła go w kogoś, kim nigdy nie planował być.
Czuł się z tym zadziwiająco dobrze. Nie musiał wracać w puste ściany, spędzać godzin na zabijaniu czasu między szpitalem a miastem i przypadkowymi miejscami. U jej boku sypiał lepiej i spokojniej, a gdy już zdarzały mu się te bezsenne noce to przynajmniej miał kogo obdarzać łagodnym spojrzeniem, gdy siedział w fotelu niedaleko łóżka czytając książkę lub zajmując się przebieraniem zebranych roślin przy biurku. Był szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej, to było nie do podważenia. Mimo to dobrze wiedział, że powinni ostrożnie badać wzajemne granice i niektórych po prostu starać się nie przekraczać.
Mieli to szczęście, że odnajdowali porozumienie nawet w chwilach zupełnej ciszy. Ba. Gdy się odzywali, otwarcie nie przepadali za tymi samymi ludźmi, co było trochę zabawne. Natomiast to wciąż było delikatne i nie chciał przekonywać się jak kruche. Chciał to wzmacniać. Taki miał zamiar.
- Niestety nie mogę służyć wyjaśnieniem - odpowiedział, tym bardziej, że nigdy nie zastanawiał się nad perspektywą, o której mu mówiła Geraldine. - Nie to, żebym nigdy nie dostał od zazdrosnego przyjaciela jakiejś dziewczyny. Szczególnie w Hogwarcie, ale później też. Nie powiem, że nie, ale tak... ...chyba nigdy nie było jakoś przesadnie trudno - wzruszył ramionami, bo czemu miałby ukrywać coś tak trywialnego i nie mającego teraz wpływu na nic?
Przeszłość była za nimi. Obecnie wszystko się wyklarowało, było bardzo stabilne i nie wymagało zatajania jakichś mało znaczących wydarzeń. Nie mieli sobie wzajemnie z przyjemnością opowiadać o wszystkich potencjalnych niewygodnych kwestiach. Bez przesady, ale teraz był tu z nią, ona z nim. To miało znaczenie.
- Sama mi mówiłaś, że jestem dobrą partią - zauważył z satysfakcją znów nawiązując do tego, o czym poprzysiągł nie zapominać. - Poza tym w Quidditcha nie grają tylko karki, kobieciarze i bezmózgi. Od czasu do czasu zdarza się ktoś, kto wykorzystuje procesy myślowe do czegoś poza machaniem pałką i machaniem pałką - skwitował znacząco. - Nie zmieniłbym ścieżki kariery zawodowej, gdybym nie podchodził racjonalnie do obmacywania znacznie młodszych czarownic... ...zanim nie skończą przynajmniej tych dwudziestu trzech lat - zasugerował, unosząc kącik ust.
W końcu na to mogło wyglądać, skoro zaczęli się do siebie bardziej zbliżać właśnie po tamtej konkretnej dacie i pamiętnych urodzinach, kiedy (teraz to było już żenująco jasne) strzeliła na niego focha, bo nie rozumiał sugestii, że mogą spędzić wieczór na ogniskach takich jak te. W sposób niemal taki sam jak ten. Tylko znacznie, znacznie szybciej i bez zbędnych miesięcy wypełnionych sugestiami i grą w podchody. No cóż. Nie zawsze błyszczał pod tym względem, czasami był nierozsądnie rozsądny - nie mówił, że nie.
- Wiesz, że lubię wyzwania - odmruknął z ręką błądzącą po jej plecach i błyskiem w zielonych oczach odbijających światła ognisk. - Lubię twoją dzikość. Tak się składa, że ten temperament najwidoczniej jest całkiem przyciągający - stwierdził znacząco, po czym nachylił się ku niej jeszcze bardziej, żeby bez słowa poprawić chabrowy wianek na miękkich włosach, wykorzystując to jako pretekst (dla otoczenia, rzecz jasna, bo przy niej nie musiał się do tego posuwać), żeby niemalże złączyć ich usta. - Ciężko - zaprzeczył tym samym usłyszanym słowom, odsuwając się bez pocałunku.
To była jego część odpowiedzi na to, że musieli wrócić wpierw do domu, żeby pozwoliła mu pomóc sobie z sukienką, która mogłaby wyglądać naprawdę dobrze na leśnym poszyciu. Może nawet lepiej niż na drewnianej podłodze.
Zgadza się. Testował jej cierpliwość. Swoją przy okazji również, kwitując to cichym parsknięciem, ale grzecznie zabierając dłonie z jej skóry. Nie przez to, że go upominała. Przez to, że było jeszcze zbyt wcześnie, aby jawnie przekraczać granice. Wieczór był zbyt młody, nawet jeśli części czarodziejów ani odrobinę to nie przeszkadzało.
- Wobec tego cieszmy się, że raczej już nigdy nie będziesz zmuszona do tego, żeby kryć się przed poezją - rzucił rozbawiony.
No cóż. To było całkiem zabawne, choć z pewnością w tamtym momencie Geraldine wydawało się inaczej. Nic dziwnego, że ostatecznie trafiła na kogoś, kto nie mógł mieć mniej wspólnego z poezją. Słowa w żadnym razie nie były mocną stroną Greengrassa. To nie miało ulec znaczącej zmianie, nawet jeśli próbował być trochę bardziej wylewny. Raczej jak dziurawa rynna kilka minut po deszczu niżeli wartki górski potok.
W gniewie zazwyczaj przychodziło mu to paradoksalnie łatwiej, choć bywały również chwile takie jak ta, kiedy robił się zimny, sztywny i wrogi. Właśnie tak jak teraz, kiedy dopiero pytania Geraldine uświadomiły mu jak zapewne to wygląda z zewnątrz.
- Po prostu - zaczął cicho przez niemalże zbyt mocno zaciskane wargi, ważąc przy tym każde kolejne słowo i kątem oka nadal wpatrując się w grupkę - cokolwiek robisz, o czym mi nie mówisz - nic jej nie zarzucał, było to jasne, ale jednocześnie tak naprawdę pierwszy raz nawiązał do tego na głos - postaraj się trzymać od tych ludzi jak najdalej, dobrze? Swoich gorzej urodzonych przyjaciół i znajomych również - uprzedź, zdecydowanie nie chciał zagłębiać się w ten temat, szczególnie nie teraz, ale pewne rzeczy należało jednoznacznie zaznaczyć przy pierwszej adekwatnej okazji.
Nie miał do tej pory okoliczności, aby poznać grono znajomych Yaxleyówny. Nie przeszkadzało mu to w żadnym stopniu, a wręcz raczej się do tego nie kwapił, więc nie zamierzał pytać o ich dostępność. Mimo to miał świadomość, że choć była równie neutralna, co on to jednocześnie z ich dwójki raczej wypadała na tą bardziej tolerancyjną, mniej zakorzenioną w konserwatywnych poglądach odnośnie czystości krwi. Teoretycznie nie obchodziło go to, z kim się zadawała, dopóki mieli wobec siebie klarowne plany i byli szczęśliwi.
Ambroise nie miał zamiaru wchodzić z butami w jej bliskie wieloletnie znajomości, natomiast jeśli mógł mieć jakiekolwiek prawo do wypowiadania się w temacie kontaktów biznesowych to właśnie w tym momencie je sobie nadał i był w tym jawnie nieprzejednany. To nie byli ludzie, z którymi należało dobijać jakichkolwiek targów, nawet tych najbardziej z pozoru korzystnych.
Greengrass mógł mieć o tym całkiem dużo do powiedzenia - to było wyrysowane w całej jego postawie: w zaciętym spojrzeniu, sztywności ciała, nacisku dłoni na rękę Geraldine, który mimowolnie znów zwiększył, wykrzywionych ustach, a gdy oddychał - sposobie, w jaki unosił górną wargę, ukazując zaciśnięte zęby.
- Jestem przy nich liberalną małą hipiską - skwitował z czymś na kształt wisielczego uśmiechu nie angażującego oczu, przerywając tę niechcianą interakcję i bez słowa pociągając Geraldine w przeciwnym kierunku.
Tym razem zdecydowanie, żeby jak najszybciej odejść w stronę, gdzie pobliska rzeka łączyła się z jeziorem, gdzie przygotowano namioty z różnorodnością atrakcji. Spróbował się przy tym rozluźnić, po kilku chwilach zatrzymując się, żeby posłać Yaxleyównie już łagodniejsze spojrzenie. Może nawet nieznacznie przepraszające, choć przecież kajanie się nie było dla niego niczym zbyt naturalnym.
- Mają wróżbitę - zauważył lżej, kiwając głową w stronę jednego z malutkich, kolorowych namiotów - jeszcze go tu nie widziałem. Masz chęć zobaczyć, co nam szykuje los? - Spytał z lekkim uśmiechem, ewidentnie całkiem zaciekawiony tą możliwością.
- Wiesz, że nie lubię być stawiany pod ścianą, panienko Yaxley - w teorii mówił lekko i żartobliwie, ale w praktyce w żadnym wypadku nie kłamał, wręcz żartobliwie ostrzegał ją przed konsekwencjami zbyt ochoczych prób wciśnięcia go pod pantofel.
Co prawda nie sądził, aby Geraldine to planowała, ale nie wahał się przed powtarzaniem, że nic nie musi, nic nie powinien, zawsze ma inne wyjście, tylko czasami mniej kulturalne i wygodne. Byli partnerami, traktował ją jak równą sobie i z tego względu pozwalał jej na wiele więcej niż komukolwiek innemu. Czy to wcześniej, czy to w dalszym ciągu. Miała na niego dużo większy wpływ niż prawdopodobnie sobie uświadamiała, ale to nie znaczyło, że zamierzał dać sobie założyć kaganiec i skrócić łańcuch, na którego dobrowolne przypięcie się zdecydował.
Potrzebował mieć upragnioną swobodę. Dokładnie tak jak ona. Wolność w całkowitym znaczeniu tego słowa już go aż tak nie interesowała. Wybierał oddanie części kontroli w ręce kogoś, kogo z dnia na dzień zaczynał darzyć coraz głębszym uczuciem. Złagodniał mimo woli, stał się bardziej skory do kompromisów, bez problemu się ustatkował. To było wystarczająco. We własnych oczach i tak zmieniła go w kogoś, kim nigdy nie planował być.
Czuł się z tym zadziwiająco dobrze. Nie musiał wracać w puste ściany, spędzać godzin na zabijaniu czasu między szpitalem a miastem i przypadkowymi miejscami. U jej boku sypiał lepiej i spokojniej, a gdy już zdarzały mu się te bezsenne noce to przynajmniej miał kogo obdarzać łagodnym spojrzeniem, gdy siedział w fotelu niedaleko łóżka czytając książkę lub zajmując się przebieraniem zebranych roślin przy biurku. Był szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej, to było nie do podważenia. Mimo to dobrze wiedział, że powinni ostrożnie badać wzajemne granice i niektórych po prostu starać się nie przekraczać.
Mieli to szczęście, że odnajdowali porozumienie nawet w chwilach zupełnej ciszy. Ba. Gdy się odzywali, otwarcie nie przepadali za tymi samymi ludźmi, co było trochę zabawne. Natomiast to wciąż było delikatne i nie chciał przekonywać się jak kruche. Chciał to wzmacniać. Taki miał zamiar.
- Niestety nie mogę służyć wyjaśnieniem - odpowiedział, tym bardziej, że nigdy nie zastanawiał się nad perspektywą, o której mu mówiła Geraldine. - Nie to, żebym nigdy nie dostał od zazdrosnego przyjaciela jakiejś dziewczyny. Szczególnie w Hogwarcie, ale później też. Nie powiem, że nie, ale tak... ...chyba nigdy nie było jakoś przesadnie trudno - wzruszył ramionami, bo czemu miałby ukrywać coś tak trywialnego i nie mającego teraz wpływu na nic?
Przeszłość była za nimi. Obecnie wszystko się wyklarowało, było bardzo stabilne i nie wymagało zatajania jakichś mało znaczących wydarzeń. Nie mieli sobie wzajemnie z przyjemnością opowiadać o wszystkich potencjalnych niewygodnych kwestiach. Bez przesady, ale teraz był tu z nią, ona z nim. To miało znaczenie.
- Sama mi mówiłaś, że jestem dobrą partią - zauważył z satysfakcją znów nawiązując do tego, o czym poprzysiągł nie zapominać. - Poza tym w Quidditcha nie grają tylko karki, kobieciarze i bezmózgi. Od czasu do czasu zdarza się ktoś, kto wykorzystuje procesy myślowe do czegoś poza machaniem pałką i machaniem pałką - skwitował znacząco. - Nie zmieniłbym ścieżki kariery zawodowej, gdybym nie podchodził racjonalnie do obmacywania znacznie młodszych czarownic... ...zanim nie skończą przynajmniej tych dwudziestu trzech lat - zasugerował, unosząc kącik ust.
W końcu na to mogło wyglądać, skoro zaczęli się do siebie bardziej zbliżać właśnie po tamtej konkretnej dacie i pamiętnych urodzinach, kiedy (teraz to było już żenująco jasne) strzeliła na niego focha, bo nie rozumiał sugestii, że mogą spędzić wieczór na ogniskach takich jak te. W sposób niemal taki sam jak ten. Tylko znacznie, znacznie szybciej i bez zbędnych miesięcy wypełnionych sugestiami i grą w podchody. No cóż. Nie zawsze błyszczał pod tym względem, czasami był nierozsądnie rozsądny - nie mówił, że nie.
- Wiesz, że lubię wyzwania - odmruknął z ręką błądzącą po jej plecach i błyskiem w zielonych oczach odbijających światła ognisk. - Lubię twoją dzikość. Tak się składa, że ten temperament najwidoczniej jest całkiem przyciągający - stwierdził znacząco, po czym nachylił się ku niej jeszcze bardziej, żeby bez słowa poprawić chabrowy wianek na miękkich włosach, wykorzystując to jako pretekst (dla otoczenia, rzecz jasna, bo przy niej nie musiał się do tego posuwać), żeby niemalże złączyć ich usta. - Ciężko - zaprzeczył tym samym usłyszanym słowom, odsuwając się bez pocałunku.
To była jego część odpowiedzi na to, że musieli wrócić wpierw do domu, żeby pozwoliła mu pomóc sobie z sukienką, która mogłaby wyglądać naprawdę dobrze na leśnym poszyciu. Może nawet lepiej niż na drewnianej podłodze.
Zgadza się. Testował jej cierpliwość. Swoją przy okazji również, kwitując to cichym parsknięciem, ale grzecznie zabierając dłonie z jej skóry. Nie przez to, że go upominała. Przez to, że było jeszcze zbyt wcześnie, aby jawnie przekraczać granice. Wieczór był zbyt młody, nawet jeśli części czarodziejów ani odrobinę to nie przeszkadzało.
- Wobec tego cieszmy się, że raczej już nigdy nie będziesz zmuszona do tego, żeby kryć się przed poezją - rzucił rozbawiony.
No cóż. To było całkiem zabawne, choć z pewnością w tamtym momencie Geraldine wydawało się inaczej. Nic dziwnego, że ostatecznie trafiła na kogoś, kto nie mógł mieć mniej wspólnego z poezją. Słowa w żadnym razie nie były mocną stroną Greengrassa. To nie miało ulec znaczącej zmianie, nawet jeśli próbował być trochę bardziej wylewny. Raczej jak dziurawa rynna kilka minut po deszczu niżeli wartki górski potok.
W gniewie zazwyczaj przychodziło mu to paradoksalnie łatwiej, choć bywały również chwile takie jak ta, kiedy robił się zimny, sztywny i wrogi. Właśnie tak jak teraz, kiedy dopiero pytania Geraldine uświadomiły mu jak zapewne to wygląda z zewnątrz.
- Po prostu - zaczął cicho przez niemalże zbyt mocno zaciskane wargi, ważąc przy tym każde kolejne słowo i kątem oka nadal wpatrując się w grupkę - cokolwiek robisz, o czym mi nie mówisz - nic jej nie zarzucał, było to jasne, ale jednocześnie tak naprawdę pierwszy raz nawiązał do tego na głos - postaraj się trzymać od tych ludzi jak najdalej, dobrze? Swoich gorzej urodzonych przyjaciół i znajomych również - uprzedź, zdecydowanie nie chciał zagłębiać się w ten temat, szczególnie nie teraz, ale pewne rzeczy należało jednoznacznie zaznaczyć przy pierwszej adekwatnej okazji.
Nie miał do tej pory okoliczności, aby poznać grono znajomych Yaxleyówny. Nie przeszkadzało mu to w żadnym stopniu, a wręcz raczej się do tego nie kwapił, więc nie zamierzał pytać o ich dostępność. Mimo to miał świadomość, że choć była równie neutralna, co on to jednocześnie z ich dwójki raczej wypadała na tą bardziej tolerancyjną, mniej zakorzenioną w konserwatywnych poglądach odnośnie czystości krwi. Teoretycznie nie obchodziło go to, z kim się zadawała, dopóki mieli wobec siebie klarowne plany i byli szczęśliwi.
Ambroise nie miał zamiaru wchodzić z butami w jej bliskie wieloletnie znajomości, natomiast jeśli mógł mieć jakiekolwiek prawo do wypowiadania się w temacie kontaktów biznesowych to właśnie w tym momencie je sobie nadał i był w tym jawnie nieprzejednany. To nie byli ludzie, z którymi należało dobijać jakichkolwiek targów, nawet tych najbardziej z pozoru korzystnych.
Greengrass mógł mieć o tym całkiem dużo do powiedzenia - to było wyrysowane w całej jego postawie: w zaciętym spojrzeniu, sztywności ciała, nacisku dłoni na rękę Geraldine, który mimowolnie znów zwiększył, wykrzywionych ustach, a gdy oddychał - sposobie, w jaki unosił górną wargę, ukazując zaciśnięte zęby.
- Jestem przy nich liberalną małą hipiską - skwitował z czymś na kształt wisielczego uśmiechu nie angażującego oczu, przerywając tę niechcianą interakcję i bez słowa pociągając Geraldine w przeciwnym kierunku.
Tym razem zdecydowanie, żeby jak najszybciej odejść w stronę, gdzie pobliska rzeka łączyła się z jeziorem, gdzie przygotowano namioty z różnorodnością atrakcji. Spróbował się przy tym rozluźnić, po kilku chwilach zatrzymując się, żeby posłać Yaxleyównie już łagodniejsze spojrzenie. Może nawet nieznacznie przepraszające, choć przecież kajanie się nie było dla niego niczym zbyt naturalnym.
- Mają wróżbitę - zauważył lżej, kiwając głową w stronę jednego z malutkich, kolorowych namiotów - jeszcze go tu nie widziałem. Masz chęć zobaczyć, co nam szykuje los? - Spytał z lekkim uśmiechem, ewidentnie całkiem zaciekawiony tą możliwością.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down