— Co było ostatnią rzeczą, którą zmieniłeś w sobie? Albo którą chcesz zmienić? Tworzysz bardzo przekonującą fasadę monolitu, zadowolonego ze swojej formy — przyznał mu i zapytał, w ciekawości, zostawiając przestrzeń na odpowiedź. Jakby kolejna informacja mogła nasycić ten głód, bliskości i poznania, tej chęci, aby mieć wszystko, a nie tylko to, co przez szklaną kulę pokazuje światu Dolohov.
Wyprostował się, tak że teraz ich ramiona się stykały, zostawiając po sobie tylko ciepłe miejsce, zagniotkę na szacie i wątłą nić zapachu. Teraz mógł zetknąć ich skronie razem, ale zamiast tego przesunął grzbietem nosa po jego policzku.
— Chciałbym być kimś innym, kimś kogo składowe mają jakiś sens, ale może ty widzisz fragmenty, które pasują do siebie?— Morpheus, jak na siedemnastolatka, miał dość sporo samoświadomości. Świadomy nieuniknionego końca pachnącego hiacyntami, może przez lustro trafnej krytyki Shafiqa i ostrego spojrzenia ojca, widział, gdzie mu brakuje. Jaki chaos i niepewność, ukryte pod obojętnością, drzemią w nim, podsycane ciągłym żarem jego kosmogramu.
Czas, który został wyznaczony na ich razem zaczął się przesypywać, zarówno w przestrzeni tego dnia, jak i samego Hogwartu, a ostatecznie również ich życia. Kolejne ziarnka, wielobarwne, migotliwe kamyczki, kryształy kwarcu, kalcyt, argonity i migoczące miki. Odrzucenie teraz byłoby jak wygnanie na jasne, jałowe, kamienne pustkowia, gdzie zimne promienie bielą kości tych, których żałość zwiodła w te przestrzenie. Wbrew pozorom spodziewane, bo każde spojrzenie piękno błyszczy w stłumionym, wyblakłym świetle księżyca, ale słońce obnaża prawdę. I właśnie dlatego Apollo był bogiem profetów i słońca.
I pocałował swojego słonecznego boga, ujmując dłonią jego twarz, jakby podbijał w jego imieniu bramy Babilonu, aby zrzucić w otchłań posągi fałszywych idoli i umieścić na jego bramach symbol swojego oddania. Robił to z pasją jaką mają w sobie tylko młodzi ludzie, którzy myślą, że mogą mieć wszystko, którzy płoną zbyt szybko i zbyt mocno, tak jak on chciał podpalić świat i w swoich płomieniach go trawić. Fantazjował o tym zbyt długo czyli od momentu, gdy po raz pierwszy ich usta rozłączyły się, miał zbyt mało samozaparcia, aby przeciwstawiać się dłużej rozumowi. Znów było w nim coś barbarzyńskiego, iskrzącego, nadmiernie zachłannego. Cały jego umysł bił na alarm, a on odciął sznur tego dzwonu, wręczając go Vasilijowi.