10.10.2024, 23:08 ✶
Brenna miała naturalnie rację: dzień, gdy przestaną ją odsuwać od poważnych brygadowych spraw, miał nadejść. Ba, miał nadejść czas, gdy będzie najbardziej zabieganą Brygadzistką pod londyńskim słońcem.
Godna pochwały była uwaga, jaką dziewczyna przykładała do szczegółu, niewątpliwie pożądana cecha u początkującego śledczego i świetny nawyk. Tego wieczora jednak detale dotyczące wyglądu osobników z jej wizji były drugorzędne; choć niewykluczone, że przydadzą się na późniejszym etapie.
To, aby nie dać się przyłapać, byłoby również celną radą, gdyby nie to, że… czy było ich właściwie na czym przyłapywać? Jedno z nich nie tylko uchodziło za dorosłe i odpowiedzialne, lecz również było detektywem współprowadzącym sprawę. No bo to co? Wartość dowodowa wartością dowodową, ale od kiedy to nielegalne prowadzić czynności na własnym miejscu zdarzenia? Fartuch się wyczerpie od tego widmowidzenia czy jak? Rosa się mogła cmoknąć z potencjalnymi zastrzeżeniami do świeczek, jeśli go zapytać o zdanie. Clemens Longbottom miał prawo tu sobie na dobrą sprawę robić, co chciał, i mogli mu próbować naskoczyć… dopóki nie wjedzie na dochodzenie ktoś z wyższej półki, komendant lub Wizengamot. Do tego czasu longbottomowa kombinatoryka była w pełni legalna.
O chuj mu wystarczyło za odpowiedź na niewypowiedziane pytanie i… zaskakująco wydało się nadzwyczaj mocne. Sam używał takiego języka swobodnie w codziennej rozmowe, klął jak szewc i czasem nawet nie zauważał, jak mu się wymsknęło. W ustach Brenny zaś to nabierało jakiejś szczególnej mocy, dużo większej niż w jego. Nie żeby zamierzał ją za to karcić, naturalnie. Szczycił się w końcu mianem tego najśmieszniejszego, najbardziej wyluzowanego wujka nie bez powodu.
Jego wzrok odruchowo podążył tam, gdzie skierowały się oczy Brenny, mimo że detektyw nie do końca wiedział, gdzie dokładnie powinien go skoncentrować. Informacje o pokoju pod podłogą były dla niego taką samą nowością, co dla bratanicy. Co prawda nie skończyli jeszcze prowadzić czynności na miejscu — między innymi dlatego wystawili przecież cieciów — ale wstępne oględziny nie ujawniły wejścia, które najwyraźniej dobrze ukryto.
— Doktor zarządzał tą szajką. — On również, śladem dziewczyny, ściszył dla bezpieczeństwa głos i wyciągnął różdżkę. — Doktor Żywa Śmierć, tak go nazywają.
Pchanie się nocą do tajnego pokoju pod podłogą na miejscu przestępstwa było… cóż, każdy chyba obiektywnie zgodzi się, że takie nie za mądre. Nawet jeśli jedno było już doświadczonym detektywem. Te wszystkie irytujące procedury powstały nie bez poowodu. Nie tylko mogło być to niebezpieczne dla nich, lecz również niebezpieczne dla zachowania materiału dowodowego w formie nienaruszonej. Technicy zmyliby im głowy za takie odstępstwa od kodeksu postępowania, który sam Longbottom czasem wykładał przecież kadetom.
No właśnie, Longbottom. Mogliby drukować ich zdjęcia obok definicji głupich pomysłów.
— To spróbuj otworzyć. Tylko ojcu nie mów. Ani dziadkowi, broń Merlinie.
Czarodziej podszedł bliżej ściany, aby w razie potrzeby sprawnie zareagować na niebezpieczeństwo i ubezpieczać otwierającą właz czarownicę.
Godna pochwały była uwaga, jaką dziewczyna przykładała do szczegółu, niewątpliwie pożądana cecha u początkującego śledczego i świetny nawyk. Tego wieczora jednak detale dotyczące wyglądu osobników z jej wizji były drugorzędne; choć niewykluczone, że przydadzą się na późniejszym etapie.
To, aby nie dać się przyłapać, byłoby również celną radą, gdyby nie to, że… czy było ich właściwie na czym przyłapywać? Jedno z nich nie tylko uchodziło za dorosłe i odpowiedzialne, lecz również było detektywem współprowadzącym sprawę. No bo to co? Wartość dowodowa wartością dowodową, ale od kiedy to nielegalne prowadzić czynności na własnym miejscu zdarzenia? Fartuch się wyczerpie od tego widmowidzenia czy jak? Rosa się mogła cmoknąć z potencjalnymi zastrzeżeniami do świeczek, jeśli go zapytać o zdanie. Clemens Longbottom miał prawo tu sobie na dobrą sprawę robić, co chciał, i mogli mu próbować naskoczyć… dopóki nie wjedzie na dochodzenie ktoś z wyższej półki, komendant lub Wizengamot. Do tego czasu longbottomowa kombinatoryka była w pełni legalna.
O chuj mu wystarczyło za odpowiedź na niewypowiedziane pytanie i… zaskakująco wydało się nadzwyczaj mocne. Sam używał takiego języka swobodnie w codziennej rozmowe, klął jak szewc i czasem nawet nie zauważał, jak mu się wymsknęło. W ustach Brenny zaś to nabierało jakiejś szczególnej mocy, dużo większej niż w jego. Nie żeby zamierzał ją za to karcić, naturalnie. Szczycił się w końcu mianem tego najśmieszniejszego, najbardziej wyluzowanego wujka nie bez powodu.
Jego wzrok odruchowo podążył tam, gdzie skierowały się oczy Brenny, mimo że detektyw nie do końca wiedział, gdzie dokładnie powinien go skoncentrować. Informacje o pokoju pod podłogą były dla niego taką samą nowością, co dla bratanicy. Co prawda nie skończyli jeszcze prowadzić czynności na miejscu — między innymi dlatego wystawili przecież cieciów — ale wstępne oględziny nie ujawniły wejścia, które najwyraźniej dobrze ukryto.
— Doktor zarządzał tą szajką. — On również, śladem dziewczyny, ściszył dla bezpieczeństwa głos i wyciągnął różdżkę. — Doktor Żywa Śmierć, tak go nazywają.
Pchanie się nocą do tajnego pokoju pod podłogą na miejscu przestępstwa było… cóż, każdy chyba obiektywnie zgodzi się, że takie nie za mądre. Nawet jeśli jedno było już doświadczonym detektywem. Te wszystkie irytujące procedury powstały nie bez poowodu. Nie tylko mogło być to niebezpieczne dla nich, lecz również niebezpieczne dla zachowania materiału dowodowego w formie nienaruszonej. Technicy zmyliby im głowy za takie odstępstwa od kodeksu postępowania, który sam Longbottom czasem wykładał przecież kadetom.
No właśnie, Longbottom. Mogliby drukować ich zdjęcia obok definicji głupich pomysłów.
— To spróbuj otworzyć. Tylko ojcu nie mów. Ani dziadkowi, broń Merlinie.
Czarodziej podszedł bliżej ściany, aby w razie potrzeby sprawnie zareagować na niebezpieczeństwo i ubezpieczać otwierającą właz czarownicę.
piw0 to moje paliwo