11.10.2024, 01:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.10.2024, 02:22 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
No cóż. Uśmiechnął się znacząco spod uniesionych brwi, bo rzeczywiście był niezłym specjalistą w zakresie trudnych przyjaźni. Mimo to jakoś im się udało i nie trzeba było ponownie zagłębiać się w robienie dodatkowych specjalizacji z krążenia wokół siebie w idealnych, niezazębiających się kółkach. Całe szczęście teraz mogli lecieć do siebie jak ćmy do światła. Byleby nie otwartego ognia. Chciał mieć z nią długie, jasne życie.
- Jak bardzo niegodziwie? - Spytał od razu, unosząc kąciki ust i posyłając znaczące spojrzenie.
Chyba mógł z tym żyć.
Przez chwilę naprawdę uważał, że ten wieczór im się udawał. Znacznie bardziej niż przewidywał a w swoich wizjach był całkiem optymistyczny. Mógł wyobrazić sobie to wykorzystywanie, szczególnie wieczorne i jeśli to także miało być zgodne z przypuszczeniami, to odrobina okręcania go sobie wokół palca była do przeżycia.
Za to co nie było?
Ewidentnie wytrącanie go z równowagi i próby zrobienia z niego kogoś, kto nie powinien mieć swojego zdania ani tym bardziej go wypowiadać. Z takim manipulowaniem Greengrass nie zamierzał siedzieć cicho.
- Dobrze wiesz, że to nie są moi znajomi - zacisnął szczękę, bo celowała nisko i to nie w ten zabawny, droczący się z nim sposób, który mógłby tolerować a nawet lubić. - Podważam. Zgadza się. Mam do tego prawo, nie zauważyłaś? Sama mi je wręczyłaś. Jestem za ciebie odpowiedzialny. Chcesz czy nie - oznajmił wprost, szczególnie że już nawet odbył o tym nie jedną a dwie odrębne rozmowy z ludźmi niebędącymi Geraldine i tam również dał swoje słowo.
A on nigdy nie rzucał słów na wiatr. Zgadza się - wiedział, że Yaxleyówna jest sobie w stanie radzić sama. Niemalże bezbłędnie, skoro tyle przeżyła i nadal była w stanie ciskać w niego gromy spojrzeniem. Mimo to przyjął na siebie część odpowiedzialności, bo to było nieodzownym elementem i warunkiem bycia czyjąś drugą połówką. Być może nigdy wcześniej nie był zaangażowany w coś takiego, ale miał jasne przekonania odnośnie własnych obowiązków.
Nie. Nie jej ograniczeń. Nie chciał i nie próbował ograniczać Geraldine. Nie posunąłby się do tego, bo wiedział, że to nie miałoby dobrych konsekwencji. Albo by ich zniszczyło, albo zabiłoby jej płomień, który wolał wyzwalać i podsycać, nie tłumić i gasić. Tym samym patrzył na to w kontekście własnej odpowiedzialności za to, żeby być dla niej kimś równorzędnym. Kimś, na kim może polegać i kto spróbuje ochronić ją przed zrobieniem czegoś, co mogło być dla niej fatalne w skutkach.
Wolał znosić jej wściekłość aniżeli później widzieć ją rozpadniętą na drobne kawałki. Nie chciał być przez nią oceniany i wciskany w rolę kogoś, kim nigdy nie był i nie miał zamiaru być - nie chciał jej zamykać w złotej klatce. Jedynie zainterweniować tam, gdzie miał pewność, że to konieczne.
- Nie, nie chcę. Nie dajesz mi wyboru - wiedział, że dolewa oliwy do ognia, który zaraz może zapłonąć wyżej niż najwyższe ogniska na polanie - czyli w dwóch słowach: cholernie wysoko.
Nie uważał też, żeby wina leżała wyłącznie po stronie Geraldine. Nie była również jego. Nie czuł się winny, skoro próbował ją chronić i nie powiedział nic złego. Wolał uznać neutralność przewinienia. Przynajmniej jeszcze w tym momencie. Na siebie tego nie brał. Nie mógł być nieszczery ani z nią, ani z samym sobą - nie będzie przepraszać za coś, czego nie czuje.
- No ja na pewno nie będę stać w miejscu i patrzeć jak dzieją się jakieś rzeczy, których mogliśmy uniknąć - zrewanżował się tym jakże pięknym i poetyckim (lubiła poetów, nie?) porównaniem. - A ja nie lubię, kiedy coś mi się zarzuca - zripostował dodatkowo, nie dodając już, że jemu również od dawna zależało na tym, żeby była szczęśliwa i zadowolona.
To powinno być logiczne. W innym wypadku nie skomentowałby potencjalnego zagrożenia, nie dałby jej do zrozumienia, że toleruje wszystkie jej szemrane sprawki a w zamian prosi ją wyłącznie o to jedno - trzymanie się z daleka od takich elementów. Był zły, bo nigdy nie dał jej do zrozumienia, że w nią nie wierzy (no, może ze dwa czy trzy razy w ostrej wymianie zdań, gdy byli sobie nieprzychylni; aczkolwiek jednocześnie miał wtedy palącą ochotę sprowadzić ich relację do tego obecnego poziomu, więc to się chyba zerowało). Tymczasem czuł się jak ostatni wariat. Robiła z niego człowieka, którym nie był, bo nie chciała zaakceptować jego udziału w również tym elemencie życia.
To także irytowało Greengrassa. Chowała przed nim znaczną część swojej działalności i oczekiwała, że on w dalszym ciągu będzie to pomijać. To było niedorzeczne. Nie to, by on robił to samo.
- Nawet nie dajesz im szansy - sam nie wiedział czemu tak uparł się przy obronie tych bzdurnych wróżb, ale teraz drażniło go to, że tego również nie chciała z nim łączyć. - Dostaje mi się po dupie za to, że z kimś innym brzmiały dla ciebie niekorzystnie? Wyśmienicie. Wydawało mi się, że nasza sytuacja jest inna.
Nie musiał tego mówić. Oj. Nie musiał, bo on nic nie musiał, ale chciał. W tym momencie żywił przekonanie, że mogło być więcej takich pozornych drobnostek, które robiła z wszystkimi innymi tylko nie z nim, dając mu do zrozumienia, że były głupie. Z tym, że nawet nie mogli się o tym wspólnie przekonać. A poszukiwania kwiatu paproci chciała ewidentnie odbębnić na siłę. Przyzezował w kierunku nieba, furcząc przez zęby.
- Słońce dopiero zaszło. Mamy jeszcze dwie i pół godziny. Lekką ręką - oznajmił całkiem biurokratycznie, jakby przed chwilą spojrzał na zegarek - nie musiał tego robić, Geraldine najpewniej też nie.
To była niewątpliwa zaleta życia blisko natury. Po położeniu Słońca lub Księżyca mógł stwierdzić z niezłą trafnością, która jest godzina. Co prawda w tym momencie było to raczej irytujące, bo nie mogli udawać, że już zaraz idą do tego lasu po kwiat, który miał zacząć kwitnąć równo o północy i przekwitać przez następne godziny.
Zresztą to byłoby dziwne, gdyby już to zrobili. Nie to, by Ambroise przejmował się spojrzeniami innych ludzi. Zresztą, gdyby zwracał na to uwagę to ich sprzeczka, choć cicha to z pewnością zwróciła uwagę kilku par oczu. Miał to gdzieś. Powinni bawić się tu wspólnie, emanować szczęściem. Tymczasem zaliczyli pierwszą kłótnię odkąd zaczęli mówić o sobie w kontekście pary. Idealne okoliczności na coś takiego.
Szczególnie, że nawet nie mogli tego obrócić w coś, o czym już kiedyś rozmawiali - nie mógł jej zamknąć ust swoimi i udać, że temat został tymczasowo zawieszony. Wpatrując się przez chwilę w światła za plecami Geraldine, wciągnął powietrze głęboko w płuca, po czym zwrócił się do niej oficjalnie.
- Oddajmy to pod ocenę Wizengamotu - stwierdził poważnie, zdecydowanie wyciągając rękę w stronę dziewczyny, jakby chciał zawrzeć tymczasowy rozejm do czasu, kiedy magiczny sąd postanowi przychylić się do rozpatrzenia wniosku o wyznaczenie terminu rozprawy.
Dzięki temu odrobinę, tylko odrobinę mógł podejść do tematu z większym dystansem, bo w końcu zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby postawić na swoim. Do tego stopnia, że teraz należało włączyć w to neutralną stronę, która była znana z długiego rozpatrywania wniosków i jeszcze dłuższego wyznaczania bardzo odległych terminów.
Spojrzał na Geraldine od góry do dołu, znacząco zezując na swoją dłoń. Nie mogła być bardziej uparta od niego, prawda? Chciał to zakończyć, żeby móc spędzić te najbliższe godziny w taki sposób, jaki planowali od początku. Kompromisował.
- Jak bardzo niegodziwie? - Spytał od razu, unosząc kąciki ust i posyłając znaczące spojrzenie.
Chyba mógł z tym żyć.
Przez chwilę naprawdę uważał, że ten wieczór im się udawał. Znacznie bardziej niż przewidywał a w swoich wizjach był całkiem optymistyczny. Mógł wyobrazić sobie to wykorzystywanie, szczególnie wieczorne i jeśli to także miało być zgodne z przypuszczeniami, to odrobina okręcania go sobie wokół palca była do przeżycia.
Za to co nie było?
Ewidentnie wytrącanie go z równowagi i próby zrobienia z niego kogoś, kto nie powinien mieć swojego zdania ani tym bardziej go wypowiadać. Z takim manipulowaniem Greengrass nie zamierzał siedzieć cicho.
- Dobrze wiesz, że to nie są moi znajomi - zacisnął szczękę, bo celowała nisko i to nie w ten zabawny, droczący się z nim sposób, który mógłby tolerować a nawet lubić. - Podważam. Zgadza się. Mam do tego prawo, nie zauważyłaś? Sama mi je wręczyłaś. Jestem za ciebie odpowiedzialny. Chcesz czy nie - oznajmił wprost, szczególnie że już nawet odbył o tym nie jedną a dwie odrębne rozmowy z ludźmi niebędącymi Geraldine i tam również dał swoje słowo.
A on nigdy nie rzucał słów na wiatr. Zgadza się - wiedział, że Yaxleyówna jest sobie w stanie radzić sama. Niemalże bezbłędnie, skoro tyle przeżyła i nadal była w stanie ciskać w niego gromy spojrzeniem. Mimo to przyjął na siebie część odpowiedzialności, bo to było nieodzownym elementem i warunkiem bycia czyjąś drugą połówką. Być może nigdy wcześniej nie był zaangażowany w coś takiego, ale miał jasne przekonania odnośnie własnych obowiązków.
Nie. Nie jej ograniczeń. Nie chciał i nie próbował ograniczać Geraldine. Nie posunąłby się do tego, bo wiedział, że to nie miałoby dobrych konsekwencji. Albo by ich zniszczyło, albo zabiłoby jej płomień, który wolał wyzwalać i podsycać, nie tłumić i gasić. Tym samym patrzył na to w kontekście własnej odpowiedzialności za to, żeby być dla niej kimś równorzędnym. Kimś, na kim może polegać i kto spróbuje ochronić ją przed zrobieniem czegoś, co mogło być dla niej fatalne w skutkach.
Wolał znosić jej wściekłość aniżeli później widzieć ją rozpadniętą na drobne kawałki. Nie chciał być przez nią oceniany i wciskany w rolę kogoś, kim nigdy nie był i nie miał zamiaru być - nie chciał jej zamykać w złotej klatce. Jedynie zainterweniować tam, gdzie miał pewność, że to konieczne.
- Nie, nie chcę. Nie dajesz mi wyboru - wiedział, że dolewa oliwy do ognia, który zaraz może zapłonąć wyżej niż najwyższe ogniska na polanie - czyli w dwóch słowach: cholernie wysoko.
Nie uważał też, żeby wina leżała wyłącznie po stronie Geraldine. Nie była również jego. Nie czuł się winny, skoro próbował ją chronić i nie powiedział nic złego. Wolał uznać neutralność przewinienia. Przynajmniej jeszcze w tym momencie. Na siebie tego nie brał. Nie mógł być nieszczery ani z nią, ani z samym sobą - nie będzie przepraszać za coś, czego nie czuje.
- No ja na pewno nie będę stać w miejscu i patrzeć jak dzieją się jakieś rzeczy, których mogliśmy uniknąć - zrewanżował się tym jakże pięknym i poetyckim (lubiła poetów, nie?) porównaniem. - A ja nie lubię, kiedy coś mi się zarzuca - zripostował dodatkowo, nie dodając już, że jemu również od dawna zależało na tym, żeby była szczęśliwa i zadowolona.
To powinno być logiczne. W innym wypadku nie skomentowałby potencjalnego zagrożenia, nie dałby jej do zrozumienia, że toleruje wszystkie jej szemrane sprawki a w zamian prosi ją wyłącznie o to jedno - trzymanie się z daleka od takich elementów. Był zły, bo nigdy nie dał jej do zrozumienia, że w nią nie wierzy (no, może ze dwa czy trzy razy w ostrej wymianie zdań, gdy byli sobie nieprzychylni; aczkolwiek jednocześnie miał wtedy palącą ochotę sprowadzić ich relację do tego obecnego poziomu, więc to się chyba zerowało). Tymczasem czuł się jak ostatni wariat. Robiła z niego człowieka, którym nie był, bo nie chciała zaakceptować jego udziału w również tym elemencie życia.
To także irytowało Greengrassa. Chowała przed nim znaczną część swojej działalności i oczekiwała, że on w dalszym ciągu będzie to pomijać. To było niedorzeczne. Nie to, by on robił to samo.
- Nawet nie dajesz im szansy - sam nie wiedział czemu tak uparł się przy obronie tych bzdurnych wróżb, ale teraz drażniło go to, że tego również nie chciała z nim łączyć. - Dostaje mi się po dupie za to, że z kimś innym brzmiały dla ciebie niekorzystnie? Wyśmienicie. Wydawało mi się, że nasza sytuacja jest inna.
Nie musiał tego mówić. Oj. Nie musiał, bo on nic nie musiał, ale chciał. W tym momencie żywił przekonanie, że mogło być więcej takich pozornych drobnostek, które robiła z wszystkimi innymi tylko nie z nim, dając mu do zrozumienia, że były głupie. Z tym, że nawet nie mogli się o tym wspólnie przekonać. A poszukiwania kwiatu paproci chciała ewidentnie odbębnić na siłę. Przyzezował w kierunku nieba, furcząc przez zęby.
- Słońce dopiero zaszło. Mamy jeszcze dwie i pół godziny. Lekką ręką - oznajmił całkiem biurokratycznie, jakby przed chwilą spojrzał na zegarek - nie musiał tego robić, Geraldine najpewniej też nie.
To była niewątpliwa zaleta życia blisko natury. Po położeniu Słońca lub Księżyca mógł stwierdzić z niezłą trafnością, która jest godzina. Co prawda w tym momencie było to raczej irytujące, bo nie mogli udawać, że już zaraz idą do tego lasu po kwiat, który miał zacząć kwitnąć równo o północy i przekwitać przez następne godziny.
Zresztą to byłoby dziwne, gdyby już to zrobili. Nie to, by Ambroise przejmował się spojrzeniami innych ludzi. Zresztą, gdyby zwracał na to uwagę to ich sprzeczka, choć cicha to z pewnością zwróciła uwagę kilku par oczu. Miał to gdzieś. Powinni bawić się tu wspólnie, emanować szczęściem. Tymczasem zaliczyli pierwszą kłótnię odkąd zaczęli mówić o sobie w kontekście pary. Idealne okoliczności na coś takiego.
Szczególnie, że nawet nie mogli tego obrócić w coś, o czym już kiedyś rozmawiali - nie mógł jej zamknąć ust swoimi i udać, że temat został tymczasowo zawieszony. Wpatrując się przez chwilę w światła za plecami Geraldine, wciągnął powietrze głęboko w płuca, po czym zwrócił się do niej oficjalnie.
- Oddajmy to pod ocenę Wizengamotu - stwierdził poważnie, zdecydowanie wyciągając rękę w stronę dziewczyny, jakby chciał zawrzeć tymczasowy rozejm do czasu, kiedy magiczny sąd postanowi przychylić się do rozpatrzenia wniosku o wyznaczenie terminu rozprawy.
Dzięki temu odrobinę, tylko odrobinę mógł podejść do tematu z większym dystansem, bo w końcu zrobił wszystko, co w jego mocy, żeby postawić na swoim. Do tego stopnia, że teraz należało włączyć w to neutralną stronę, która była znana z długiego rozpatrywania wniosków i jeszcze dłuższego wyznaczania bardzo odległych terminów.
Spojrzał na Geraldine od góry do dołu, znacząco zezując na swoją dłoń. Nie mogła być bardziej uparta od niego, prawda? Chciał to zakończyć, żeby móc spędzić te najbliższe godziny w taki sposób, jaki planowali od początku. Kompromisował.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down