Cameron Lupin był głównym bohaterem opowieści, w której nie było miejsca na herosów. Jak pomóc? Komu pomóc? Czy pomagać komukolwiek? Ratować dzieci, kobiety? Młodzież? Przecież sam był młodzieżą. Więc - ratować siebie? Instynkt człowieka był niesamowity. Nawet kiedy wydaje ci się, że aktywnie pragniesz dążyć do śmierci okazywało się, że to tylko twoja wyobraźnia. Chore pragnienie ukryte głęboko w sercu. Bo tak naprawdę - każdy chciał żyć. Główni bohaterowie książek zazwyczaj mieli odwagę. Nie mieli może stylu, klasy - tego często im brakowało, zwłaszcza na początku. Dopiero mijały tygodnie, wiosny przeradzały się w lato, zimy znów witały wiosnę, by stali się kimś. Nie rodzili się z tym. Zbierali doświadczenie jak w jakiejś śmiesznej grze, które potem przekładało się na ich postawę, sposób bycia i w końcu najważniejsze z tego wszystkiego - spojrzenie. Jeśli Cameron Lupin był głównym bohaterem powieści bez herosów, to jakie miał spojrzenie?
Zawód bohatera był koniec końców przereklamowany. Albo żyłeś dość krótko, by nie zdążyć nim zostać, albo wystarczająco długo, żeby stać się złoczyńcom. Czas zaś, jak mądrzejsi przed nami zauważyli, był niby stałą wartością. A jednak względną dla każdego. Powiedz - szybko tu płynął? Szybko przemijał, razem z czarami, kurwami lecącymi z ust i krzykami? Potrącany przez ręce, rozpychany. Dokładnie tak samo, jak rozstawiany był Cameron teraz. W swojej własnej historii nie byliśmy ani wielkimi bohaterami, ani wielkimi złoczyńcami. Byliśmy szarzy. Moralnie przechyleni w jedną ze stron, ale przecież większość z nas była szara. Ciemniejsze, jaśniejsze barwy, jedni mieli przebarwienia różu, inni czerwieni. Ale koniec końców - wszystko to nazwałbyś szarością. Ten świat w niej tonął. Miast być budowany z tylu kolorów, ile tęcza nam prezentuje, wszystko próbowało utrzymywać się pośrodku. Nazywaliśmy to: równowagą. Dziś więc był ból, a szepnę ci do uszka nawet więcej, drogi Cameronie: była tu również Śmierć. Lecz jutro? Jutro wstanie nowe słońce, nowy dzień, a wraz z nimi nowe uśmiechy. Ktoś kogoś przeprosi, ktoś komuś poda dłoń.
Jeźdźców było przecież Czterech. A Śmierć była tylko jedną z nich.
Może to właśnie w ramiona tej Śmierci wpadł Cameron, kiedy tłum pochłaniał go coraz mocniej.
Duże dłonie zacisnęły się na ramionach lecącego bezwładnie chłopaka. Dłonie z pierścieniami poznaczonymi krwią. Palce obryzgane czerwienią. Czarne oczy spoglądały na niego z góry, a była jedna taka osoba na tym świecie, która sądziła, że w ludzkich oczach można się było zagubić. W oczach Sauriela jednak można było odnaleźć siebie.
To chyba była jedna z tych magicznych chwil, które całkowicie odmieniały bieg opowieści.
Przez moment byli naprawdę blisko siebie. Plecy Camerona oparte o klatkę piersiową Rookwooda, jego ręce na jego ramionach. A potem przyszło zbliżyć się jeszcze bardziej. Sauriel złapał chłopaka jedną ręką, objął go, by drugą odepchnąć lecącego na nich... kogoś. W pośpiechu wydarzeń nie zarejestrował nawet kogo.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.