11.10.2024, 12:51 ✶
Bardzo charakterystyczny, usatysfakcjonowany uśmiech przemykający mu po wargach był wystarczającym potwierdzeniem tego, że Ambroise przyjął i w pełni zaakceptował tę kuszącą deklarację. Co prawda mając przez to trudności ze skupieniem się na bieżących wydarzeniach, ale za to już myśląc o tych przyszłych, które miały być znacznie lepsze.
Szczególnie od tego, co mimowolnie wkradło się w ich rozmowę jak podstępny cień kładący się nad ciemnym lasem...
- Nie powiem ci, że wolałbym nie wiedzieć, nawet jeśli nie odpowiada mi to, co robią. Wiedza to potęga - stwierdził bez owijania w bawełnę. - Za to życzyłbym sobie, żebyś nie musiała mieć pełnej świadomości, co to są za ludzie. Szczególnie, skoro mam coś do powiedzenia i skoro staramy się szanować swoją wzajemną opinię - podkreślił.
Z jego ust nie słyszała deklaracji, że o siebie dba, natomiast Ambroise uważał to raczej za dosyć jasne, szczególnie skoro spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. Było to całkiem możliwe, że nawet więcej niż wcześniej, bo teraz wracał z nią do łóżka zamiast wychodzić późnym wieczorem. Mieli dla siebie wiele godzin więcej, nawet jeśli spędzonych na śnie. Ograniczył nocki w Mungu do niezbędnego minimum, nieczęsto wychodził bez słowa gdzieś, nie mówiąc jej, gdzie dokładnie. Też się pilnował.
- Ta. Jasne - od razu uniósł ręce wnętrzami w jej stronę, wykonując tym samym niezbyt otwarty, bo stosunkowo nieznaczny gest obronny. - Wiem, że jesteś dużą pannicą i umiesz sobie radzić, okay? - Stwierdził całkiem spokojnie jak na niemal niezauważalnie drżący z irytacji głos.
Czy to wymagało jakiegoś podkreślenia? Ambroise w tym momencie naprawdę nie miał już żadnej pewności. To również cholernie go drażniło. Miał wrażenie, że znowu się nie rozumieją. Tak jak to już bywało w przeszłości, a przecież jeszcze kilka chwil temu szczycili się wspólnym porozumieniem bez słów.
- Nie mam zielonego pojęcia jak zbieżne są wasze drogi zawodowe. Zamiast pić do tego, że mogłabyś mi o tym powiedzieć -ta, jasne, bo on też jej wszystko mówił o swojej działalności poza szpitalem - po prostu chcę, żeby moja kobieta trzymała się... ...i swoją ferajnę, jeśli to wskazane... ...z daleka od takich elementów - podkreślił, ciężko wypuszczając powietrze z płuc.
Jasne. Może rozumiał... ...no, usiłował rozumieć punkt widzenia Geraldine. To nie był nawet najbardziej dogodny moment na rozmowę o takich rzeczach. Nigdy nie miało być całkiem dogodnych okoliczności, ale te były raczej jednymi z bardziej fatalnych. Powinni zostawić to na kiedy indziej, prawdopodobnie wcześniej wyjaśniając sobie kilka dodatkowych kwestii. Na jego nieszczęście raczej z gatunku tych, o których również nie potrafił za bardzo rozmawiać, czego był już nieprzyjemnie świadomy.
- Możemy zostawić to na jutro rano w domu? - Stwierdził w końcu niechętnie rzucając konkretną datę, a nawet porę dnia - więc to była deklaracja z jego strony, jeżeli jej potrzebowała; mieli poruszyć ten temat, byleby poza oczami i uszami ludzi.
Teraz raczej nie powinni tego robić. Nie tylko z uwagi na parszywy humor, bo już i tak dawali co poniektórym pożywkę ze swoich kłopotów w raju (a teoretycznie pierwszy raz razem wystąpili, co mogło sugerować nietrwały romans bardziej od poważnych planów), lecz bardziej przez wzgląd na to, że Greengrass był zbyt prywatnym człowiekiem. Wyciąganie takich rzeczy na wierzch podczas wielkich spędów wprawiało go wyłącznie w jeszcze większy dyskomfort.
- W tym momencie moim głównym wyborem jesteś ty, więc nie utrudniaj mi, jeśli możesz, życia w zgodzie z nim - stwierdził, ostatecznie poddając się i wyciągając rękę w kierunku kobiety, ale nie na zgodę, tylko spojrzeniem prosząc ją o papierosa z paczki, którym się niemal od razu zaciągnął.
Krzywiąc się przy tym znacząco i niesmakiem rzucając fajkę na ziemię, żeby przydeptać ją butem. Może tego nie powiedział, ale całą swoją postawą pytał ją Co to za gówno?! z odrazą odnotowując w głowie, żeby spróbować jej wcisnąć coś lepszego, bo to musiał być najgorszy syf. Na nieszczęście zapomniał własnych fajek, dostrzegając trzęsące się dłonie, które od razu wsunął w kieszenie w związku z tym.
- Nie, Geraldine. Masz prawo - zaprzeczył, przez co wyglądało, jakby sam przez chwilę poplątał się w zeznaniach, bo z jednej strony przed chwilą zarzucił jej to uprzedzenie a teraz poprawiał ją, kiedy mówiła, że nie powinna być zamknięta na powtarzanie doświadczeń.
Tak, zgadza się. Poniekąd nie trzymał jednego frontu w rozmowie. Nie umiał tego przy niej robić, szczególnie że usiłował mieć bardziej otwarty umysł niż zazwyczaj, zgodnie z obietnicą dopuszczając do siebie niektóre argumenty. Wybiórczo i wyłącznie co poniektóre, nie wszystkie całkiem logiczne, ale w dalszym ciągu uważał, że to znacząca poprawa wobec tego, co robił przez całe życie.
- Nie chodzi mi o to, że nie możesz mieć obiekcji i wątpliwości - zaczął starając się wyjaśnić i podkreślić to, że nie zjechał nagle całkowicie z poprzedniej opinii, tylko to było znacznie bardziej złożone.
On jednak taki był? Uważał się za prostego człowieka. Skąd nagle musiał tyle wyjaśniać i nieoczekiwanie uważać na dobierane słowa? Cholera. To ona była skomplikowana. Na pewno chodziło właśnie o to, nie o jego trudny charakter i terytorialność - również w stosunku do doświadczeń, które chciał z nią łączyć. Bo dzielić było niewłaściwym słowem. Nie lubił go.
- Ale właśnie - w tym momencie mógłby przyklasnąć jej niechętnemu przyznaniu mu racji; zresztą zrobił to poprzez sposób, w jaki twardo podkreślił to jedno słowo. - Nawet jeśli coś pójdzie do bani to co? Wyjdziemy, pójdziemy gdzieś indziej, zrobimy coś innego. Chodzi mi o korzystanie z możliwości. Ze mną - nie odpowiadało mu, że mogła chcieć bazować wyłącznie na jakichś idiotycznych poprzednich doświadczeniach z jeszcze bardziej idiotycznymi innymi ludźmi.
Oni nimi nie byli. Wielokrotnie podkreślali, że to coś innego. Nawet nie próbował kryć przed nią (co było już dużym otworzeniem się), że też robił z nią niektóre rzeczy po raz pierwszy i nie zawsze właściwie (o tym już niechętnie wspominał, najlepiej wcale), ale chciał zbierać wspólne wspomnienia. Zarówno te dobre, jak i te mniej warte celebracji. Próbował nie być zamknięty na żadne.
Usiłował rozmawiać. Chyba średnio mu to szło.
Ujął ją za rękę, ściskając na zgodę, ale na tym nie poprzestając. Nie chodziło o ludzi dookoła i o to, co wypadało zrobić, ale bardzo przemyślanym gestem uniósł dłoń Geraldine, składając pocałunek na wierzchniej części, przenosząc go w kierunku palców, które również delikatnie musnął wargami. Tyle byłoby z konwenansów, bo zaledwie kilka sekund później zdecydowanym ruchem przyciągnął ją do siebie za rękę w lekkim ćwierćobrocie, obejmując dziewczynę blisko, zanim przeszedł do normalnego pocałunku - już nie ukradkowego. Wręcz przeciwnie, świadomie wydłużonego i całkiem skutecznie mogącego przekazać blondynce, że rozejm był dyktowany pragnieniem utrzymania wizji tego wieczoru i następnego poranka. No - może również trochę tym, że po prostu nie chciał się kłócić.
- Napijemy się czegoś? Może coś zjemy? Później zobaczymy czy dasz się zaciągnąć... ...do tańca - mruknął do ucha Geraldine, uśmiechając się nieznacznie, bo sądził, że to przyzwoity plan.
Odpuścił wróżby, nawet jeśli dała mu znać, że może się do tego przemóc a on był ich w dalszym ciągu ciekawy. Spojrzał jedynie przelotnie w kierunku namiotu i wrócił wzrokiem do dużego ogniska z suto zastawionymi stołami obok. Nic na siłę.
Szczególnie od tego, co mimowolnie wkradło się w ich rozmowę jak podstępny cień kładący się nad ciemnym lasem...
- Nie powiem ci, że wolałbym nie wiedzieć, nawet jeśli nie odpowiada mi to, co robią. Wiedza to potęga - stwierdził bez owijania w bawełnę. - Za to życzyłbym sobie, żebyś nie musiała mieć pełnej świadomości, co to są za ludzie. Szczególnie, skoro mam coś do powiedzenia i skoro staramy się szanować swoją wzajemną opinię - podkreślił.
Z jego ust nie słyszała deklaracji, że o siebie dba, natomiast Ambroise uważał to raczej za dosyć jasne, szczególnie skoro spędzali ze sobą naprawdę dużo czasu. Było to całkiem możliwe, że nawet więcej niż wcześniej, bo teraz wracał z nią do łóżka zamiast wychodzić późnym wieczorem. Mieli dla siebie wiele godzin więcej, nawet jeśli spędzonych na śnie. Ograniczył nocki w Mungu do niezbędnego minimum, nieczęsto wychodził bez słowa gdzieś, nie mówiąc jej, gdzie dokładnie. Też się pilnował.
- Ta. Jasne - od razu uniósł ręce wnętrzami w jej stronę, wykonując tym samym niezbyt otwarty, bo stosunkowo nieznaczny gest obronny. - Wiem, że jesteś dużą pannicą i umiesz sobie radzić, okay? - Stwierdził całkiem spokojnie jak na niemal niezauważalnie drżący z irytacji głos.
Czy to wymagało jakiegoś podkreślenia? Ambroise w tym momencie naprawdę nie miał już żadnej pewności. To również cholernie go drażniło. Miał wrażenie, że znowu się nie rozumieją. Tak jak to już bywało w przeszłości, a przecież jeszcze kilka chwil temu szczycili się wspólnym porozumieniem bez słów.
- Nie mam zielonego pojęcia jak zbieżne są wasze drogi zawodowe. Zamiast pić do tego, że mogłabyś mi o tym powiedzieć -ta, jasne, bo on też jej wszystko mówił o swojej działalności poza szpitalem - po prostu chcę, żeby moja kobieta trzymała się... ...i swoją ferajnę, jeśli to wskazane... ...z daleka od takich elementów - podkreślił, ciężko wypuszczając powietrze z płuc.
Jasne. Może rozumiał... ...no, usiłował rozumieć punkt widzenia Geraldine. To nie był nawet najbardziej dogodny moment na rozmowę o takich rzeczach. Nigdy nie miało być całkiem dogodnych okoliczności, ale te były raczej jednymi z bardziej fatalnych. Powinni zostawić to na kiedy indziej, prawdopodobnie wcześniej wyjaśniając sobie kilka dodatkowych kwestii. Na jego nieszczęście raczej z gatunku tych, o których również nie potrafił za bardzo rozmawiać, czego był już nieprzyjemnie świadomy.
- Możemy zostawić to na jutro rano w domu? - Stwierdził w końcu niechętnie rzucając konkretną datę, a nawet porę dnia - więc to była deklaracja z jego strony, jeżeli jej potrzebowała; mieli poruszyć ten temat, byleby poza oczami i uszami ludzi.
Teraz raczej nie powinni tego robić. Nie tylko z uwagi na parszywy humor, bo już i tak dawali co poniektórym pożywkę ze swoich kłopotów w raju (a teoretycznie pierwszy raz razem wystąpili, co mogło sugerować nietrwały romans bardziej od poważnych planów), lecz bardziej przez wzgląd na to, że Greengrass był zbyt prywatnym człowiekiem. Wyciąganie takich rzeczy na wierzch podczas wielkich spędów wprawiało go wyłącznie w jeszcze większy dyskomfort.
- W tym momencie moim głównym wyborem jesteś ty, więc nie utrudniaj mi, jeśli możesz, życia w zgodzie z nim - stwierdził, ostatecznie poddając się i wyciągając rękę w kierunku kobiety, ale nie na zgodę, tylko spojrzeniem prosząc ją o papierosa z paczki, którym się niemal od razu zaciągnął.
Krzywiąc się przy tym znacząco i niesmakiem rzucając fajkę na ziemię, żeby przydeptać ją butem. Może tego nie powiedział, ale całą swoją postawą pytał ją Co to za gówno?! z odrazą odnotowując w głowie, żeby spróbować jej wcisnąć coś lepszego, bo to musiał być najgorszy syf. Na nieszczęście zapomniał własnych fajek, dostrzegając trzęsące się dłonie, które od razu wsunął w kieszenie w związku z tym.
- Nie, Geraldine. Masz prawo - zaprzeczył, przez co wyglądało, jakby sam przez chwilę poplątał się w zeznaniach, bo z jednej strony przed chwilą zarzucił jej to uprzedzenie a teraz poprawiał ją, kiedy mówiła, że nie powinna być zamknięta na powtarzanie doświadczeń.
Tak, zgadza się. Poniekąd nie trzymał jednego frontu w rozmowie. Nie umiał tego przy niej robić, szczególnie że usiłował mieć bardziej otwarty umysł niż zazwyczaj, zgodnie z obietnicą dopuszczając do siebie niektóre argumenty. Wybiórczo i wyłącznie co poniektóre, nie wszystkie całkiem logiczne, ale w dalszym ciągu uważał, że to znacząca poprawa wobec tego, co robił przez całe życie.
- Nie chodzi mi o to, że nie możesz mieć obiekcji i wątpliwości - zaczął starając się wyjaśnić i podkreślić to, że nie zjechał nagle całkowicie z poprzedniej opinii, tylko to było znacznie bardziej złożone.
On jednak taki był? Uważał się za prostego człowieka. Skąd nagle musiał tyle wyjaśniać i nieoczekiwanie uważać na dobierane słowa? Cholera. To ona była skomplikowana. Na pewno chodziło właśnie o to, nie o jego trudny charakter i terytorialność - również w stosunku do doświadczeń, które chciał z nią łączyć. Bo dzielić było niewłaściwym słowem. Nie lubił go.
- Ale właśnie - w tym momencie mógłby przyklasnąć jej niechętnemu przyznaniu mu racji; zresztą zrobił to poprzez sposób, w jaki twardo podkreślił to jedno słowo. - Nawet jeśli coś pójdzie do bani to co? Wyjdziemy, pójdziemy gdzieś indziej, zrobimy coś innego. Chodzi mi o korzystanie z możliwości. Ze mną - nie odpowiadało mu, że mogła chcieć bazować wyłącznie na jakichś idiotycznych poprzednich doświadczeniach z jeszcze bardziej idiotycznymi innymi ludźmi.
Oni nimi nie byli. Wielokrotnie podkreślali, że to coś innego. Nawet nie próbował kryć przed nią (co było już dużym otworzeniem się), że też robił z nią niektóre rzeczy po raz pierwszy i nie zawsze właściwie (o tym już niechętnie wspominał, najlepiej wcale), ale chciał zbierać wspólne wspomnienia. Zarówno te dobre, jak i te mniej warte celebracji. Próbował nie być zamknięty na żadne.
Usiłował rozmawiać. Chyba średnio mu to szło.
Ujął ją za rękę, ściskając na zgodę, ale na tym nie poprzestając. Nie chodziło o ludzi dookoła i o to, co wypadało zrobić, ale bardzo przemyślanym gestem uniósł dłoń Geraldine, składając pocałunek na wierzchniej części, przenosząc go w kierunku palców, które również delikatnie musnął wargami. Tyle byłoby z konwenansów, bo zaledwie kilka sekund później zdecydowanym ruchem przyciągnął ją do siebie za rękę w lekkim ćwierćobrocie, obejmując dziewczynę blisko, zanim przeszedł do normalnego pocałunku - już nie ukradkowego. Wręcz przeciwnie, świadomie wydłużonego i całkiem skutecznie mogącego przekazać blondynce, że rozejm był dyktowany pragnieniem utrzymania wizji tego wieczoru i następnego poranka. No - może również trochę tym, że po prostu nie chciał się kłócić.
- Napijemy się czegoś? Może coś zjemy? Później zobaczymy czy dasz się zaciągnąć... ...do tańca - mruknął do ucha Geraldine, uśmiechając się nieznacznie, bo sądził, że to przyzwoity plan.
Odpuścił wróżby, nawet jeśli dała mu znać, że może się do tego przemóc a on był ich w dalszym ciągu ciekawy. Spojrzał jedynie przelotnie w kierunku namiotu i wrócił wzrokiem do dużego ogniska z suto zastawionymi stołami obok. Nic na siłę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down