11.10.2024, 16:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.10.2024, 17:37 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- To dobrze - bardzo powoli odwrócił spojrzenie od grupy, w kierunku której mimowolnie przeniósł wzrok, sam nie wiedział, kiedy dokładnie.
Teraz znowu patrzył wprost na swoją dziewczynę, usiłując zachować stoicki spokój, w który wkładał całą swoją siłę woli. Nawet nie zauważając, że przez to zaczyna stawiać się chłodny i zdystansowany. W sporach miał zazwyczaj dwie twarze, których sam nie dostrzegał, podejmując podświadomy wybór, który przełącznik powinien nacisnąć. Potrafił być w gorącej wodzie kąpany, żarliwy i porywczy, ciskać gromy i zgrzytać zębami, kłapiąc nimi jak wściekły pies. W swojej drugiej i jedynej innej odsłonie być przesadnie kulturalny, pełen rezerwy, może nawet antypatyczny w nazbyt wyrachowany sposób.
Nie chciał używać tego w stosunku do kobiety, którą darzył silnymi uczuciami, jednakże z dwojga złego instynktownie zaczął wybierać ten drugi schemat, żeby nie wybuchnąć pośrodku spędu towarzyskiego. Zwłaszcza z takiego powodu.
- Mam - odpowiedział krótko, ale zdecydowanie.
Bezsprzecznie miał być spokojniejszy, jeśli faktycznie mówiła prawdę i nie zamierzała mydlić mu tym oczu, faktycznie trzymając się z dala od tamtego towarzystwa. Jak do tej pory nie dała mu żadnych przesłanek ku temu, aby jej nie wierzył, więc mimo podskórnych wątpliwości postanowił powoli skinąć głową. Powinien jej ufać - to było oczywiste. Oboje chcieli budować tę relację na stabilniejszych fundamentach niż tylko puste słowa bez pokrycia i krzyżowanie palców za plecami. Dawał jej rozumiejące się same przez siebie wotum zaufania przez ostatnie miesiące, więc byle niedorzeczna kłótnia nie powinna być w stanie tego zmienić. To źle by o nich świadczyło. A do tego Ambroise nie chciał dopuścić.
- Myślę - zaczął, powoli wciągając i wypuszczając powietrze przy jednoczesnym czujnym wpatrywaniu się w dziewczynę - że oboje jesteśmy świadomi tego, że dajemy sobie radę sami, ale nie o to w tym chodzi - nie spytał Prawda?, bo to powinno być obligatoryjne - baczenie na to, że to teraz uległo zmianie. - Cieszę się, że mam samodzielną, myślącą dziewczynę, ale oczekuję, że od czasu do czasu pozwoli mi wtrącić swoje trzy knuty - w normalnych okolicznościach zapewne posłałby jej uśmiech, jednakże teraz był poważny.
Starał się mówić jasno i wprost, przekazując myśli w taki sposób, żeby nie dało się tego w żaden sposób wykrzywić. Być może nadal nie mówił jej o wielu rzeczach. W dalszym ciągu instynktownie wzbraniał się przed wypowiedzeniem wszystkiego, co leżało mu na wątrobie albo co miał w sercu. Niektórzy ludzie na długo wcześniej potrafili składać znacznie głębsze, słodsze deklaracje. W piękny sposób mówiąc o uczuciach, dając ujście emocjom.
On taki nie był. Żywił nadzieję, że o tym pamiętała, naprawdę biorąc to pod uwagę. Nie chciał, żeby spodziewała się czegoś, czego nie był w stanie jej dać w tym momencie. Był słownym człowiekiem pewnym swoich intencji, wkładał wysiłek w to, żeby nie musieć o tym przez cały czas mówić i przypominać. Była dla niego ważna. Prawdopodobnie ważniejsza niż sądziła. Naprawdę istotna. Z całą resztą miał nadzieję, że mogą jeszcze poczekać.
- Wyobrażam sobie jak to może wyglądać - zapewnił cicho, starając się nie zwracać na nich więcej niepotrzebnej uwagi. - Wiem, że ten typ zleceń nie jest tak klarowny. Rozumiem to - na swój sposób Greengrassowi nie trzeba było dwukrotnie o tym mówić.
Miał wręcz niezmąconą pewność, że to jemu można byłoby spróbować (ale tylko spróbować) zarzucić pchanie się w znacznie bardziej świadomie mętne interesy. Kontrowersyjne lub nie, on zazwyczaj wiedział, z kim będzie mieć do czynienia a nawet, jeśli na początku szedł bez tej wiedzy to mógł się domyślać i szybko weryfikować podejrzenia. Zazwyczaj leczył tych ludzi - tu nie było możliwości bycia neutralnym i niepoinformowanym.
Z drugiej strony czasami przygotowywał eliksiry, odtrutki... ...trucizny również zdarzało mu się dostarczać. Wtedy też nie robił tego całkowicie niepewny tego, do czego posłużą, bo zazwyczaj wskazywał dawki na podstawie otrzymanych opisów, więc orientacyjnie wiedział, do czego miała być wykorzystywana jego praca. I zazwyczaj nie odmawiał. Jego ręce nie były brudne. Morale znacznie bardziej, ale był w stanie uciszyć głosik w głowie, gdy chodziło o korzyści.
- Kiedyś powinniśmy - odmruknął bez przekonania, wyczuwając równie niechętny ton w głosie Yaxleyówny.
Nie mogli tego odkładać wiecznie na potem. To było niemożliwe. Jasne, nie musieli tego poruszać jutro ani nawet w tym tygodniu, ale skoro milczenie przestawało być czymś dogodnym to następnym rozsądnym krokiem było skonfrontowanie się z rzeczywistością - najchętniej nie ze sobą nawzajem, tylko z realiami ich prywatnych interesów. Szczególnie, że po sprawie z Rosierem i tamtej wyprawie ratunkowej nie mogli udawać, że nie widzą swoich dodatkowych źródeł zarobku. To byłoby żenujące.
- Nie jesteśmy najnormalniejsi - zadziwiające słowa padały z jego ust, ale miał w tym konkretny zamysł dający mu możliwość przyznania na głos, że ich relacja była ze wszech miar daleka od typowej; tak samo jak oni z osobna. - Chciałbym czasem poudawać, że jest inaczej - to było naprawdę nieoczekiwanie szczere i wylewne, bo odsłaniało go bardziej niż by się spodziewał, że to teraz zrobi.
W całej swojej postawie mimowolnie prezentował dyskomfort, jaki u niego wywoływała ta nagła kruchość, szczególnie że nie był na to do końca gotowy. Te słowa same z siebie opuściły usta Ambroisa. Myśli przyszły dopiero po nich, ale tak: to było całkowicie szczere. Chciał być z nią po prostu jedną z tych zakochanych, rozbawionych, nie przejmujących się niczym par szalejących wokół ogniska.
Nawet jeśli nie zamierzali publicznie okazywać sobie czegoś, co mogłoby zostać odebrane jako gorszące to chyba w dalszym ciągu chciał skorzystać z sabatu, żeby na chwilę zapomnieć o trudności i wynagrodzić im niektóre doświadczenia. Zabawa w normalność? Nie uważał, żeby był bądź byli nienormalni, a jeśli już to raczej w dobrym znaczeniu tego słowa, ale przez chwilę mógłby przymknąć oko na idiotyzmy i pobyć z nią otwarcie pogrążonym w zakochaniu. Nie musiał tego udawać.
Przyciągnięcie Geraldine z powrotem do siebie przyszło mu całkiem naturalnie. Chciał, żeby było między nimi w porządku. Miała swoje miejsce w jego ramionach, chciał ją obejmować, dając jej kłaść mu głowę na ramieniu. Tak było zdecydowanie lepiej. Bardzo powoli kiwnął głową wpatrzony w niebieskie oczy, przyciskając jej czoło do swojego i biorąc głębszy oddech.
- Przepraszam - równie dobrze mógłby bezgłośnie poruszyć wargami, zwalając ten niemal niesłyszalny dźwięk na świst wiatru, ale tak - przepraszał za uniesienie się.
Jakimś cudem przeszło mu to przez usta i go nie udusiło, choć szybko poczuł się zmieszany, robiąc pół kroku w tył i ochoczo przyjmując to, że Geraldine chwyciła go pod ramię, jak również to, że płynnie zmieniła temat. Był jej za to na swój sposób wdzięczny.
- Chyba faktycznie przyda nam się wszystko, co mają, żeby przeżyć ten wieczór - skwitował tym razem żartobliwiej. - No i coś do chatki. Musimy mieć coś do chatki... ...i przy okazji może pomyśleć o jakiejś ciekawszej nazwie? - Zasugerował, bo cóż - chatka brzmiała zbyt prosto, mało kreatywnie.
Teraz znowu patrzył wprost na swoją dziewczynę, usiłując zachować stoicki spokój, w który wkładał całą swoją siłę woli. Nawet nie zauważając, że przez to zaczyna stawiać się chłodny i zdystansowany. W sporach miał zazwyczaj dwie twarze, których sam nie dostrzegał, podejmując podświadomy wybór, który przełącznik powinien nacisnąć. Potrafił być w gorącej wodzie kąpany, żarliwy i porywczy, ciskać gromy i zgrzytać zębami, kłapiąc nimi jak wściekły pies. W swojej drugiej i jedynej innej odsłonie być przesadnie kulturalny, pełen rezerwy, może nawet antypatyczny w nazbyt wyrachowany sposób.
Nie chciał używać tego w stosunku do kobiety, którą darzył silnymi uczuciami, jednakże z dwojga złego instynktownie zaczął wybierać ten drugi schemat, żeby nie wybuchnąć pośrodku spędu towarzyskiego. Zwłaszcza z takiego powodu.
- Mam - odpowiedział krótko, ale zdecydowanie.
Bezsprzecznie miał być spokojniejszy, jeśli faktycznie mówiła prawdę i nie zamierzała mydlić mu tym oczu, faktycznie trzymając się z dala od tamtego towarzystwa. Jak do tej pory nie dała mu żadnych przesłanek ku temu, aby jej nie wierzył, więc mimo podskórnych wątpliwości postanowił powoli skinąć głową. Powinien jej ufać - to było oczywiste. Oboje chcieli budować tę relację na stabilniejszych fundamentach niż tylko puste słowa bez pokrycia i krzyżowanie palców za plecami. Dawał jej rozumiejące się same przez siebie wotum zaufania przez ostatnie miesiące, więc byle niedorzeczna kłótnia nie powinna być w stanie tego zmienić. To źle by o nich świadczyło. A do tego Ambroise nie chciał dopuścić.
- Myślę - zaczął, powoli wciągając i wypuszczając powietrze przy jednoczesnym czujnym wpatrywaniu się w dziewczynę - że oboje jesteśmy świadomi tego, że dajemy sobie radę sami, ale nie o to w tym chodzi - nie spytał Prawda?, bo to powinno być obligatoryjne - baczenie na to, że to teraz uległo zmianie. - Cieszę się, że mam samodzielną, myślącą dziewczynę, ale oczekuję, że od czasu do czasu pozwoli mi wtrącić swoje trzy knuty - w normalnych okolicznościach zapewne posłałby jej uśmiech, jednakże teraz był poważny.
Starał się mówić jasno i wprost, przekazując myśli w taki sposób, żeby nie dało się tego w żaden sposób wykrzywić. Być może nadal nie mówił jej o wielu rzeczach. W dalszym ciągu instynktownie wzbraniał się przed wypowiedzeniem wszystkiego, co leżało mu na wątrobie albo co miał w sercu. Niektórzy ludzie na długo wcześniej potrafili składać znacznie głębsze, słodsze deklaracje. W piękny sposób mówiąc o uczuciach, dając ujście emocjom.
On taki nie był. Żywił nadzieję, że o tym pamiętała, naprawdę biorąc to pod uwagę. Nie chciał, żeby spodziewała się czegoś, czego nie był w stanie jej dać w tym momencie. Był słownym człowiekiem pewnym swoich intencji, wkładał wysiłek w to, żeby nie musieć o tym przez cały czas mówić i przypominać. Była dla niego ważna. Prawdopodobnie ważniejsza niż sądziła. Naprawdę istotna. Z całą resztą miał nadzieję, że mogą jeszcze poczekać.
- Wyobrażam sobie jak to może wyglądać - zapewnił cicho, starając się nie zwracać na nich więcej niepotrzebnej uwagi. - Wiem, że ten typ zleceń nie jest tak klarowny. Rozumiem to - na swój sposób Greengrassowi nie trzeba było dwukrotnie o tym mówić.
Miał wręcz niezmąconą pewność, że to jemu można byłoby spróbować (ale tylko spróbować) zarzucić pchanie się w znacznie bardziej świadomie mętne interesy. Kontrowersyjne lub nie, on zazwyczaj wiedział, z kim będzie mieć do czynienia a nawet, jeśli na początku szedł bez tej wiedzy to mógł się domyślać i szybko weryfikować podejrzenia. Zazwyczaj leczył tych ludzi - tu nie było możliwości bycia neutralnym i niepoinformowanym.
Z drugiej strony czasami przygotowywał eliksiry, odtrutki... ...trucizny również zdarzało mu się dostarczać. Wtedy też nie robił tego całkowicie niepewny tego, do czego posłużą, bo zazwyczaj wskazywał dawki na podstawie otrzymanych opisów, więc orientacyjnie wiedział, do czego miała być wykorzystywana jego praca. I zazwyczaj nie odmawiał. Jego ręce nie były brudne. Morale znacznie bardziej, ale był w stanie uciszyć głosik w głowie, gdy chodziło o korzyści.
- Kiedyś powinniśmy - odmruknął bez przekonania, wyczuwając równie niechętny ton w głosie Yaxleyówny.
Nie mogli tego odkładać wiecznie na potem. To było niemożliwe. Jasne, nie musieli tego poruszać jutro ani nawet w tym tygodniu, ale skoro milczenie przestawało być czymś dogodnym to następnym rozsądnym krokiem było skonfrontowanie się z rzeczywistością - najchętniej nie ze sobą nawzajem, tylko z realiami ich prywatnych interesów. Szczególnie, że po sprawie z Rosierem i tamtej wyprawie ratunkowej nie mogli udawać, że nie widzą swoich dodatkowych źródeł zarobku. To byłoby żenujące.
- Nie jesteśmy najnormalniejsi - zadziwiające słowa padały z jego ust, ale miał w tym konkretny zamysł dający mu możliwość przyznania na głos, że ich relacja była ze wszech miar daleka od typowej; tak samo jak oni z osobna. - Chciałbym czasem poudawać, że jest inaczej - to było naprawdę nieoczekiwanie szczere i wylewne, bo odsłaniało go bardziej niż by się spodziewał, że to teraz zrobi.
W całej swojej postawie mimowolnie prezentował dyskomfort, jaki u niego wywoływała ta nagła kruchość, szczególnie że nie był na to do końca gotowy. Te słowa same z siebie opuściły usta Ambroisa. Myśli przyszły dopiero po nich, ale tak: to było całkowicie szczere. Chciał być z nią po prostu jedną z tych zakochanych, rozbawionych, nie przejmujących się niczym par szalejących wokół ogniska.
Nawet jeśli nie zamierzali publicznie okazywać sobie czegoś, co mogłoby zostać odebrane jako gorszące to chyba w dalszym ciągu chciał skorzystać z sabatu, żeby na chwilę zapomnieć o trudności i wynagrodzić im niektóre doświadczenia. Zabawa w normalność? Nie uważał, żeby był bądź byli nienormalni, a jeśli już to raczej w dobrym znaczeniu tego słowa, ale przez chwilę mógłby przymknąć oko na idiotyzmy i pobyć z nią otwarcie pogrążonym w zakochaniu. Nie musiał tego udawać.
Przyciągnięcie Geraldine z powrotem do siebie przyszło mu całkiem naturalnie. Chciał, żeby było między nimi w porządku. Miała swoje miejsce w jego ramionach, chciał ją obejmować, dając jej kłaść mu głowę na ramieniu. Tak było zdecydowanie lepiej. Bardzo powoli kiwnął głową wpatrzony w niebieskie oczy, przyciskając jej czoło do swojego i biorąc głębszy oddech.
- Przepraszam - równie dobrze mógłby bezgłośnie poruszyć wargami, zwalając ten niemal niesłyszalny dźwięk na świst wiatru, ale tak - przepraszał za uniesienie się.
Jakimś cudem przeszło mu to przez usta i go nie udusiło, choć szybko poczuł się zmieszany, robiąc pół kroku w tył i ochoczo przyjmując to, że Geraldine chwyciła go pod ramię, jak również to, że płynnie zmieniła temat. Był jej za to na swój sposób wdzięczny.
- Chyba faktycznie przyda nam się wszystko, co mają, żeby przeżyć ten wieczór - skwitował tym razem żartobliwiej. - No i coś do chatki. Musimy mieć coś do chatki... ...i przy okazji może pomyśleć o jakiejś ciekawszej nazwie? - Zasugerował, bo cóż - chatka brzmiała zbyt prosto, mało kreatywnie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down