11.10.2024, 19:31 ✶
Z niespiesznym wahaniem pokiwał głową. Przez cały czas wpatrywał się przy tym w dziewczynę, jakby chcąc wyłapać wszystkie rzeczy, które nie padły z jej ust, ale były widoczne w zachowaniu. To sprawiało, że był bardziej analityczny i zesztywniały niż zazwyczaj, ale z początku wcale tego nie zauważał.
- Słuszna decyzja - dopiero kiedy te słowa opuściły usta Greengrassa, mężczyzna jakby zreflektował się, że stoi niczym słup soli.
Bezwiednie potrząsnął głową, starając się rozluźnić ramiona. Wziął kilka głębokich oddechów z powolnym wypuszczaniem ich przez zęby, po czym przywołał nieznaczny uśmiech na twarz. Jeszcze wciąż napięty i bez przekonania, ale kłótnia chyba powoli dobiegała końca. Zarówno z jego, jak i jej strony.
- Już jesteśmy - odezwał się nawet przytakująco, pozwalając sobie na spokojniejszy niemal żart. - Rozgromimy ich wszystkich w poszukiwaniach.
Rzeczywiście byli razem silniejsi. Stawiając przeciwko sobie angażowali zbyt wiele energii, czasu i sił, które mogli z powodzeniem spożytkować na sięgnięcie po to, czego oboje chcieli. Wspólnie.
Już raz popełnili ten kardynalny i karygodny błąd. Pozwolili sobie na to, żeby unieść się honorem i to niemal pogrążyło ich relację. Niemalże doprowadziło do czegoś złego. Po czasie wydawało mu się, że ktoś musiał nad nimi czuwać, bo nawet po tych wszystkich przebojach zadziwiająco zgrabnie udało im się wkroczyć na właściwą ścieżkę. Nie mógł powiedzieć, że z łatwością - z tym również mieli przeboje, ale skoro nie skopali tego wtedy, teraz też nie powinni. Razem byli lepsi - nie miał co do tego wątpliwości. Musieli wyłącznie wyjaśnić najpotrzebniejsze kwestie.
- Nie zawsze to u mnie tak wygląda - uprzedził zgodnie z prawdą i choć raczej nie powinni zagłębiać się w ten temat w publicznym miejscu to w dalszym ciągu wolał podkreślić ten fakt. - Gdyby to było wyłącznie uzdrowicielstwo to ten temat nie byłby tak dyskretny - zauważył, uprzednio rozglądając się, żeby sprawdzić czy nikt nie znalazł się zbyt blisko nich i nie słuchał tej wymiany zdań, która z pewnością przedtem zwróciła uwagę.
Niepotrzebnie się spierali.
Jeśli dobrze by się nad tym zastanowił i poznałby kilka głębszych faktów, odnosił wrażenie, że mogliby natrafić na znacznie więcej powiązań między świadczonymi przez siebie niezależnymi usługami niż sądzili. Szczególnie, że nie znał zakresu usług oferowanych przez Yaxleyównę. Z tego, co wynikało czasami z kontekstu i spomiędzy przelotnie wypowiedzianych słów, mógł domyślać się przynajmniej części świadczeń, a półświatek wbrew pozorom był całkiem mały.
Z pewnością mieli wspólnych znajomych a gdyby trochę pogrzebali, pewnie przekonaliby się, że brali kiedyś udział na różnych etapach tej samej sprawy. To mogło być równie pomocne i ułatwiające wzajemne zrozumienie, co nie będące im zbytnio po drodze. Chciał mieć z nią bliską relację opartą na uczuciach i zaufaniu, ale niekoniecznie na tworzeniu wspólnego imperium w szarej strefie.
Miał świadomość, że nie dało się uniknąć kolejnego wspólnego angażu. Jeden już razem zaliczyli i nie wyszedł im na złe, ale mógł skończyć się zupełnie inaczej. Chyba oboje mieli tę świadomość. Ambroise chciał ją wyłącznie uprzedzić, że być może kiedyś mogą trafić na siebie w zupełnie innych okolicznościach niż sądziła. Te okoliczności mogły nie być korzystne ani łatwe, ale raczej nie dało się tego całkowicie uniknąć.
- Tak będzie najlepiej - kiwnął głową.
Powinni porozmawiać. Żywił przeczucie i wątłą nadzieję, że nie jutro. Rzucił ten termin pochopnie w nerwach, najlepszym wyjściem byłoby mieć mimo wszystko trochę czasu na przemyślenie wszystkich potrzebnych słów. Z drugiej strony to nie był pierwszy raz, kiedy Greengrass rozważał to, że wreszcie muszą porozmawiać. Z trzeciej strony, choć pójście na żywioł mogło poskutkować znacznie większą (acz prywatną, to była ta nikła zaleta) wymianą zdań, chyba nie należało tego w dalszym ciągu odwlec. Szczególnie, że atmosfera już była niepotrzebnie napięta, nawet jeśli oboje robili teraz wszystko co w ich mocy, żeby ją na nowo rozluźnić.
- Chyba nie - nieznacznie zmarszczył brwi zastanawiając się przez ułamek sekundy nad tym, czy nadal ma ochotę na takie wygłupy. Odpowiedź była jedna. - Prawdopodobnie masz rację. Na pewno ją masz. Nie jesteśmy innymi. Nie ma sensu udawać, że jest inaczej, skoro tak jest najlepiej - już nie miał tej chęci.
To nie znaczyło, że chciał się stąd ewakuować. Zgodnie z założeniami mieli tu zostać aż do późnej nocy, pokazać się wspólnie (świetnie im to wyszło - naprawdę) jak najbardziej znacząco, wziąć udział w tej ostatecznej rywalizacji, na którą Ambroise nadal miał ochotę. Reszta wygłupów trochę mu minęła. Mogła wrócić wraz z poprawą nastroju, jasne. W tym momencie było mu to średnio po drodze.
- Przyjęte - szepnął odwzajemniając delikatny, bardzo słodki pocałunek, tym razem angażując w to oczy i rozluźniając ciało.
Zadziwiające, ale w jednej chwili doprowadzała go do złości a w kolejnej czuł się przy niej spokojnie, właściwie, dobrze - jak odpowiedni człowiek na swoim należnym miejscu, jakby mieli coś jeszcze bardziej organicznego pod warstwą skomplikowania i zawiłości.
- A z resztą trochę poczekamy na werdykt - stwierdził, muskając palcem jej wargę i wyciągając ramię ku Geraldine, bo i tak zbyt długo tu stali.
Zaczęło robić mu się zbyt ciepło od pobliskiego ogniska. Nietypowy mdląco słodki zapach docierający z pobliskiego namiociku również nie zachęcał do pozostania w tym miejscu, a roztoczona przez kobietę wizja oddalenia się w znacznie lepszym celu była naprawdę kusząca. Szczególnie, że nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Chciał, żeby ich miejsce faktycznie było bardziej ich.
- Nie ograniczaj się zatem - stwierdził bezpośrednio, wzruszając ramionami, bo naprawdę nie sądził, żeby można było przegiąć z takimi dodatkami.
Głównie dlatego, że sam nigdy ich nie kupował. Jego dotychczasowe własności nie były zbyt skrzętnie wyposażone i ozdobione dużą liczbą drobnych detali. To również miała być całkowita nowość. Mogli mieć coś równie uroczego (a nawet bardziej, bo w ich własnym stylu wyłącznie dla nich) co niektóre ze znanych mu par czy osób z małymi, przytulnymi domami.
- No, może trochę, bo chciałbym choć raz z tobą zatańczyć a z zajętymi rękami to będzie trudne - rzucił po chwili namysłu, po czym niemal od razu ponownie skwitował to wzruszeniem ramionami. - W innym wypadku dla dobra sprawy mogę zostać tym tragarzem - tak, to było całkiem proste. - Szczególnie, że lepiej nie używać Leviosy przy tylu pijanych czarodziejach. Już mamy kandydata do upadku w ognisko. Nie musimy mieć kolejnych - skwitował porozumiewawczo w odrobinę szelmowskim uśmiechu. - To byłaby zbyteczna strata wielu niezłych zdobyczy do - bezgłośnie wypróbował słowo w ustach zanim wypowiedział je na głos. - Piaskownicy... ...tak. Tak, to dobrze tam pasuje - leżało dobrze, bardzo dobrze. - Niech będzie Piaskownica.
A więc mieli to. Kolejny detal do budowanej rzeczywistości.
- Słuszna decyzja - dopiero kiedy te słowa opuściły usta Greengrassa, mężczyzna jakby zreflektował się, że stoi niczym słup soli.
Bezwiednie potrząsnął głową, starając się rozluźnić ramiona. Wziął kilka głębokich oddechów z powolnym wypuszczaniem ich przez zęby, po czym przywołał nieznaczny uśmiech na twarz. Jeszcze wciąż napięty i bez przekonania, ale kłótnia chyba powoli dobiegała końca. Zarówno z jego, jak i jej strony.
- Już jesteśmy - odezwał się nawet przytakująco, pozwalając sobie na spokojniejszy niemal żart. - Rozgromimy ich wszystkich w poszukiwaniach.
Rzeczywiście byli razem silniejsi. Stawiając przeciwko sobie angażowali zbyt wiele energii, czasu i sił, które mogli z powodzeniem spożytkować na sięgnięcie po to, czego oboje chcieli. Wspólnie.
Już raz popełnili ten kardynalny i karygodny błąd. Pozwolili sobie na to, żeby unieść się honorem i to niemal pogrążyło ich relację. Niemalże doprowadziło do czegoś złego. Po czasie wydawało mu się, że ktoś musiał nad nimi czuwać, bo nawet po tych wszystkich przebojach zadziwiająco zgrabnie udało im się wkroczyć na właściwą ścieżkę. Nie mógł powiedzieć, że z łatwością - z tym również mieli przeboje, ale skoro nie skopali tego wtedy, teraz też nie powinni. Razem byli lepsi - nie miał co do tego wątpliwości. Musieli wyłącznie wyjaśnić najpotrzebniejsze kwestie.
- Nie zawsze to u mnie tak wygląda - uprzedził zgodnie z prawdą i choć raczej nie powinni zagłębiać się w ten temat w publicznym miejscu to w dalszym ciągu wolał podkreślić ten fakt. - Gdyby to było wyłącznie uzdrowicielstwo to ten temat nie byłby tak dyskretny - zauważył, uprzednio rozglądając się, żeby sprawdzić czy nikt nie znalazł się zbyt blisko nich i nie słuchał tej wymiany zdań, która z pewnością przedtem zwróciła uwagę.
Niepotrzebnie się spierali.
Jeśli dobrze by się nad tym zastanowił i poznałby kilka głębszych faktów, odnosił wrażenie, że mogliby natrafić na znacznie więcej powiązań między świadczonymi przez siebie niezależnymi usługami niż sądzili. Szczególnie, że nie znał zakresu usług oferowanych przez Yaxleyównę. Z tego, co wynikało czasami z kontekstu i spomiędzy przelotnie wypowiedzianych słów, mógł domyślać się przynajmniej części świadczeń, a półświatek wbrew pozorom był całkiem mały.
Z pewnością mieli wspólnych znajomych a gdyby trochę pogrzebali, pewnie przekonaliby się, że brali kiedyś udział na różnych etapach tej samej sprawy. To mogło być równie pomocne i ułatwiające wzajemne zrozumienie, co nie będące im zbytnio po drodze. Chciał mieć z nią bliską relację opartą na uczuciach i zaufaniu, ale niekoniecznie na tworzeniu wspólnego imperium w szarej strefie.
Miał świadomość, że nie dało się uniknąć kolejnego wspólnego angażu. Jeden już razem zaliczyli i nie wyszedł im na złe, ale mógł skończyć się zupełnie inaczej. Chyba oboje mieli tę świadomość. Ambroise chciał ją wyłącznie uprzedzić, że być może kiedyś mogą trafić na siebie w zupełnie innych okolicznościach niż sądziła. Te okoliczności mogły nie być korzystne ani łatwe, ale raczej nie dało się tego całkowicie uniknąć.
- Tak będzie najlepiej - kiwnął głową.
Powinni porozmawiać. Żywił przeczucie i wątłą nadzieję, że nie jutro. Rzucił ten termin pochopnie w nerwach, najlepszym wyjściem byłoby mieć mimo wszystko trochę czasu na przemyślenie wszystkich potrzebnych słów. Z drugiej strony to nie był pierwszy raz, kiedy Greengrass rozważał to, że wreszcie muszą porozmawiać. Z trzeciej strony, choć pójście na żywioł mogło poskutkować znacznie większą (acz prywatną, to była ta nikła zaleta) wymianą zdań, chyba nie należało tego w dalszym ciągu odwlec. Szczególnie, że atmosfera już była niepotrzebnie napięta, nawet jeśli oboje robili teraz wszystko co w ich mocy, żeby ją na nowo rozluźnić.
- Chyba nie - nieznacznie zmarszczył brwi zastanawiając się przez ułamek sekundy nad tym, czy nadal ma ochotę na takie wygłupy. Odpowiedź była jedna. - Prawdopodobnie masz rację. Na pewno ją masz. Nie jesteśmy innymi. Nie ma sensu udawać, że jest inaczej, skoro tak jest najlepiej - już nie miał tej chęci.
To nie znaczyło, że chciał się stąd ewakuować. Zgodnie z założeniami mieli tu zostać aż do późnej nocy, pokazać się wspólnie (świetnie im to wyszło - naprawdę) jak najbardziej znacząco, wziąć udział w tej ostatecznej rywalizacji, na którą Ambroise nadal miał ochotę. Reszta wygłupów trochę mu minęła. Mogła wrócić wraz z poprawą nastroju, jasne. W tym momencie było mu to średnio po drodze.
- Przyjęte - szepnął odwzajemniając delikatny, bardzo słodki pocałunek, tym razem angażując w to oczy i rozluźniając ciało.
Zadziwiające, ale w jednej chwili doprowadzała go do złości a w kolejnej czuł się przy niej spokojnie, właściwie, dobrze - jak odpowiedni człowiek na swoim należnym miejscu, jakby mieli coś jeszcze bardziej organicznego pod warstwą skomplikowania i zawiłości.
- A z resztą trochę poczekamy na werdykt - stwierdził, muskając palcem jej wargę i wyciągając ramię ku Geraldine, bo i tak zbyt długo tu stali.
Zaczęło robić mu się zbyt ciepło od pobliskiego ogniska. Nietypowy mdląco słodki zapach docierający z pobliskiego namiociku również nie zachęcał do pozostania w tym miejscu, a roztoczona przez kobietę wizja oddalenia się w znacznie lepszym celu była naprawdę kusząca. Szczególnie, że nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Chciał, żeby ich miejsce faktycznie było bardziej ich.
- Nie ograniczaj się zatem - stwierdził bezpośrednio, wzruszając ramionami, bo naprawdę nie sądził, żeby można było przegiąć z takimi dodatkami.
Głównie dlatego, że sam nigdy ich nie kupował. Jego dotychczasowe własności nie były zbyt skrzętnie wyposażone i ozdobione dużą liczbą drobnych detali. To również miała być całkowita nowość. Mogli mieć coś równie uroczego (a nawet bardziej, bo w ich własnym stylu wyłącznie dla nich) co niektóre ze znanych mu par czy osób z małymi, przytulnymi domami.
- No, może trochę, bo chciałbym choć raz z tobą zatańczyć a z zajętymi rękami to będzie trudne - rzucił po chwili namysłu, po czym niemal od razu ponownie skwitował to wzruszeniem ramionami. - W innym wypadku dla dobra sprawy mogę zostać tym tragarzem - tak, to było całkiem proste. - Szczególnie, że lepiej nie używać Leviosy przy tylu pijanych czarodziejach. Już mamy kandydata do upadku w ognisko. Nie musimy mieć kolejnych - skwitował porozumiewawczo w odrobinę szelmowskim uśmiechu. - To byłaby zbyteczna strata wielu niezłych zdobyczy do - bezgłośnie wypróbował słowo w ustach zanim wypowiedział je na głos. - Piaskownicy... ...tak. Tak, to dobrze tam pasuje - leżało dobrze, bardzo dobrze. - Niech będzie Piaskownica.
A więc mieli to. Kolejny detal do budowanej rzeczywistości.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down