11.10.2024, 23:43 ✶
- Wiem - tym razem w jego odpowiedzi kryło się trochę więcej dwuznacznej niepokory i drobnej uszczypliwości niż wcześniejszej frustracji. - Byle to nie było pół roku ani dłużej. Nie chcemy powtórki z rozrywki, nie? - Spytał porozumiewawczo, powoli zaczynał uspokajać wcześniejsze nerwy.
Jeśli o niego chodziło, zdecydowanie nie chciał wracać do obracania się wokół niepewności i domysłów. Wolał szczerość i jasność, choć jeśli miały przynieść im zbędne kłótnie to był w stanie chwilę poczekać aż oboje nabiorą odpowiedniego dystansu do konieczności przeprowadzenia rozmowy. Natomiast nie wiedział, czy to w ogóle było możliwe. Prawdopodobnie nie? Nie przy ich podobieństwie i wybuchowych temperamentach. Chyba powinni załatwić to po prostu jak najszybciej, mając ten etap również za sobą.
- Wiem, że musimy o tym porozmawiać - przyznał po raz kolejny w odpowiedzi na te ciche słowa o tym, że mógł jej opowiedzieć o swoich sprawach. - Obiecuję powiedzieć ci wszystko, co będziesz chciała wiedzieć - odpowiedział w zamyśleniu wywołanym przez myśl, że być może nie powinien składać aż takiej deklaracji, ale było na to za późno już w chwili, w której Geraldine otworzyła usta.
Słysząc jej deklarację, Ambroise poczuł konieczność zrewanżowania się czymś równie znaczącym. Chciał w ten sposób załagodzić całą sytuację, dając dziewczynie do zrozumienia, że w żadnym momencie nie chodziło mu o to, żeby ta kontrola działała wyłącznie w jej stronę. Może nie lubił być od nikogo zależny, przyjmowanie uwag przychodziło mu do najwyżej średnio, dostosowanie posunięć w szarej strefie do nowego życia nie było niczym łatwym, ale był w stanie to zrobić. Przynajmniej tak sądził. Praktyka szła mu przyzwoicie, ale dopiero zaczynał uwzględniać wszelkie prawdopodobnie konieczne zmiany.
- Jeśli będziesz mówić o nim w taki sposób, jeszcze sprawisz, że wyniosę się tam z tobą na stałe - ni to pogroził, ni to zasugerował - sam do końca nie wiedział, jak powinna odebrać te jego słowa, bo to była dla niego zupełna nowość.
Kolejna z rzędu. Jeszcze jedna wprowadzona przez Geraldine w jego życie. Znowu mimowolnie zaakceptował tę zmianę, dochodząc do całkiem przyjemnego wniosku, że te słowa brzmią naprawdę dobrze. Nasz dom, powoli skłaniał się ku temu, aby nie był wyłącznie miejscem do krótkotrwałego pobytu raz na jakiś czas. Być może za jakiś czas mogli podejść do tego inaczej. Wraz z meblowaniem go swoimi rzeczami nabytymi podczas sabatów i innych wydarzeń, mogli spróbować dostosować go do całorocznego przebywania w tych pomieszczeniach. Do zamieszkania tam za jakiś czas.
Oczywiście raczej nie zrezygnowałby całkowicie z Londynu. Lubił tam pomieszkiwać. Szczególnie teraz, kiedy mieli tak blisko we wszystkie miejsca, żyjąc sobie coraz bardziej wygodnie i już bardziej razem niż osobno. Chodziło mu głównie o możliwość zamiany własnej rodzinnej posiadłości na domek w Whitby. Przeniesienie tam znacznej części swoich roślin, szklarni, ogrodu. Prywatnych rzeczy i zrobienie z tego bardziej własnego miejsca niż kiedykolwiek z rezydencji w Dolinie, która w teorii powinna być w przyszłości jego (w końcu był najstarszym męskim uznanym potomkiem, a więc również dziedzicem), ale na której niespecjalnie mu zależało.
Lubił stąd wyłącznie Knieję, w której czuł się jak w tym pierwszym domu. Drugi powoli zaczynał budować sobie również tutaj, ale w innym metaforycznym sensie - tutaj, bo teraz tu przebywali, ale również dobrze tutaj mogło być również Whitby lub Londynem. Bowiem powoli docierało do niego, czym było to tutaj.
Nią. Jej spojrzeniem, nawet tym wściekłym i rzucającym gromy. Uśmiechem na różanych ustach. Miękkimi, pachnącymi dymem włosami. Ciepłymi ramionami, ciałem wciśniętym w niego. To zaczynało być tym drugim domem. Wybranym, przyjętym, zaakceptowanym. To mogło być jego tutaj - dla tego warto było przełykać dumę, próbując zrozumieć niezrozumiałe. To było dziwne uczucie.
- A zależy - przyznał bez zawahania, jednakże nie miał zamiaru dawać Geraldine do zrozumienia, że chodziło o jakieś przesadne upodobanie do tego typu rozrywek. - Bo widzisz, kochanie, w takim tańcu jak te tutaj nie trzeba trzymać przyzwoitego dystansu - dopowiedział całkiem zaczepnie i beztrosko, szczególnie z kolejnym mimochodem rzuconym kochaniem jak na to, że jeszcze chwilę wcześniej prawdopodobnie chciała mu wydrapać oczy a on furkał na nią jak poirytowana wiewiórka z gatunku tych, które przeskakiwały z drzewa na drzewo na granicy lasu spłoszone nagła ilością ludzi na dotychczas spokojnej polanie.
- W takim razie przyjmę tę rolę z godnością - obiecał, choć brakowało w tym zbyt dużej powagi, szczególnie kiedy ścisnął ją za rękę, na chwilę znów ją do siebie przyciągając, jakby już obracał nią w tańcu. - Jest świetne - zapewnił, obejmując ją i lekko kołysząc ich w czymś na kształt podrygiwania w ton coraz bardziej słyszalnej muzyki.
Może jednak miał w sobie trochę z tych rozbawionych, pozbawionych trosk ludzi? Zadziwiające, ale chyba trochę mu ulżyło.
Jeśli o niego chodziło, zdecydowanie nie chciał wracać do obracania się wokół niepewności i domysłów. Wolał szczerość i jasność, choć jeśli miały przynieść im zbędne kłótnie to był w stanie chwilę poczekać aż oboje nabiorą odpowiedniego dystansu do konieczności przeprowadzenia rozmowy. Natomiast nie wiedział, czy to w ogóle było możliwe. Prawdopodobnie nie? Nie przy ich podobieństwie i wybuchowych temperamentach. Chyba powinni załatwić to po prostu jak najszybciej, mając ten etap również za sobą.
- Wiem, że musimy o tym porozmawiać - przyznał po raz kolejny w odpowiedzi na te ciche słowa o tym, że mógł jej opowiedzieć o swoich sprawach. - Obiecuję powiedzieć ci wszystko, co będziesz chciała wiedzieć - odpowiedział w zamyśleniu wywołanym przez myśl, że być może nie powinien składać aż takiej deklaracji, ale było na to za późno już w chwili, w której Geraldine otworzyła usta.
Słysząc jej deklarację, Ambroise poczuł konieczność zrewanżowania się czymś równie znaczącym. Chciał w ten sposób załagodzić całą sytuację, dając dziewczynie do zrozumienia, że w żadnym momencie nie chodziło mu o to, żeby ta kontrola działała wyłącznie w jej stronę. Może nie lubił być od nikogo zależny, przyjmowanie uwag przychodziło mu do najwyżej średnio, dostosowanie posunięć w szarej strefie do nowego życia nie było niczym łatwym, ale był w stanie to zrobić. Przynajmniej tak sądził. Praktyka szła mu przyzwoicie, ale dopiero zaczynał uwzględniać wszelkie prawdopodobnie konieczne zmiany.
- Jeśli będziesz mówić o nim w taki sposób, jeszcze sprawisz, że wyniosę się tam z tobą na stałe - ni to pogroził, ni to zasugerował - sam do końca nie wiedział, jak powinna odebrać te jego słowa, bo to była dla niego zupełna nowość.
Kolejna z rzędu. Jeszcze jedna wprowadzona przez Geraldine w jego życie. Znowu mimowolnie zaakceptował tę zmianę, dochodząc do całkiem przyjemnego wniosku, że te słowa brzmią naprawdę dobrze. Nasz dom, powoli skłaniał się ku temu, aby nie był wyłącznie miejscem do krótkotrwałego pobytu raz na jakiś czas. Być może za jakiś czas mogli podejść do tego inaczej. Wraz z meblowaniem go swoimi rzeczami nabytymi podczas sabatów i innych wydarzeń, mogli spróbować dostosować go do całorocznego przebywania w tych pomieszczeniach. Do zamieszkania tam za jakiś czas.
Oczywiście raczej nie zrezygnowałby całkowicie z Londynu. Lubił tam pomieszkiwać. Szczególnie teraz, kiedy mieli tak blisko we wszystkie miejsca, żyjąc sobie coraz bardziej wygodnie i już bardziej razem niż osobno. Chodziło mu głównie o możliwość zamiany własnej rodzinnej posiadłości na domek w Whitby. Przeniesienie tam znacznej części swoich roślin, szklarni, ogrodu. Prywatnych rzeczy i zrobienie z tego bardziej własnego miejsca niż kiedykolwiek z rezydencji w Dolinie, która w teorii powinna być w przyszłości jego (w końcu był najstarszym męskim uznanym potomkiem, a więc również dziedzicem), ale na której niespecjalnie mu zależało.
Lubił stąd wyłącznie Knieję, w której czuł się jak w tym pierwszym domu. Drugi powoli zaczynał budować sobie również tutaj, ale w innym metaforycznym sensie - tutaj, bo teraz tu przebywali, ale również dobrze tutaj mogło być również Whitby lub Londynem. Bowiem powoli docierało do niego, czym było to tutaj.
Nią. Jej spojrzeniem, nawet tym wściekłym i rzucającym gromy. Uśmiechem na różanych ustach. Miękkimi, pachnącymi dymem włosami. Ciepłymi ramionami, ciałem wciśniętym w niego. To zaczynało być tym drugim domem. Wybranym, przyjętym, zaakceptowanym. To mogło być jego tutaj - dla tego warto było przełykać dumę, próbując zrozumieć niezrozumiałe. To było dziwne uczucie.
- A zależy - przyznał bez zawahania, jednakże nie miał zamiaru dawać Geraldine do zrozumienia, że chodziło o jakieś przesadne upodobanie do tego typu rozrywek. - Bo widzisz, kochanie, w takim tańcu jak te tutaj nie trzeba trzymać przyzwoitego dystansu - dopowiedział całkiem zaczepnie i beztrosko, szczególnie z kolejnym mimochodem rzuconym kochaniem jak na to, że jeszcze chwilę wcześniej prawdopodobnie chciała mu wydrapać oczy a on furkał na nią jak poirytowana wiewiórka z gatunku tych, które przeskakiwały z drzewa na drzewo na granicy lasu spłoszone nagła ilością ludzi na dotychczas spokojnej polanie.
- W takim razie przyjmę tę rolę z godnością - obiecał, choć brakowało w tym zbyt dużej powagi, szczególnie kiedy ścisnął ją za rękę, na chwilę znów ją do siebie przyciągając, jakby już obracał nią w tańcu. - Jest świetne - zapewnił, obejmując ją i lekko kołysząc ich w czymś na kształt podrygiwania w ton coraz bardziej słyszalnej muzyki.
Może jednak miał w sobie trochę z tych rozbawionych, pozbawionych trosk ludzi? Zadziwiające, ale chyba trochę mu ulżyło.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down