12.10.2024, 01:53 ✶
- Ja też - odpowiedział z równą niechęcią wobec takiej możliwości.
Nawet nie chciał tego rozważać. Niepotrzebnie poruszyli ten temat podczas tego wydarzenia. W dodatku publicznie i w parszywy sposób, poróżniając się o coś, co w tym momencie nie miało znaczenia.
Normalnie pewnie próbowałby dalej usprawiedliwiać swoje intencje, upierać się przy tym, że miało im to wyjść na dobre, bo wreszcie poruszą trudne tematy trzymające ich przed wejściem na inny wyższy poziom związku, ale nie tym razem. Teraz nawet przed samym sobą nazwałby to stertą smoczego łajna. W rzeczywistości chciał zakończyć ten temat i poruszyć go dopiero, kiedy będą na to gotowi. Z ulgą przyjął, że ona również.
- Wystarczy słowo - wbił w nią spojrzenie zielonych oczu znów przyjemnie ciepłych i odbijających światła ognisk - a spróbujemy poza Londynem. Nawet doraźnie - kiwnął głową, dając jej do zrozumienia, że to również było plastyczne, ale wymagało trochę więcej zachodu i czasu.
Szczególnie, że obecnie oboje byli mocno związani z tym dużym miastem, ale to nie było niewykonalne. W świecie magii wystarczyło mieć kominek podłączony do Sieci Fiuu, miotłę, świstoklik lub wprawnie korzystać z teleportacji. Greengrass nie wątpił, że wszystkie te możliwości są w zasięgu ich rąk, nawet jeśli wobec miotły miał obecnie pewne (raczej niestety wymuszone) obiekcje a ich kominek w Whitby pozostawał poza połączeniem i rejestracją z uwagi na to, że sami o tym zdecydowali. Umówili się na jak najcichsze i dyskretne życie na obrzeżach tamtej społeczności poza światem czarodziejów, ale to był w stanie poddać dyskusji, jeżeli zmieniłaby zdanie.
Tak właściwie to nie chciał o żadnej z tych rzeczy wyrokować z taką twardością jak w przypadku głównej przyczyny ich kłótni. Te tematy były lżejsze i luźniejsze. Dotyczyły naprawdę przyjemnych, bo wspólnych aspektów ich przyszłości. Próba przeniesienia znacznej części życia na ubocze należała do całkiem poważnych decyzji. Greengrass zdawał sobie sprawę z tego, że co poniektórzy czarodzieje nie robili tego aż do oficjalnego zawiązania związku małżeńskiego, ale oni przecież nie byli zwykłym przypadkiem. Był w stanie wyobrazić sobie jak to mogło wyglądać.
Co więcej ta wizja napawała go dużym optymizmem. Ten wieczór na powrót zaczął stawać się przyjemną zapowiedzią dobrej przyszłości. Udało im się zażegnać chwilowy kryzys prawdopodobnie w najlepszy możliwy sposób, a kiedy Geraldine pociągnęła go bardziej w kierunku obiecanych tańców, roześmiał się całkiem radośnie. Czuł się pijany, upojony tym klimatem, choć zdecydowanie nic jeszcze nie pili.
Zespół muzyczny wybrany na ten wieczór ewidentnie dopiero się rozkręcał. Z początku po prowizorycznym parkiecie na mocno uklepanej trawie niemrawo błąkały się jakieś niedobitki, które nie mogły sobie znaleźć miejsca nigdzie indziej i najwidoczniej sądziły, że najłatwiej im będzie nawiązać z kimś kontakt właśnie w tym miejscu. Pierwsze takty muzyki zdecydowanie nie przyciągały żadnych normalnych par, które w dalszym ciągu wolały zajmować się rozmowami i kręceniem się gdzieś indziej. Z dala od niezbyt rozrywkowego repertuaru granego przez jeszcze mniej zadowolonych z publiki muzyków. Obie strony zdecydowanie nie czuły wspólnego klimatu, było to nie tylko bardzo zauważalne, lecz również wprost niepodważalne.
Prawdopodobnie pojawili się tam w jednym z lepszych momentów, bo wraz z alkoholem wypijanym mniej lub bardziej otwarcie przez artystów rytm zaczynał zmieniać się na znacznie weselszy i lżejszy. Już nie tak oficjalny, a po prostu przyjemny dla ucha - zamiast powagi i przesadnej eteryczności dźwięków, o które zapewne wnioskowali napuszeni organizatorzy, zaczynały się pojawiać bardziej skoczne, ludowe brzmienia typowe dla okolic Doliny Godryka. Dokładnie te, które Ambroise doskonale znał z młodości, którą spędził przecież rzut beretem stąd.
Nieistotne jak bardzo nieeleganckie podrygi były jedynym sensownym sposobem wkroczenia na parkiet, w tym momencie czuł się całkiem w swoim żywiole. Jasne, doskonale znał również znacznie bardziej dystyngowane tańce, ale nie o nie mu chodziło, kiedy zabierał Geraldine między coraz gęściej zbierających się ludzi. Tym razem klimat wprost idealnie zbiegł się z założeniami. Ambroise mógł bez ceregieli złapać ją w pasie, przyciągając Geraldine do siebie i dając nura między innych czarodziejów.
- Widzisz? Nie jest ze mną aż tak najgorzej - mruknął jej z rozbawieniem do ucha, obracając ją nieoczekiwanie i kończąc to nachyleniem dziewczyny w dół z niemal jednoczesnym szybkim, całkiem płynnym, bo zaledwie w ułamek sekundy później pociągnięciem jej z powrotem w górę. - Po prostu staraj się podążać za mną. Świetnie ci idzie - zapewnił, bo domyślał się, że mogła nie być z tym specjalnie zaznajomiona.
Nie miał tej pewności, ale nigdy nie widział jej w tym miejscu na żadnym z sabatów (choć też nigdy specjalnie nie rozglądał się za nią, bo do niedawna byli sobie niemalże obcy), więc raczej wolał uprzedzić ją, że tu liczyła się wyłącznie skoczna nuta i odrobiną wyczucia rytmu. Wszystko inne miało przyjść naturalnie, choć bardzo niechętnie puścił ją w pewnym momencie z ramion, żeby na moment wymienić się partnerkami w przelotnym układzie, znowu uśmiechając się do dziewczyny szeroko, kiedy wróciła w jego objęcia.
Dym - drzewny, ale słodki i otumaniający, jakby trochę narkotyczny. Światła, ciepło, blask ognisk, muzyka i śmiechy. W tym momencie niemalże zapomniał o tym, co było przed chwilą. Teraz faktycznie bawili się tak jak przystało. Jak nigdy.
To był jeszcze ten moment błogiej zabawy. Wstęp między początkiem zabawy a przejściem do bardziej oficjalnej, rytualnej części tańców, o którą z pewnością mieli zabiegać organizatorzy, których zresztą już dało się dostrzec zmierzających w kierunku prowizorycznej sceny. Zespół nadal grał, ale zapewne już niedługo, widząc tamte rozgniewane spojrzenia.
Nawet nie chciał tego rozważać. Niepotrzebnie poruszyli ten temat podczas tego wydarzenia. W dodatku publicznie i w parszywy sposób, poróżniając się o coś, co w tym momencie nie miało znaczenia.
Normalnie pewnie próbowałby dalej usprawiedliwiać swoje intencje, upierać się przy tym, że miało im to wyjść na dobre, bo wreszcie poruszą trudne tematy trzymające ich przed wejściem na inny wyższy poziom związku, ale nie tym razem. Teraz nawet przed samym sobą nazwałby to stertą smoczego łajna. W rzeczywistości chciał zakończyć ten temat i poruszyć go dopiero, kiedy będą na to gotowi. Z ulgą przyjął, że ona również.
- Wystarczy słowo - wbił w nią spojrzenie zielonych oczu znów przyjemnie ciepłych i odbijających światła ognisk - a spróbujemy poza Londynem. Nawet doraźnie - kiwnął głową, dając jej do zrozumienia, że to również było plastyczne, ale wymagało trochę więcej zachodu i czasu.
Szczególnie, że obecnie oboje byli mocno związani z tym dużym miastem, ale to nie było niewykonalne. W świecie magii wystarczyło mieć kominek podłączony do Sieci Fiuu, miotłę, świstoklik lub wprawnie korzystać z teleportacji. Greengrass nie wątpił, że wszystkie te możliwości są w zasięgu ich rąk, nawet jeśli wobec miotły miał obecnie pewne (raczej niestety wymuszone) obiekcje a ich kominek w Whitby pozostawał poza połączeniem i rejestracją z uwagi na to, że sami o tym zdecydowali. Umówili się na jak najcichsze i dyskretne życie na obrzeżach tamtej społeczności poza światem czarodziejów, ale to był w stanie poddać dyskusji, jeżeli zmieniłaby zdanie.
Tak właściwie to nie chciał o żadnej z tych rzeczy wyrokować z taką twardością jak w przypadku głównej przyczyny ich kłótni. Te tematy były lżejsze i luźniejsze. Dotyczyły naprawdę przyjemnych, bo wspólnych aspektów ich przyszłości. Próba przeniesienia znacznej części życia na ubocze należała do całkiem poważnych decyzji. Greengrass zdawał sobie sprawę z tego, że co poniektórzy czarodzieje nie robili tego aż do oficjalnego zawiązania związku małżeńskiego, ale oni przecież nie byli zwykłym przypadkiem. Był w stanie wyobrazić sobie jak to mogło wyglądać.
Co więcej ta wizja napawała go dużym optymizmem. Ten wieczór na powrót zaczął stawać się przyjemną zapowiedzią dobrej przyszłości. Udało im się zażegnać chwilowy kryzys prawdopodobnie w najlepszy możliwy sposób, a kiedy Geraldine pociągnęła go bardziej w kierunku obiecanych tańców, roześmiał się całkiem radośnie. Czuł się pijany, upojony tym klimatem, choć zdecydowanie nic jeszcze nie pili.
Zespół muzyczny wybrany na ten wieczór ewidentnie dopiero się rozkręcał. Z początku po prowizorycznym parkiecie na mocno uklepanej trawie niemrawo błąkały się jakieś niedobitki, które nie mogły sobie znaleźć miejsca nigdzie indziej i najwidoczniej sądziły, że najłatwiej im będzie nawiązać z kimś kontakt właśnie w tym miejscu. Pierwsze takty muzyki zdecydowanie nie przyciągały żadnych normalnych par, które w dalszym ciągu wolały zajmować się rozmowami i kręceniem się gdzieś indziej. Z dala od niezbyt rozrywkowego repertuaru granego przez jeszcze mniej zadowolonych z publiki muzyków. Obie strony zdecydowanie nie czuły wspólnego klimatu, było to nie tylko bardzo zauważalne, lecz również wprost niepodważalne.
Prawdopodobnie pojawili się tam w jednym z lepszych momentów, bo wraz z alkoholem wypijanym mniej lub bardziej otwarcie przez artystów rytm zaczynał zmieniać się na znacznie weselszy i lżejszy. Już nie tak oficjalny, a po prostu przyjemny dla ucha - zamiast powagi i przesadnej eteryczności dźwięków, o które zapewne wnioskowali napuszeni organizatorzy, zaczynały się pojawiać bardziej skoczne, ludowe brzmienia typowe dla okolic Doliny Godryka. Dokładnie te, które Ambroise doskonale znał z młodości, którą spędził przecież rzut beretem stąd.
Nieistotne jak bardzo nieeleganckie podrygi były jedynym sensownym sposobem wkroczenia na parkiet, w tym momencie czuł się całkiem w swoim żywiole. Jasne, doskonale znał również znacznie bardziej dystyngowane tańce, ale nie o nie mu chodziło, kiedy zabierał Geraldine między coraz gęściej zbierających się ludzi. Tym razem klimat wprost idealnie zbiegł się z założeniami. Ambroise mógł bez ceregieli złapać ją w pasie, przyciągając Geraldine do siebie i dając nura między innych czarodziejów.
- Widzisz? Nie jest ze mną aż tak najgorzej - mruknął jej z rozbawieniem do ucha, obracając ją nieoczekiwanie i kończąc to nachyleniem dziewczyny w dół z niemal jednoczesnym szybkim, całkiem płynnym, bo zaledwie w ułamek sekundy później pociągnięciem jej z powrotem w górę. - Po prostu staraj się podążać za mną. Świetnie ci idzie - zapewnił, bo domyślał się, że mogła nie być z tym specjalnie zaznajomiona.
Nie miał tej pewności, ale nigdy nie widział jej w tym miejscu na żadnym z sabatów (choć też nigdy specjalnie nie rozglądał się za nią, bo do niedawna byli sobie niemalże obcy), więc raczej wolał uprzedzić ją, że tu liczyła się wyłącznie skoczna nuta i odrobiną wyczucia rytmu. Wszystko inne miało przyjść naturalnie, choć bardzo niechętnie puścił ją w pewnym momencie z ramion, żeby na moment wymienić się partnerkami w przelotnym układzie, znowu uśmiechając się do dziewczyny szeroko, kiedy wróciła w jego objęcia.
Dym - drzewny, ale słodki i otumaniający, jakby trochę narkotyczny. Światła, ciepło, blask ognisk, muzyka i śmiechy. W tym momencie niemalże zapomniał o tym, co było przed chwilą. Teraz faktycznie bawili się tak jak przystało. Jak nigdy.
To był jeszcze ten moment błogiej zabawy. Wstęp między początkiem zabawy a przejściem do bardziej oficjalnej, rytualnej części tańców, o którą z pewnością mieli zabiegać organizatorzy, których zresztą już dało się dostrzec zmierzających w kierunku prowizorycznej sceny. Zespół nadal grał, ale zapewne już niedługo, widząc tamte rozgniewane spojrzenia.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down