12.10.2024, 03:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2024, 03:51 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Myślę - machnął ręką w odpowiedzi. - Cały czas myślę, jak to odkręcić, Rosie. W taki sposób, żebyś nie dostała przy tym rykoszetem ani żebyś nie musiała angażować w to nikogo z rodu - zaznaczył, żeby nie było co do tego wątpliwości, bo ostatnio (tak, zdecydowanie wyłącznie ostatnio - echem) ewidentnie nie był zbyt dobry w klarownej komunikacji, skoro tak ciężko mu przychodziło dogadanie się ze znaczącymi dla niego osobami.
Nie miał ich zbyt wielu. Całkiem świadomie stronił od brania sobie na głowę zbyt wielu bliskich przyjaźni, bo miał bardzo stanowcze, określone podejście do tego, kogo nazywał bliskim i do obowiązków (a profitów dla tej osoby) jakie z tego wynikały.
Można było wiele o nim powiedzieć, ale był oddanym kompanem. Możliwe, że nie najłatwiejszym, ale starającym się pomagać w każdym smoczym łajnie, w jakie ktoś wpadł. Czasami z irytacją i niewybrednym komentarzem, ale nie zwykł odmawiać prośbom o pomoc czy sugestiom, że był potrzebny. Także w tym momencie, choć był podminowany, starał się rozważać wszystkie możliwości.
- Nie spytał ojca o pozwolenie. To oczywiste, bo byśmy tu nie siedzieli. Natomiast nie sądzę, żeby to wchodziło w grę jako powód do anulacji układu - nieznacznie się skrzywił, zaciągając się dymem i kręcąc głową. - Co innego, gdyby to były mniej publiczne oświadczyny i od razu poszlibyście z tym do niego. Wtedy mogłabyś zasłonić się brakiem zgody ze strony głowy rodziny. Borgin pozabiegałby o ciebie jeszcze chwilę pod publiczkę. Banalnie proste - z tym, że nie było; nie w tym wypadku - ale teraz, po takim czasie ta odmowa oznaczałaby potwarz dla Borginów i zerwanie sojuszu, który samowolnie zawarliście między rodzinami. I tu jest testral pogrzebany.
Tak właściwie to nie było żadnej jednoznacznie dobrej możliwości. Każda mogła prowadzić do bardzo znaczących konsekwencji. W oczach Ambroisa głównie dla Roselyn i ich rodziny, bo los Borginów naprawdę miał głęboko w dupie. Problem leżał bardzo głęboko, wcale nie był powierzchowny. Ciągle odnosił wrażenie, że Roselyn nie zdaje sobie z tego sprawy a przecież powinna.
Szczególnie jako dziedziczka i przyszła głowa rodziny, bo on osobiście już jakiś czas wcześniej podjął decyzję, że mimo bycia najstarszym męskim potomkiem uznanym przez ojca wcale nie zamierza wyciągać rąk po rodzinny majątek. Lubił władzę i kontrolę - w tym momencie stanowiły niemalże główną istotę jego życia, szczególnie gdy nie było w nim już miejsca na planowanie delikatniejszej, czułej przyszłości u boku kochanej kobiety.
Natomiast z tego wszystkiego zależało mu wyłącznie na byciu związanym z Knieją. Całą resztę jednoznacznie ignorował. Nie chciał budynków, dodatkowych tytułów, odpowiedzialności, której chyba nie był w stanie udźwignąć, patrząc na to, że dosyć spektakularnie zawalał większość testów na dbanie o siebie czy innych.
Nie przyznałby się do tego, co prawda, ale takie były realia - przez jakiś czas panował nad własnym życiem, później utracił część kontroli na rzecz otworzenia serca przed kimś, kto miał tam zagościć na stałe. Później ta pozostała resztka kontroli zaczęła przesypywać mu się przez palce niczym piasek na plaży w Piaskownicy - jedynym stuprocentowo świadomie wybranym nadmorskim domu, który rok w rok przez kilka cieplejszych miesięcy łączył (wtedy nie lubił słowa dzielić; wydawało mu się nacechowane zbyt pejoratywnie) z jedyną dziewczyną, co do której miał wtedy bardzo długotrwałe zamiary mające się skończyć w klarowny sposób - ślubem i szczęśliwym życiem...
...nie za cholerę. Nie mogło być tak dobrze. Zaczął się ślizgać, stracił panowanie nad własnym losem. Próbując nadal brać odpowiedzialność za swój związek, podjął decyzję o odejściu i uwolnieniu jej od wszystkich konsekwencji, jakie miały nadejść. Nigdy nie powinien oddawać tej części kontroli. W ostatnich dniach widział to znacznie bardziej niż chciałby widzieć. W dalszym ciągu miał przyjaciół i rodzinę, ale odpowiedzialność? Ta rozmowa jasno wskazywała na to, że nieważne, co by zrobił, nie mógł jej brać za wszystkich. Chciałby, ale nie umiał zadbać o siebie. Jak miał zapobiegać tragediom ukochanych ludzi? To go mentalnie roztrzaskiwało, sprawiając, że rzeczywiście czuł się zamotany i wściekły o brak kontroli.
A teraz w dodatku jeszcze o to, że kiedy on dobrowolnie wycofywał się z chęci przejęcia odpowiedzialności za rodzinne biznesy, mimowolnie przyjmując, że Roo jest w stanie sobie z tym doskonale poradzić, ona robiła coś takiego. Nie mogła zasłaniać się wiekiem. Sama mówiła, że nie jest już dzieckiem. Potrzebowała dorosnąć a także znaleźć sobie kogoś odpowiedzialnego, kto nie byłby dziedzicem tak jak ona nim była. To był kolejny absurd. Nieważne, że upierała się przy zerwaniu związku za jakiś czas, dwóch dziedziców w jednym związku było powodem do zgrzytów.
- Oczywiście, że tak - burknął na nią, bo to pytanie było całkowicie zbędne.
Jasne, że chodziło o nią. Tak, o dobro rodu też, bo na ojcu Ambroise'owi również zależało, poniekąd tak jak na Evelyn, z którą w ostatnich latach osiągnął coś na kształt wstępnego porozumienia. Natomiast przede wszystkim chodziło o nią. Nie powinna tego podważać. Miał wrażenie, że pierwszy raz w życiu tak bardzo się nie rozumieją i nawet nie próbują tego zmienić. I że ta rozmowa jest po prostu bezsensownym zlepkiem słów rzucanych to tu, to tam. Obijającym się o ściany i wibrującym w resztkach butelek, ale omijającym uszy.
- Wiesz, że plotki mnie nie obchodzą - zaznaczył, wyłapując to z tego wywodu i przytrzymując się tej jednej myśli, bo nie spodziewał się, że ze strony Roselyn padnie nagle tyle słów; był już nieco otumaniony, nic zresztą dziwnego patrząc na okoliczności - wóda i trawa nie szły gładko w parze. - Myślę, okay? - W jego głosie wybrzmiało coś na kształt urażonej pretensji, choć przynajmniej już nie zgrzytał zębami tak jak jeszcze dosłownie chwilę wcześniej. - Nie oskarżaj mnie o próbę zjebania ci przyszłości, bo usiłuję ci pomóc, nie dopierdolić - to były naprawdę niskie zarzuty ubrane w stanowczo zbyt dużo słów, jak na jego obecny mentalny stan odurzenia.
Co gorsza, ona wcale nie wyglądała, jakby chciała przestać mówić. Sarknął instynktownie, obdarzając siostrę długim spojrzeniem, choć coraz trudniej było mu utrzymać je w jednym miejscu. Ona mówiła szybko, jemu już plątał się język. Idealne warunki do dogadania się.
- Już raz wymieniałem to okno. Jeśli dobrze pamiętam to w sześćdziesiątym dziewiątym. Jest dobrym oknem. To droga szyba. Takiej ramy okiennej już chyba nie robią - skwitował powoli, nie spiesząc się, wpatrzony we wspomiane okno, jakby rozważał czy wywalenie siostry przez nie było rozsądnym finansowo rozwiązaniem. Wzruszył ramionami: nie było. - Drzwi to co innego. Można je wypieprzyć - dodał w dalszym ciągu ze znacznie mniejszym skupieniem, zanim przeniósł wzrok na Roselyn i bez kolejnego słowa wyciągnął jointa w jej kierunku.
- Pytasz o radę dotyczącą zaręczyn kogoś, kto od półtora roku powinien być zaręczony. Nie widzisz w tym absurdu? - Odezwał się niechętnie, choć znacznie luźniej niż przedtem, łykając więcej alkoholu i wzruszając ramionami w sposób jasno świadczący o tym, że zaczynał być po prostu najebany i zjarany jednocześnie, nie tylko lekko wstawiony. Lekko wstawiony nie byłby tak szczery.
- Ty się zaręczasz z przypadku. Ja rzucam miłość przed zaręczynami. Ta, śmieszny fakt: jakaś była, niestety mam trochę serca. Miałem. Mam? Nie mam? Jesteśmy popierdoleni, Roo. Pojebassowie - nawet się uśmiechnął. Gorzko, ale szczerze, sięgając po więcej wysokoprocentowego otumaniacza w płynie, żeby zakryć tym jakoś swoją nagłą zgorzkniałą szczerość.
Ot co. Tu był ten testral pogrzebany.
- Mam zrobić aferę za ojca? Publicznie nie zgodzić się na to małżeństwo? Wiesz, że mogę - wystarczyłoby słowo. - Nie ruszy mnie już to, co powiedzą - dodał ponuro, ale zgodnie z prawdą.
Nie miał ich zbyt wielu. Całkiem świadomie stronił od brania sobie na głowę zbyt wielu bliskich przyjaźni, bo miał bardzo stanowcze, określone podejście do tego, kogo nazywał bliskim i do obowiązków (a profitów dla tej osoby) jakie z tego wynikały.
Można było wiele o nim powiedzieć, ale był oddanym kompanem. Możliwe, że nie najłatwiejszym, ale starającym się pomagać w każdym smoczym łajnie, w jakie ktoś wpadł. Czasami z irytacją i niewybrednym komentarzem, ale nie zwykł odmawiać prośbom o pomoc czy sugestiom, że był potrzebny. Także w tym momencie, choć był podminowany, starał się rozważać wszystkie możliwości.
- Nie spytał ojca o pozwolenie. To oczywiste, bo byśmy tu nie siedzieli. Natomiast nie sądzę, żeby to wchodziło w grę jako powód do anulacji układu - nieznacznie się skrzywił, zaciągając się dymem i kręcąc głową. - Co innego, gdyby to były mniej publiczne oświadczyny i od razu poszlibyście z tym do niego. Wtedy mogłabyś zasłonić się brakiem zgody ze strony głowy rodziny. Borgin pozabiegałby o ciebie jeszcze chwilę pod publiczkę. Banalnie proste - z tym, że nie było; nie w tym wypadku - ale teraz, po takim czasie ta odmowa oznaczałaby potwarz dla Borginów i zerwanie sojuszu, który samowolnie zawarliście między rodzinami. I tu jest testral pogrzebany.
Tak właściwie to nie było żadnej jednoznacznie dobrej możliwości. Każda mogła prowadzić do bardzo znaczących konsekwencji. W oczach Ambroisa głównie dla Roselyn i ich rodziny, bo los Borginów naprawdę miał głęboko w dupie. Problem leżał bardzo głęboko, wcale nie był powierzchowny. Ciągle odnosił wrażenie, że Roselyn nie zdaje sobie z tego sprawy a przecież powinna.
Szczególnie jako dziedziczka i przyszła głowa rodziny, bo on osobiście już jakiś czas wcześniej podjął decyzję, że mimo bycia najstarszym męskim potomkiem uznanym przez ojca wcale nie zamierza wyciągać rąk po rodzinny majątek. Lubił władzę i kontrolę - w tym momencie stanowiły niemalże główną istotę jego życia, szczególnie gdy nie było w nim już miejsca na planowanie delikatniejszej, czułej przyszłości u boku kochanej kobiety.
Natomiast z tego wszystkiego zależało mu wyłącznie na byciu związanym z Knieją. Całą resztę jednoznacznie ignorował. Nie chciał budynków, dodatkowych tytułów, odpowiedzialności, której chyba nie był w stanie udźwignąć, patrząc na to, że dosyć spektakularnie zawalał większość testów na dbanie o siebie czy innych.
Nie przyznałby się do tego, co prawda, ale takie były realia - przez jakiś czas panował nad własnym życiem, później utracił część kontroli na rzecz otworzenia serca przed kimś, kto miał tam zagościć na stałe. Później ta pozostała resztka kontroli zaczęła przesypywać mu się przez palce niczym piasek na plaży w Piaskownicy - jedynym stuprocentowo świadomie wybranym nadmorskim domu, który rok w rok przez kilka cieplejszych miesięcy łączył (wtedy nie lubił słowa dzielić; wydawało mu się nacechowane zbyt pejoratywnie) z jedyną dziewczyną, co do której miał wtedy bardzo długotrwałe zamiary mające się skończyć w klarowny sposób - ślubem i szczęśliwym życiem...
...nie za cholerę. Nie mogło być tak dobrze. Zaczął się ślizgać, stracił panowanie nad własnym losem. Próbując nadal brać odpowiedzialność za swój związek, podjął decyzję o odejściu i uwolnieniu jej od wszystkich konsekwencji, jakie miały nadejść. Nigdy nie powinien oddawać tej części kontroli. W ostatnich dniach widział to znacznie bardziej niż chciałby widzieć. W dalszym ciągu miał przyjaciół i rodzinę, ale odpowiedzialność? Ta rozmowa jasno wskazywała na to, że nieważne, co by zrobił, nie mógł jej brać za wszystkich. Chciałby, ale nie umiał zadbać o siebie. Jak miał zapobiegać tragediom ukochanych ludzi? To go mentalnie roztrzaskiwało, sprawiając, że rzeczywiście czuł się zamotany i wściekły o brak kontroli.
A teraz w dodatku jeszcze o to, że kiedy on dobrowolnie wycofywał się z chęci przejęcia odpowiedzialności za rodzinne biznesy, mimowolnie przyjmując, że Roo jest w stanie sobie z tym doskonale poradzić, ona robiła coś takiego. Nie mogła zasłaniać się wiekiem. Sama mówiła, że nie jest już dzieckiem. Potrzebowała dorosnąć a także znaleźć sobie kogoś odpowiedzialnego, kto nie byłby dziedzicem tak jak ona nim była. To był kolejny absurd. Nieważne, że upierała się przy zerwaniu związku za jakiś czas, dwóch dziedziców w jednym związku było powodem do zgrzytów.
- Oczywiście, że tak - burknął na nią, bo to pytanie było całkowicie zbędne.
Jasne, że chodziło o nią. Tak, o dobro rodu też, bo na ojcu Ambroise'owi również zależało, poniekąd tak jak na Evelyn, z którą w ostatnich latach osiągnął coś na kształt wstępnego porozumienia. Natomiast przede wszystkim chodziło o nią. Nie powinna tego podważać. Miał wrażenie, że pierwszy raz w życiu tak bardzo się nie rozumieją i nawet nie próbują tego zmienić. I że ta rozmowa jest po prostu bezsensownym zlepkiem słów rzucanych to tu, to tam. Obijającym się o ściany i wibrującym w resztkach butelek, ale omijającym uszy.
- Wiesz, że plotki mnie nie obchodzą - zaznaczył, wyłapując to z tego wywodu i przytrzymując się tej jednej myśli, bo nie spodziewał się, że ze strony Roselyn padnie nagle tyle słów; był już nieco otumaniony, nic zresztą dziwnego patrząc na okoliczności - wóda i trawa nie szły gładko w parze. - Myślę, okay? - W jego głosie wybrzmiało coś na kształt urażonej pretensji, choć przynajmniej już nie zgrzytał zębami tak jak jeszcze dosłownie chwilę wcześniej. - Nie oskarżaj mnie o próbę zjebania ci przyszłości, bo usiłuję ci pomóc, nie dopierdolić - to były naprawdę niskie zarzuty ubrane w stanowczo zbyt dużo słów, jak na jego obecny mentalny stan odurzenia.
Co gorsza, ona wcale nie wyglądała, jakby chciała przestać mówić. Sarknął instynktownie, obdarzając siostrę długim spojrzeniem, choć coraz trudniej było mu utrzymać je w jednym miejscu. Ona mówiła szybko, jemu już plątał się język. Idealne warunki do dogadania się.
- Już raz wymieniałem to okno. Jeśli dobrze pamiętam to w sześćdziesiątym dziewiątym. Jest dobrym oknem. To droga szyba. Takiej ramy okiennej już chyba nie robią - skwitował powoli, nie spiesząc się, wpatrzony we wspomiane okno, jakby rozważał czy wywalenie siostry przez nie było rozsądnym finansowo rozwiązaniem. Wzruszył ramionami: nie było. - Drzwi to co innego. Można je wypieprzyć - dodał w dalszym ciągu ze znacznie mniejszym skupieniem, zanim przeniósł wzrok na Roselyn i bez kolejnego słowa wyciągnął jointa w jej kierunku.
- Pytasz o radę dotyczącą zaręczyn kogoś, kto od półtora roku powinien być zaręczony. Nie widzisz w tym absurdu? - Odezwał się niechętnie, choć znacznie luźniej niż przedtem, łykając więcej alkoholu i wzruszając ramionami w sposób jasno świadczący o tym, że zaczynał być po prostu najebany i zjarany jednocześnie, nie tylko lekko wstawiony. Lekko wstawiony nie byłby tak szczery.
- Ty się zaręczasz z przypadku. Ja rzucam miłość przed zaręczynami. Ta, śmieszny fakt: jakaś była, niestety mam trochę serca. Miałem. Mam? Nie mam? Jesteśmy popierdoleni, Roo. Pojebassowie - nawet się uśmiechnął. Gorzko, ale szczerze, sięgając po więcej wysokoprocentowego otumaniacza w płynie, żeby zakryć tym jakoś swoją nagłą zgorzkniałą szczerość.
Ot co. Tu był ten testral pogrzebany.
- Mam zrobić aferę za ojca? Publicznie nie zgodzić się na to małżeństwo? Wiesz, że mogę - wystarczyłoby słowo. - Nie ruszy mnie już to, co powiedzą - dodał ponuro, ale zgodnie z prawdą.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down