12.10.2024, 13:02 ✶
Mimowolnie uniósł kącik ust i posłał usatysfakcjonowane spojrzenie w kierunku Yaxleyówny, kiwając głową.
- A więc tak - stwierdził, odnotowując to w głowie jako podjętą wspólnie decyzję, którą należało wcielić w życie.
Nie od dziś. Dzisiaj mieli tu inne sprawy do załatwienia, korzystając z nowoodkrytych zalet spędzania sabatu z kimś, z kim chciało się go celebrować. Od jutra - tego był pewien robiąc śmiałe założenia, że nie obudzą się zbyt upojeni, żeby móc coś robić. Dopuszczał do siebie myśl, że być może wcale nie wyjdą z łóżka, spędzając tam cały wtorek, ale to też mogło być częścią planu spróbowania życia poza Londynem. Mogli porozmawiać... ...lub nie. No. Nie sądził, żeby w takich warunkach dało się zbyt długo dyskutować o przenoszeniu mebli czy ozdobach. Ale na to też mieli znaleźć czas, skoro jednomyślnie tego chcieli.
- Całkiem? - Spytał łapiąc ją za słówka, nawet jeśli to on sam nadał tej wymianie uwag podobny ton, a ona złagodziła słowa włożeniem w nie bardziej pozytywnego brzmienia. - Liczyłem na wyśmienicie, przy takim podejściu moje ego może nie przeżyć tego wieczoru - jego ego raczej miało się całkowicie i niezaprzeczalnie dobrze, prawdopodobnie dużo lepiej od poczucia własnej wartości u wielu innych ludzi, ale czuł się całkiem skory do żartów.
Nie potrzebował zbyt wiele czasu, żeby odsunąć od siebie tamte nieporozumienie. To nie tak, że nie był pamiętliwy - ależ wręcz przeciwnie: potrafił żywić chłodną urazę, kolekcjonując kolejne powody do wybuchu gniewu, który później wypływał z niego lawinowo. Gwałtownie, bez powstrzymania zasypywał nim wszystkich, którzy byli częścią odwlekanych konfrontacji.
W takich momentach nie czuł poczucia winy. W żadnym wypadku, bo jeśli od razu nie wybuchł (a miał ten swój krótki lont) to raczej zazwyczaj odpowiednio wcześniej parokrotnie dawał do zrozumienia, że należy przestać go rozdrażniać, bo zrobi się niemiło. Wszystkie następstwa były konsekwencjami czyjegoś braku rozsądku a nie jego trudnego charakteru.
Nie był z gruntu kłótliwym człowiekiem. A przynajmniej nie miał się za takiego. Nie był furiatem bez powodu. Był bardziej konfrontacyjny od większości innych osób, ale to szło również w parze z bezpośredniością i z całkiem sporą dozą szczerości. Nie we wszystkim mógł taki być. Nie chciał mieszać innych w swoje sprawy, z których jednocześnie nie był skłonny rezygnować, bo odpowiadały mu korzyści wynikające z nich.
Natomiast teraz miał świadomość tego, że to także musi się zmienić. Nie wiedział czy na dobre, czy wręcz przeciwnie. Nie mógł o tym wyrokować, bo nigdy nie był w podobnej sytuacji. Mimo to zaczął odczuwać coś na kształt ulgi mającej swoje podłoże w tym przelotnym spięciu sprzed kilku chwil. O ironio. Atmosfera nawarstwiająca się gdzieś ukradkiem poza ich świadomością dzięki temu zaczęła się rozluźniać.
Nie tylko sam wieczór Lithy zyskał nową lekkość. Podenerwowanie wynikające koniecznością przygotowania się na poważną rozmowę o poważnych rzeczach, które robili na poważnie z poważnymi graczami półświatka było nadal na horyzoncie, ale Ambroise nie chciał się tym stresować na zapas. Wystarczyło mu to, że w ogóle zgodzili się co do konieczności poruszenia tego tematu a nie zamiatania go pod dywan jak to było do tej pory. To był całkiem przyzwoity punkt wyjścia.
Najbardziej ochoczo przyzwoita rzecz tego wieczoru. Wszystko inne zaczynało się rozmywać wraz z tańcem, wirowaniem pośród ludzi, ciepłem bijącym od ognisk, słodkim dymem zawiewającym w ich stronę i unoszącym się okręgami w górę. Organizatorzy jak zwykle byli w stanie zapewnić odpowiednio mistyczny klimat, choć w tym roku wszystko bardzo wcześnie zaczęło wymykać się spod kontroli wraz z niepokornym zespołem grającym te skoczne, ludowe melodie zamiast podkładu do rytualnych tańców.
To nie miało potrwać długo. Prawdopodobnie większość ludzi na parkiecie zdawała sobie sprawę z zaburzonej kolejności, czerpiąc z niej garściami póki to było możliwe. Było cieplej, weselej, jeszcze bardziej wirująco, skocznie, ale też gorąco...
...bardzo otumaniająco gorąco, szczególnie gdy Geraldine znajdowała się blisko w jego ramionach. Tak, że mógł przesunąć dłonie trochę zbyt nisko po jej odkrytych plecach na znacznie dłuższą chwilę niż to było konieczne, żeby utrzymać ją w tańcu po pochyleniu jej czy tym roześmianym obrocie. Nie znał Lithy od tej strony.
Jasne, wielokrotnie brał udział w takich zabawach. Bywał partnerem w tańcu wielu dziewcząt. Miał w tym doświadczenie, teraz podświadomie wykorzystując je do tego, żeby żwawością nie odbiegali od innych tancerzy. Miał niezłą kondycję, szczególnie jak na swoje przypadłości, dbając o jej stałą poprawę. Jego dziewczyna również posiadała naturalną grację, niewymuszoność w tańcu. Dzięki temu nie mieli najmniejszych problemów z nadążaniem za rytmem i zmianami w całkiem skomplikowanych układach. Znał je, pozwoliła mu się prowadzić - ku jego zadowoleniu, może trochę zaskoczeniu.
Nie była to jego pierwsza celebracja Lithy. Jeszcze z nikim nie odbywał jej w tym sensie wspólnie, ale zdarzało mu się czynić starania, żeby zakończyć go z kimś razem. Teraz poniekąd także to robił. Też miał jasne zamiary doprowadzić to do drzwi chatki w Whitby, teraz już po prostu Piaskownicy. Może nawet tylko za drzwi. Nie dalej. To mogło im wystarczyć. Nie przeczył, że jest możliwość, że nie uda im się pociągnąć tego gdzieś znacznie dalej i choć teraz w tańcu trafiali niemal we wszystkie kroki to później mogło im tych kroków zabraknąć, aby dotrzeć na kanapę lub łóżko. Wykorzystywali je teraz.
Nie mógł nie czuć się inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Z pozoru zamiary były jednoznaczne. Typowe dla większości par dookoła nich, a jednak pod spodem kryło się dla niego coś więcej - intencja uczynienia z tego sabatu wyłącznie jednego z wielu. Kto wie? Może nawet mogli je polubić? Możliwe, że właśnie odkrywali to, co sprawiało, że niektórzy tak bardzo wyczekiwali celebracji. To była osobliwa myśl, która zaraz wyleciała z głowy Ambroisa na widok dekoltu wirującej kobiety, na który mimowolnie rozszerzyły mu się oczy a oddech pogłębił.
A potem muzyka ucichła. Nagle, gwałtownie ku niezadowoleniu części ludzi. Jego również, co przemknęło mu przez twarz.
- Zostajemy? - Spytał z błyskiem w oku, nachylając się ku Geraldine, a i kradnąc jej przy tym kolejny pocałunek. Tylko odbierał ten, który mu wcześniej sprytnie podwędziła. - W takich okolicznościach nie będzie wyjścia. Przedstawisz się jako moja a nie wiem, czy jesteś na to całkowicie gotowa - podpuszczał ją sugestią, że nadal mogła stchórzyć i ściągnąć go z tego prowizorycznego parkietu.
Oczywiście nie byłby z tego wyjątkowo zadowolony. Wydawało mu się jasne, że powinni tu zostać na dłużej. Przynajmniej na ten jeden obiecany taniec, bo kiedy o tym rozmawiali mówił raczej w kontekście bardziej tradycjonalistycznych celebracji. Podobało mu się to, co zastali wcześniej. Mniej rytualne tańce pozwoliły rozluźnić atmosferę i przyciągnąć uczestników sabatu trochę bliżej środka polany.
Natomiast nie dało się nie zauważyć zmiany klimatu (i tego, że była ona wymuszona niezadowoleniem z zakłócenia porządku rzeczy) i tego, że bardzo swobodne wyskoki ustępowały miejsca czemuś bardziej podniosłemu. Na powrót klasycznie eterycznemu, co zaczęło ściągać część par z kręgu.
Niektórzy niezręcznie się wycofywali, on raczej stał w miejscu z dłonią kulturalnie wyciągniętą ku Geraldine w otwartym geście nie narzucającym jej żadnej opcji. Mógł odprowadzić ją na bok, robiąc to w sposób otwarty i pewny siebie. Przecież nie będą umykać jak niedojrzałe, przerażone młodziki. Natomiast, jeśli chciała zrobić mu tę przyjemność i zostać na ten jeden faktycznie sabatowy taniec, gładkim ruchem mógł ją w niego wprowadzić, kiedy tylko muzyka znowu wybrzmi. Dawał jej wybór. Ot, mistrz kompromisów.
- A więc tak - stwierdził, odnotowując to w głowie jako podjętą wspólnie decyzję, którą należało wcielić w życie.
Nie od dziś. Dzisiaj mieli tu inne sprawy do załatwienia, korzystając z nowoodkrytych zalet spędzania sabatu z kimś, z kim chciało się go celebrować. Od jutra - tego był pewien robiąc śmiałe założenia, że nie obudzą się zbyt upojeni, żeby móc coś robić. Dopuszczał do siebie myśl, że być może wcale nie wyjdą z łóżka, spędzając tam cały wtorek, ale to też mogło być częścią planu spróbowania życia poza Londynem. Mogli porozmawiać... ...lub nie. No. Nie sądził, żeby w takich warunkach dało się zbyt długo dyskutować o przenoszeniu mebli czy ozdobach. Ale na to też mieli znaleźć czas, skoro jednomyślnie tego chcieli.
- Całkiem? - Spytał łapiąc ją za słówka, nawet jeśli to on sam nadał tej wymianie uwag podobny ton, a ona złagodziła słowa włożeniem w nie bardziej pozytywnego brzmienia. - Liczyłem na wyśmienicie, przy takim podejściu moje ego może nie przeżyć tego wieczoru - jego ego raczej miało się całkowicie i niezaprzeczalnie dobrze, prawdopodobnie dużo lepiej od poczucia własnej wartości u wielu innych ludzi, ale czuł się całkiem skory do żartów.
Nie potrzebował zbyt wiele czasu, żeby odsunąć od siebie tamte nieporozumienie. To nie tak, że nie był pamiętliwy - ależ wręcz przeciwnie: potrafił żywić chłodną urazę, kolekcjonując kolejne powody do wybuchu gniewu, który później wypływał z niego lawinowo. Gwałtownie, bez powstrzymania zasypywał nim wszystkich, którzy byli częścią odwlekanych konfrontacji.
W takich momentach nie czuł poczucia winy. W żadnym wypadku, bo jeśli od razu nie wybuchł (a miał ten swój krótki lont) to raczej zazwyczaj odpowiednio wcześniej parokrotnie dawał do zrozumienia, że należy przestać go rozdrażniać, bo zrobi się niemiło. Wszystkie następstwa były konsekwencjami czyjegoś braku rozsądku a nie jego trudnego charakteru.
Nie był z gruntu kłótliwym człowiekiem. A przynajmniej nie miał się za takiego. Nie był furiatem bez powodu. Był bardziej konfrontacyjny od większości innych osób, ale to szło również w parze z bezpośredniością i z całkiem sporą dozą szczerości. Nie we wszystkim mógł taki być. Nie chciał mieszać innych w swoje sprawy, z których jednocześnie nie był skłonny rezygnować, bo odpowiadały mu korzyści wynikające z nich.
Natomiast teraz miał świadomość tego, że to także musi się zmienić. Nie wiedział czy na dobre, czy wręcz przeciwnie. Nie mógł o tym wyrokować, bo nigdy nie był w podobnej sytuacji. Mimo to zaczął odczuwać coś na kształt ulgi mającej swoje podłoże w tym przelotnym spięciu sprzed kilku chwil. O ironio. Atmosfera nawarstwiająca się gdzieś ukradkiem poza ich świadomością dzięki temu zaczęła się rozluźniać.
Nie tylko sam wieczór Lithy zyskał nową lekkość. Podenerwowanie wynikające koniecznością przygotowania się na poważną rozmowę o poważnych rzeczach, które robili na poważnie z poważnymi graczami półświatka było nadal na horyzoncie, ale Ambroise nie chciał się tym stresować na zapas. Wystarczyło mu to, że w ogóle zgodzili się co do konieczności poruszenia tego tematu a nie zamiatania go pod dywan jak to było do tej pory. To był całkiem przyzwoity punkt wyjścia.
Najbardziej ochoczo przyzwoita rzecz tego wieczoru. Wszystko inne zaczynało się rozmywać wraz z tańcem, wirowaniem pośród ludzi, ciepłem bijącym od ognisk, słodkim dymem zawiewającym w ich stronę i unoszącym się okręgami w górę. Organizatorzy jak zwykle byli w stanie zapewnić odpowiednio mistyczny klimat, choć w tym roku wszystko bardzo wcześnie zaczęło wymykać się spod kontroli wraz z niepokornym zespołem grającym te skoczne, ludowe melodie zamiast podkładu do rytualnych tańców.
To nie miało potrwać długo. Prawdopodobnie większość ludzi na parkiecie zdawała sobie sprawę z zaburzonej kolejności, czerpiąc z niej garściami póki to było możliwe. Było cieplej, weselej, jeszcze bardziej wirująco, skocznie, ale też gorąco...
...bardzo otumaniająco gorąco, szczególnie gdy Geraldine znajdowała się blisko w jego ramionach. Tak, że mógł przesunąć dłonie trochę zbyt nisko po jej odkrytych plecach na znacznie dłuższą chwilę niż to było konieczne, żeby utrzymać ją w tańcu po pochyleniu jej czy tym roześmianym obrocie. Nie znał Lithy od tej strony.
Jasne, wielokrotnie brał udział w takich zabawach. Bywał partnerem w tańcu wielu dziewcząt. Miał w tym doświadczenie, teraz podświadomie wykorzystując je do tego, żeby żwawością nie odbiegali od innych tancerzy. Miał niezłą kondycję, szczególnie jak na swoje przypadłości, dbając o jej stałą poprawę. Jego dziewczyna również posiadała naturalną grację, niewymuszoność w tańcu. Dzięki temu nie mieli najmniejszych problemów z nadążaniem za rytmem i zmianami w całkiem skomplikowanych układach. Znał je, pozwoliła mu się prowadzić - ku jego zadowoleniu, może trochę zaskoczeniu.
Nie była to jego pierwsza celebracja Lithy. Jeszcze z nikim nie odbywał jej w tym sensie wspólnie, ale zdarzało mu się czynić starania, żeby zakończyć go z kimś razem. Teraz poniekąd także to robił. Też miał jasne zamiary doprowadzić to do drzwi chatki w Whitby, teraz już po prostu Piaskownicy. Może nawet tylko za drzwi. Nie dalej. To mogło im wystarczyć. Nie przeczył, że jest możliwość, że nie uda im się pociągnąć tego gdzieś znacznie dalej i choć teraz w tańcu trafiali niemal we wszystkie kroki to później mogło im tych kroków zabraknąć, aby dotrzeć na kanapę lub łóżko. Wykorzystywali je teraz.
Nie mógł nie czuć się inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Z pozoru zamiary były jednoznaczne. Typowe dla większości par dookoła nich, a jednak pod spodem kryło się dla niego coś więcej - intencja uczynienia z tego sabatu wyłącznie jednego z wielu. Kto wie? Może nawet mogli je polubić? Możliwe, że właśnie odkrywali to, co sprawiało, że niektórzy tak bardzo wyczekiwali celebracji. To była osobliwa myśl, która zaraz wyleciała z głowy Ambroisa na widok dekoltu wirującej kobiety, na który mimowolnie rozszerzyły mu się oczy a oddech pogłębił.
A potem muzyka ucichła. Nagle, gwałtownie ku niezadowoleniu części ludzi. Jego również, co przemknęło mu przez twarz.
- Zostajemy? - Spytał z błyskiem w oku, nachylając się ku Geraldine, a i kradnąc jej przy tym kolejny pocałunek. Tylko odbierał ten, który mu wcześniej sprytnie podwędziła. - W takich okolicznościach nie będzie wyjścia. Przedstawisz się jako moja a nie wiem, czy jesteś na to całkowicie gotowa - podpuszczał ją sugestią, że nadal mogła stchórzyć i ściągnąć go z tego prowizorycznego parkietu.
Oczywiście nie byłby z tego wyjątkowo zadowolony. Wydawało mu się jasne, że powinni tu zostać na dłużej. Przynajmniej na ten jeden obiecany taniec, bo kiedy o tym rozmawiali mówił raczej w kontekście bardziej tradycjonalistycznych celebracji. Podobało mu się to, co zastali wcześniej. Mniej rytualne tańce pozwoliły rozluźnić atmosferę i przyciągnąć uczestników sabatu trochę bliżej środka polany.
Natomiast nie dało się nie zauważyć zmiany klimatu (i tego, że była ona wymuszona niezadowoleniem z zakłócenia porządku rzeczy) i tego, że bardzo swobodne wyskoki ustępowały miejsca czemuś bardziej podniosłemu. Na powrót klasycznie eterycznemu, co zaczęło ściągać część par z kręgu.
Niektórzy niezręcznie się wycofywali, on raczej stał w miejscu z dłonią kulturalnie wyciągniętą ku Geraldine w otwartym geście nie narzucającym jej żadnej opcji. Mógł odprowadzić ją na bok, robiąc to w sposób otwarty i pewny siebie. Przecież nie będą umykać jak niedojrzałe, przerażone młodziki. Natomiast, jeśli chciała zrobić mu tę przyjemność i zostać na ten jeden faktycznie sabatowy taniec, gładkim ruchem mógł ją w niego wprowadzić, kiedy tylko muzyka znowu wybrzmi. Dawał jej wybór. Ot, mistrz kompromisów.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down