12.10.2024, 18:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.10.2024, 18:45 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Auć - nieznacznie się skrzywił, wyginając usta w niewielką podkówkę i kląskając językiem o podniebienie. - Gdzie się podziała droga przyjaciółka, która dbała o moje dobre samopoczucie? - spytał z całkowicie przesadnym i przerysowanym dąsem, przy którym wzniósł wzrok w kierunku dymu lecącego w niebo, kręcąc przy tym głową. - Ona by się martwiła. Nie chciała mnie krzywdzić. Miała wyczucie - zarzucił Geraldine tę całkowitą zmianę podejścia, która tak naprawdę nigdy nie miała miejsca, o czym oboje wiedzieli.
Jego ego nie było kruche jak kryształowy kieliszek. Podświadomie bardzo dbał o to, żeby było wręcz nie do ruszenia. Czasami nieświadomie zachowywał się przy tym jak ostatni buc i gbur, wpadając w pasywną agresję, żeby tylko nie poczuć się w żaden sposób czemukolwiek winny lub poruszony jakąś godzącą w niego informacją.
Zdecydowanie posiadł zaawansowanie w wykorzystywaniu swojego wrodzonego talentu. W tym wypadku do tego stopnia, że nawet pozwalał sobie żartować z Yaxleyówną o swoim niełatwym, trudnym do nagięcia charakterze, choć w żadnym razie nie planował jej przyzwyczajać, że zawsze mogą tak robić.
Nie. Czasami bywał bardzo wyczulony na próby godzenia w niego i na sugestie, że mógłby być przesadnie arogancki. Nie uznawał czegoś takiego. W jego świecie nie dało się być zbyt pewnym siebie, zbyt eleganckim i nazbyt wyedukowanym - żadna z tych rzeczy nie była możliwa. Nosił się z bardzo zasadniczym, monogenicznym wyrafinowaniem. Jeśli komuś to przeszkadzało, nie był to już problem Greengrassa.
On miał swoje wyszukane standardy, których niemal nigdy nie zaniżał. Dla niektórych mogły być co prawda całkiem niezrozumiałe (choć zarzekał się, że jest prostym człowiekiem), bo stanowiły osobliwą mieszankę z dużymi wpływami zarówno wychowania, kariery zawodowej, zainteresowań alchemicznych i botanicznych, jak i reguł szarej strefy czy praw ulicy, ale Greengrass nie był od tego, żeby ktoś mógł go rozumieć. Nie zależało mu na tym. To on miał postępować w zgodzie ze sobą. Nie inni mieli być w stanie przewidzieć jego posunięcia.
A przynajmniej tak było jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy nie rozważał na poważnie tego, że mógłby chcieć kiedyś odsłonić przed kimś większość swojej osobowości. Postarać się cierpliwie ją ukazać, wyjaśnić, dostosować do wspólnych potrzeb i oczekiwań. Wtedy nie chciał się zmieniać, ponieważ nie widział w tym konieczności. Teraz to uległo diametralnej zmianie i w dalszym ciągu to robiło. To był powolny, stale postępujący proces. Coś, co przyjął niemal tak łatwo jak oddychanie.
Szczególnie, że oddechu też mu czasem brakowało - dokładnie tak jak cierpliwości do niektórych wymagań mu stawianych. Krótko mówiąc: naturalne jak oddychanie. To w żadnym razie nie była przesada. Tym bardziej, że jakiś czas wcześniej ze znaczną irytacją przyjął ich spięcie a teraz to złapanie oddechu nie szło mu zbyt dobrze.
Tracił go na widok tych rumianych policzków, błyszczących oczu, potarganych włosów, piegów na twarzy i wypieków na dekolcie. Musiał odwrócić swoją uwagę, żeby nie odpuścić oficjalnej części świętowania i nie szepnąć propozycji powrotu do domu. To było bardziej skomplikowane niż brzmiało. Całe szczęście fortel zadziałał i Geraldine podjęła decyzję o zostaniu na parkiecie, nawet jeśli wcześniej wyglądała, jakby mogła chcieć się wycofać.
- Wspaniale - instynktownie posłał uśmiech w jej kierunku, przy czym odruchowo poprawił wianek na jasnych włosach dziewczyny, dopiero teraz dostrzegając, że splot roślin był trochę bardziej chaotyczny niż wcześniej myślał. Uśmiechnął się na to pod nosem.
- Żywię nadzieję, że wybaczysz mi lekką sztywność - stwierdził zaraz, skłaniając się przed nią, kiedy ze sceny poinformowano uczestników wydarzenia o rozpoczęciu tańców.
- Posiłkuję się w większości teorią. W praktyce nie miałem zamiaru tego kiedykolwiek wykorzystywać - wyjaśnił gładko, skoro obiecał jej szczerość w miarę możliwości to planował dotrzymać danego słowa.
W takim przypadku nie czuł żadnego zażenowania związanego z tym, że sabatowe rytualne tańce nie są jego konikiem. Wręcz przeciwnie - był dostatecznie pewien, że wszystkie inne jego umiejętności zachowania się w sytuacjach towarzyskich w wystarczającym stopniu rekompensowały Geraldine te drobne braki. Zwyczajnie nie korzystał wcześniej z okazji, ucząc się podstawowych ruchów wraz z pobieraniem reszty nauk tanecznych od osób zatrudnionych przez macochę, gdy miał naście lat, ale później raczej nie zostawał z nikim na parkiecie podczas Lithy, zbierając się tak jak znaczna część ludzi teraz.
Podświadomie uznawał istnienie pewnych granic, których nie miał ochoty przekraczać. W końcu był tradycjonalistą, który wyłącznie od czasu do czasu miewał bardziej nowoczesne podejście. Szczególnie wtedy, kiedy od tego zależało jego utwierdzenie się w przekonaniu, że postępuje właściwie a powszechnie przyjęte normy są wyłącznie sugestiami do nagięcia.
Tym samym Ambroise nie miał żadnych wyrzutów sumienia odnośnie składanych obietnic układania sobie wspólnego życia i częściowej wspólnej przeprowadzki do nadmorskiej chatki. W teorii nie powinni tego robić zanim nie sformalizują swojego związku. Ponadto mając wobec niej jakiekolwiek poważniejsze zamiary powinien wpierw udać się do nestorów obu rodów, aby porozmawiać o możliwościach.
Wypadało, by udał się wpierw do swojego ojca, zaś później do Gerarda na poważną rozmowę z prośbą o zezwolenie mu na zawarcie małżeństwa i tym samym również przymierza między rodzinami. To były bardzo poważne rzeczy, które teoretycznie należało zrobić jeszcze przed wspólnym zamieszkaniem. Jednakże to traktował głównie jak dawne obyczaje, stare dzieje, sugestię a nie konieczność.
Nie wątpił, że jeśli ułożą sobie życie (a miał co do tego niemal całkowitą pewność) w którymś momencie czeka go konieczność podążania w zgodzie ze wszystkimi zwyczajami i formalnościami. Zastanawianie się nad tym zostawiał na później. W tym momencie to nie był dla nich żaden problem, bo mogli podchodzić do większości kwestii z dużą dozą swobody.
Mimo to nie miał zamiaru ukrywać przed nią, że udział w rytuałach traktował znacznie poważniej - jakkolwiek śmiesznie to brzmiało. Nie planując wiązać się z kimś na stałe jeszcze do początku tego roku, raczej stronił od kultywowania tych tradycji. Tym samym prezentował tu głównie teoretyczne doświadczenie. Wiedział, w jaki sposób ująć ją za rękę, jak się skłonić, że mógł pozwolić sobie na ucałowanie wierzchu dłoni dziewczyny, ale nie na kolejny pocałunek, bo bezpośredni kontakt fizyczny musiał zostać znacząco ograniczony w pierwszych chwilach wybrzmienia muzyki zupełnie innej od poprzedniej. Dopiero po chwili mogli ponownie nawiązać pewien subtelny rodzaj intymności. Wszystko było wyważone, miało swój czas, kolejność i miejsce.
Tym razem nie było miejsca na mocny, gwałtowny dotyk. Tu chodziło o muśnięcia - zwiewność w pewnym sensie metafizyczną. O nastrojowość, subtelność, zmysłowość pełną żaru, ale podsycanego bez wygaszania go od razu. W pewnym sensie o słodką torturę mieszających się oddechów i splątanych ciał pragnących więcej czegoś, co było teraz poza zasięgiem.
Jego ego nie było kruche jak kryształowy kieliszek. Podświadomie bardzo dbał o to, żeby było wręcz nie do ruszenia. Czasami nieświadomie zachowywał się przy tym jak ostatni buc i gbur, wpadając w pasywną agresję, żeby tylko nie poczuć się w żaden sposób czemukolwiek winny lub poruszony jakąś godzącą w niego informacją.
Zdecydowanie posiadł zaawansowanie w wykorzystywaniu swojego wrodzonego talentu. W tym wypadku do tego stopnia, że nawet pozwalał sobie żartować z Yaxleyówną o swoim niełatwym, trudnym do nagięcia charakterze, choć w żadnym razie nie planował jej przyzwyczajać, że zawsze mogą tak robić.
Nie. Czasami bywał bardzo wyczulony na próby godzenia w niego i na sugestie, że mógłby być przesadnie arogancki. Nie uznawał czegoś takiego. W jego świecie nie dało się być zbyt pewnym siebie, zbyt eleganckim i nazbyt wyedukowanym - żadna z tych rzeczy nie była możliwa. Nosił się z bardzo zasadniczym, monogenicznym wyrafinowaniem. Jeśli komuś to przeszkadzało, nie był to już problem Greengrassa.
On miał swoje wyszukane standardy, których niemal nigdy nie zaniżał. Dla niektórych mogły być co prawda całkiem niezrozumiałe (choć zarzekał się, że jest prostym człowiekiem), bo stanowiły osobliwą mieszankę z dużymi wpływami zarówno wychowania, kariery zawodowej, zainteresowań alchemicznych i botanicznych, jak i reguł szarej strefy czy praw ulicy, ale Greengrass nie był od tego, żeby ktoś mógł go rozumieć. Nie zależało mu na tym. To on miał postępować w zgodzie ze sobą. Nie inni mieli być w stanie przewidzieć jego posunięcia.
A przynajmniej tak było jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy nie rozważał na poważnie tego, że mógłby chcieć kiedyś odsłonić przed kimś większość swojej osobowości. Postarać się cierpliwie ją ukazać, wyjaśnić, dostosować do wspólnych potrzeb i oczekiwań. Wtedy nie chciał się zmieniać, ponieważ nie widział w tym konieczności. Teraz to uległo diametralnej zmianie i w dalszym ciągu to robiło. To był powolny, stale postępujący proces. Coś, co przyjął niemal tak łatwo jak oddychanie.
Szczególnie, że oddechu też mu czasem brakowało - dokładnie tak jak cierpliwości do niektórych wymagań mu stawianych. Krótko mówiąc: naturalne jak oddychanie. To w żadnym razie nie była przesada. Tym bardziej, że jakiś czas wcześniej ze znaczną irytacją przyjął ich spięcie a teraz to złapanie oddechu nie szło mu zbyt dobrze.
Tracił go na widok tych rumianych policzków, błyszczących oczu, potarganych włosów, piegów na twarzy i wypieków na dekolcie. Musiał odwrócić swoją uwagę, żeby nie odpuścić oficjalnej części świętowania i nie szepnąć propozycji powrotu do domu. To było bardziej skomplikowane niż brzmiało. Całe szczęście fortel zadziałał i Geraldine podjęła decyzję o zostaniu na parkiecie, nawet jeśli wcześniej wyglądała, jakby mogła chcieć się wycofać.
- Wspaniale - instynktownie posłał uśmiech w jej kierunku, przy czym odruchowo poprawił wianek na jasnych włosach dziewczyny, dopiero teraz dostrzegając, że splot roślin był trochę bardziej chaotyczny niż wcześniej myślał. Uśmiechnął się na to pod nosem.
- Żywię nadzieję, że wybaczysz mi lekką sztywność - stwierdził zaraz, skłaniając się przed nią, kiedy ze sceny poinformowano uczestników wydarzenia o rozpoczęciu tańców.
- Posiłkuję się w większości teorią. W praktyce nie miałem zamiaru tego kiedykolwiek wykorzystywać - wyjaśnił gładko, skoro obiecał jej szczerość w miarę możliwości to planował dotrzymać danego słowa.
W takim przypadku nie czuł żadnego zażenowania związanego z tym, że sabatowe rytualne tańce nie są jego konikiem. Wręcz przeciwnie - był dostatecznie pewien, że wszystkie inne jego umiejętności zachowania się w sytuacjach towarzyskich w wystarczającym stopniu rekompensowały Geraldine te drobne braki. Zwyczajnie nie korzystał wcześniej z okazji, ucząc się podstawowych ruchów wraz z pobieraniem reszty nauk tanecznych od osób zatrudnionych przez macochę, gdy miał naście lat, ale później raczej nie zostawał z nikim na parkiecie podczas Lithy, zbierając się tak jak znaczna część ludzi teraz.
Podświadomie uznawał istnienie pewnych granic, których nie miał ochoty przekraczać. W końcu był tradycjonalistą, który wyłącznie od czasu do czasu miewał bardziej nowoczesne podejście. Szczególnie wtedy, kiedy od tego zależało jego utwierdzenie się w przekonaniu, że postępuje właściwie a powszechnie przyjęte normy są wyłącznie sugestiami do nagięcia.
Tym samym Ambroise nie miał żadnych wyrzutów sumienia odnośnie składanych obietnic układania sobie wspólnego życia i częściowej wspólnej przeprowadzki do nadmorskiej chatki. W teorii nie powinni tego robić zanim nie sformalizują swojego związku. Ponadto mając wobec niej jakiekolwiek poważniejsze zamiary powinien wpierw udać się do nestorów obu rodów, aby porozmawiać o możliwościach.
Wypadało, by udał się wpierw do swojego ojca, zaś później do Gerarda na poważną rozmowę z prośbą o zezwolenie mu na zawarcie małżeństwa i tym samym również przymierza między rodzinami. To były bardzo poważne rzeczy, które teoretycznie należało zrobić jeszcze przed wspólnym zamieszkaniem. Jednakże to traktował głównie jak dawne obyczaje, stare dzieje, sugestię a nie konieczność.
Nie wątpił, że jeśli ułożą sobie życie (a miał co do tego niemal całkowitą pewność) w którymś momencie czeka go konieczność podążania w zgodzie ze wszystkimi zwyczajami i formalnościami. Zastanawianie się nad tym zostawiał na później. W tym momencie to nie był dla nich żaden problem, bo mogli podchodzić do większości kwestii z dużą dozą swobody.
Mimo to nie miał zamiaru ukrywać przed nią, że udział w rytuałach traktował znacznie poważniej - jakkolwiek śmiesznie to brzmiało. Nie planując wiązać się z kimś na stałe jeszcze do początku tego roku, raczej stronił od kultywowania tych tradycji. Tym samym prezentował tu głównie teoretyczne doświadczenie. Wiedział, w jaki sposób ująć ją za rękę, jak się skłonić, że mógł pozwolić sobie na ucałowanie wierzchu dłoni dziewczyny, ale nie na kolejny pocałunek, bo bezpośredni kontakt fizyczny musiał zostać znacząco ograniczony w pierwszych chwilach wybrzmienia muzyki zupełnie innej od poprzedniej. Dopiero po chwili mogli ponownie nawiązać pewien subtelny rodzaj intymności. Wszystko było wyważone, miało swój czas, kolejność i miejsce.
Tym razem nie było miejsca na mocny, gwałtowny dotyk. Tu chodziło o muśnięcia - zwiewność w pewnym sensie metafizyczną. O nastrojowość, subtelność, zmysłowość pełną żaru, ale podsycanego bez wygaszania go od razu. W pewnym sensie o słodką torturę mieszających się oddechów i splątanych ciał pragnących więcej czegoś, co było teraz poza zasięgiem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down