12.10.2024, 19:39 ✶
Jeśli wcześniej zastanawiał się czy Geraldine wróciła do domu to nagłe zamieszanie i łomot na ganku z przodu domu z pewnością utwierdziły go w przekonaniu, że teraz już tak. Zazwyczaj spotkałoby się to z jego uśmiechem, przetarciem czoła ręką i odgarnięciem przypoconych od upału włosów.
Pewnie pozbierałby się, wstał i otrzepał ubrania, a następnie energicznie wrócił do chatki ze swobodą w ruchach i błyskiem w oku. Złapałby ją w ramiona, okręcił wokół osi i odstawił na ziemię ze śmiechem, walcząc z lekką zadyszką, bo wcale nie należała do najlżejszych z uwagi na swoje umięśnione, cholernie atrakcyjne ciało. Ciało, które całowałby jeszcze przed kolacją. Na pierwszy deser.
W tym momencie w milczeniu dokończył wyrywanie chwastów z całej grządki, dopiero wtedy zaczynając zbierać rzeczy. Szykował się mentalnie na to, co zastanie w domu. Czy znowu się pokłócą, czy (co było o stokroć gorsze) Geraldine potraktuje go jak skażone powietrze i wybuchnie dopiero później.
Biorąc wiklinowy kosz z ziołami wszedł do domu, odruchowo stawiając go na blacie zaraz przy tylnych drzwiach i pochylając się, żeby dotknąć krwawych śladów na podłodze. Serce momentalnie podeszło mu do gardła, zalała go fala zimna i gorąca zanim zorientował się, że krew jest zwierzęca, zdecydowanie nie ludzka. Mimo to wcale nie odczuł ulgi. Reszta śladów wcale nie była mniej martwiąca. Szczęście w nieszczęściu dźwięk wody jasno zasugerował mu, gdzie była.
Przez dłuższą chwilę stał w korytarzu zbierając myśli i wpatrując się w bałagan pozostawiony na podłodze. Czuł nieprzyjemny ścisk w żołądku, który już zdążył podejść mu do gardła i niemal je parokrotnie opuścił wraz z nagromadzeniem gęstej śliny trudnej do przełknięcia. W pierwszej chwili chciał pomóc Geraldine, przez półotwarte drzwi do łazienki dostrzegając to jak powoli i z trudem szarpała się z ubraniami.
Mimo to nie ruszył się z miejsca, nie dając znać o swojej obecności. Podświadomie wiedział, że to był najgorszy możliwy moment a ona nie chciała czegoś, co uznałaby za zbędną litość. Tak jak on miała specyficzne postrzeganie troski. W tym wypadku najpewniej uznałaby jego ingerencję za próbę uderzenia w godność. Szczególnie po poprzednim wieczorze, kiedy to on odtrącił wszelkie przejawy pomocy.
Nie mógł przełknąć rodzącego się przekonania, że to musiał być jakiś bardzo popaprany rewanż za to, w jakim stanie wrócił do domu poprzedniego wieczoru. Pomimo eliksirów do tej pory miał problem z wyprostowaniem pleców noszących ślady siniaków i obić z tyłu na lędźwiach. Szczególnie, że nie oszczędzał się podczas pracy w ogródku. Nie dawał sobie taryfy ulgowej, gdy czuł wyrzuty sumienia.
Nienawidził mieć wobec siebie pretensji i myśleć o tym, że choć z zewnątrz zacięcie bronił swojej racji, to wewnątrz czuł, że to ukochana ją ma. Nie planował tak późnego powrotu do domu. Tym bardziej nie w opłakanym stanie i z frustracją wymalowaną w każdej komórce ciała.
Naprawdę chciał jak najszybciej załatwić swoje interesy, wrócić do Piaskownicy, wziąć prysznic zbywający z niego cały brud (zarówno fizyczny jak i mentalny), przebrać się w uprzednio przygotowany strój i kulturalnie towarzyszyć jej podczas przyjęcia. Wiedział, że Geraldine na tym zależy. Miał to z tyłu głowy i chociaż by się do tego nie przyznał, być może właśnie to sprawiło, że zrobił się nieostrożny. Myślał o powrocie do domu a nie o sprawie do załatwienia. Pochopność i rozkojarzenie nie były dobrymi pomocnicami.
Wreszcie zebrał się w sobie, żeby wykonać jakiś ruch. Nie mógł tak stać. Nie umiał się także odwrócić i wrócić do ogrodu jak gdyby nigdy nic. Nie mógł jej tak zostawić, jednocześnie walcząc ze sobą, żeby zachować konieczny spokój. Bowiem wystarczyło samo wyjście bez pożegnania, żeby rozbić mu dzień.
Ten widok dodatkowo wzbudził u niego wrażenie, że zrobiła to specjalnie, żeby się na nim odegrać. Może nie celowo dała się pobić komuś czy czemuś. Tego jej nie zarzucał, ale dostrzegał celowość w narażeniu się na niebezpieczeństwo. Typowe na złość mamie odmrożę sobie uszy. To nie byłby pierwszy raz, kiedy wystosowywał wobec niej takie zarzuty, ale tłumił tę chęć w sobie. Przynajmniej teraz.
Powolnym krokiem pchnął drzwi, które zaskrzypiały przeciągle, przystając tuż przy wejściu i patrząc na Geraldine w odbiciu szyby, za którą nadciągała nadmorska noc. Odległe światło latarni pulsowało miarowo na odległym horyzoncie a ciemne chmury powoli płynęły po niebie. To był spokojny, melancholijny widok, który nie przynosił należytego ukojenia.
- Daj - odezwał się po chwili przepełnionej milczeniem - dusznym i ciężkim od niewypowiedzianych słów, które miały głośniejszy wydźwięk właśnie w tej ciszy. - Spojrzę na to - dodał ponownie zaciskając usta w wąską linię, ale przykucając i wyciągając rękę w kierunku krawędzi wanny, żeby mogła mu pokazać swoją nogę.
Był w tym stanowczy. Jak uzdrowiciel, ale też jak człowiek, który próbował zwracać się do swojej nieprzystępnej ukochanej.
Pewnie pozbierałby się, wstał i otrzepał ubrania, a następnie energicznie wrócił do chatki ze swobodą w ruchach i błyskiem w oku. Złapałby ją w ramiona, okręcił wokół osi i odstawił na ziemię ze śmiechem, walcząc z lekką zadyszką, bo wcale nie należała do najlżejszych z uwagi na swoje umięśnione, cholernie atrakcyjne ciało. Ciało, które całowałby jeszcze przed kolacją. Na pierwszy deser.
W tym momencie w milczeniu dokończył wyrywanie chwastów z całej grządki, dopiero wtedy zaczynając zbierać rzeczy. Szykował się mentalnie na to, co zastanie w domu. Czy znowu się pokłócą, czy (co było o stokroć gorsze) Geraldine potraktuje go jak skażone powietrze i wybuchnie dopiero później.
Biorąc wiklinowy kosz z ziołami wszedł do domu, odruchowo stawiając go na blacie zaraz przy tylnych drzwiach i pochylając się, żeby dotknąć krwawych śladów na podłodze. Serce momentalnie podeszło mu do gardła, zalała go fala zimna i gorąca zanim zorientował się, że krew jest zwierzęca, zdecydowanie nie ludzka. Mimo to wcale nie odczuł ulgi. Reszta śladów wcale nie była mniej martwiąca. Szczęście w nieszczęściu dźwięk wody jasno zasugerował mu, gdzie była.
Przez dłuższą chwilę stał w korytarzu zbierając myśli i wpatrując się w bałagan pozostawiony na podłodze. Czuł nieprzyjemny ścisk w żołądku, który już zdążył podejść mu do gardła i niemal je parokrotnie opuścił wraz z nagromadzeniem gęstej śliny trudnej do przełknięcia. W pierwszej chwili chciał pomóc Geraldine, przez półotwarte drzwi do łazienki dostrzegając to jak powoli i z trudem szarpała się z ubraniami.
Mimo to nie ruszył się z miejsca, nie dając znać o swojej obecności. Podświadomie wiedział, że to był najgorszy możliwy moment a ona nie chciała czegoś, co uznałaby za zbędną litość. Tak jak on miała specyficzne postrzeganie troski. W tym wypadku najpewniej uznałaby jego ingerencję za próbę uderzenia w godność. Szczególnie po poprzednim wieczorze, kiedy to on odtrącił wszelkie przejawy pomocy.
Nie mógł przełknąć rodzącego się przekonania, że to musiał być jakiś bardzo popaprany rewanż za to, w jakim stanie wrócił do domu poprzedniego wieczoru. Pomimo eliksirów do tej pory miał problem z wyprostowaniem pleców noszących ślady siniaków i obić z tyłu na lędźwiach. Szczególnie, że nie oszczędzał się podczas pracy w ogródku. Nie dawał sobie taryfy ulgowej, gdy czuł wyrzuty sumienia.
Nienawidził mieć wobec siebie pretensji i myśleć o tym, że choć z zewnątrz zacięcie bronił swojej racji, to wewnątrz czuł, że to ukochana ją ma. Nie planował tak późnego powrotu do domu. Tym bardziej nie w opłakanym stanie i z frustracją wymalowaną w każdej komórce ciała.
Naprawdę chciał jak najszybciej załatwić swoje interesy, wrócić do Piaskownicy, wziąć prysznic zbywający z niego cały brud (zarówno fizyczny jak i mentalny), przebrać się w uprzednio przygotowany strój i kulturalnie towarzyszyć jej podczas przyjęcia. Wiedział, że Geraldine na tym zależy. Miał to z tyłu głowy i chociaż by się do tego nie przyznał, być może właśnie to sprawiło, że zrobił się nieostrożny. Myślał o powrocie do domu a nie o sprawie do załatwienia. Pochopność i rozkojarzenie nie były dobrymi pomocnicami.
Wreszcie zebrał się w sobie, żeby wykonać jakiś ruch. Nie mógł tak stać. Nie umiał się także odwrócić i wrócić do ogrodu jak gdyby nigdy nic. Nie mógł jej tak zostawić, jednocześnie walcząc ze sobą, żeby zachować konieczny spokój. Bowiem wystarczyło samo wyjście bez pożegnania, żeby rozbić mu dzień.
Ten widok dodatkowo wzbudził u niego wrażenie, że zrobiła to specjalnie, żeby się na nim odegrać. Może nie celowo dała się pobić komuś czy czemuś. Tego jej nie zarzucał, ale dostrzegał celowość w narażeniu się na niebezpieczeństwo. Typowe na złość mamie odmrożę sobie uszy. To nie byłby pierwszy raz, kiedy wystosowywał wobec niej takie zarzuty, ale tłumił tę chęć w sobie. Przynajmniej teraz.
Powolnym krokiem pchnął drzwi, które zaskrzypiały przeciągle, przystając tuż przy wejściu i patrząc na Geraldine w odbiciu szyby, za którą nadciągała nadmorska noc. Odległe światło latarni pulsowało miarowo na odległym horyzoncie a ciemne chmury powoli płynęły po niebie. To był spokojny, melancholijny widok, który nie przynosił należytego ukojenia.
- Daj - odezwał się po chwili przepełnionej milczeniem - dusznym i ciężkim od niewypowiedzianych słów, które miały głośniejszy wydźwięk właśnie w tej ciszy. - Spojrzę na to - dodał ponownie zaciskając usta w wąską linię, ale przykucając i wyciągając rękę w kierunku krawędzi wanny, żeby mogła mu pokazać swoją nogę.
Był w tym stanowczy. Jak uzdrowiciel, ale też jak człowiek, który próbował zwracać się do swojej nieprzystępnej ukochanej.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down