12.10.2024, 21:20 ✶
- Nawet nie poszedłem na pogrzeb - rzucił zawadiacko, kręcąc głową, po czym zmarszczył czoło. - Poszedłem? - Cóż, może warto było upewnić się odnośnie tego, kiedy to milsze, ale też bardzo poplątane alter ego Geraldine zniknęło z powierzchni.
Nie był w stanie powiedzieć, kiedy przestała mu mówić jakieś uroczo zagmatwane głupoty, prawiąc babciowe komplementy i uroczo się przy tym czerwieniąc. Nie dostrzegł tego momentu. Nie wiedział czy to było od razu, czy ustąpiło równie z jego rozplątaniem języka i nauką mówienia wprost o tym, jak bardzo chciał nie kontynuować nic związanego z tą przyjaźnią.
- Chcesz szczerości i czy mamy przy tym pewność, że już nas nie nawiedza? Mogłaby się obrazić - dopytał, unosząc brwi i wpatrując się w nią z wyrazem twarzy mówiącym, że nie do końca chciałby narazić się tej swojej przyjaciółce, która choć przyjemnie łechtała mu ego w większej ilości okazji to jednocześnie potrafiła go również mocniej zjebać.
Obecnie raczej to mieli wyrównane. W ich relacji panowało coś na kształt harmonii wynikającej z tego, że starali się być dla siebie partnerami. Nie musiał zniżać się do tandetnych umizgów. Mógł przeznaczyć ten czas na konkretne dowody tego, że mu zależy - w ostatnim czasie próbował dodać do tego trochę więcej powszechniejszego romantyzmu głównie w postaci materialnej. Kwiatach, olejkach roślinnych, uzupełnianiu eliksirów w zapasach na łowieckie wyprawy, zrobieniu czarnej brązowej kawy i prostego śniadania do łóżka.
Ze słowami ograniczał się do powolnych prób. Trudno mu było tak po prostu powiedzieć to, co wielokrotnie przechodziło przez myśl. Miał niesamowite szczęście w życiu, że nie zawalił tego do końca w zeszłym roku. Ciężko było pomyśleć, że mogli nie stać tu razem. Nie dało się powiedzieć, że bez tego wszystkiego między nimi nie braliby udziału w uroczystościach, ale te byłyby puste. Jak we wszystkich poprzednich latach.
Nie byłby w stanie wrócić do tego. Nie teraz. Szczególnie po tym wieczorze. Nie spodziewał się, że tak magicznym i mistycznym, tym bardziej, że to nie był jego pierwszy rok uczestnictwa w sabacie. Perspektywa miała znaczenie.
- A jednak wróciła spędzić ze mną noc? - Uśmiechnął się porozumiewawczo z przymrużeniem oka. - Możesz jej przekazać, że faktycznie poradzimy sobie razem - nie potrzebowali nic więcej prócz tych autentycznych siebie.
Szczególnie, że Ambroise odkrywał tego wieczoru nieznane oblicze każdego z nich. Udział w tańcu również w tym pomagał.
W tym, co było między nimi nie brakowało pożądania, żądzy i erotyzmu. Niemalże każdy gest z jego strony był nimi przepełniony, stanowiąc dowód na to, jak bardzo pragnął ich wspólnej cielesności, jednakże pod tym wszystkim kryły się też pokłady czegoś znacznie głębszego. O niektórych rzeczach nie był w stanie mówić a próby skategoryzowania tego w głowie przynosiły Ambroise'owi niewiele więcej sukcesu. W gruncie rzeczy nie chodziło o słowa ani określenia.
Mieli coś, czego nie doświadczył z nikim innym. Jakieś głębsze porozumienie na poziomie podświadomości, duchowe połączenie. Coś, w co nigdy niespecjalnie wierzył i pewnie nie zmieniłby co do tego zdania, gdyby nie to, że tak po prostu było. To istniało, niemalże dało się tego dotknąć, jakby jeszcze chwila i mogło namacalnie się ujawnić.
Chciał być dla niej kimś lepszym. Właściwym człowiekiem, którego potrzebowała. Nawet przy pełnej świadomości, że nie był ideałem. Wbrew temu, co pokazywał na zewnątrz, świecąc - nie - błyszcząc arogancką pewnością siebie i nie wahając się podkreślać, jak to był najlepszą partią dopóki nie ściągnęła go z rynku. W rzeczywistości czasami zastanawiał się, jakim cudem udało mu się znaleźć kogoś takiego. Jak z nim wytrzymywała. Szczególnie wtedy, kiedy on sam miał z tym problem.
Tak. Jak bardzo pełna niepokory by była, niewzruszona pewność siebie była cnotą. Mało kto o tym mówił. To nie było powszechnie akceptowane, ale każdy, nawet bezkrytyczny przejaw wysokiego poczucia własnej wartości stanowił coś pozytywnego. Znacznie ułatwiał radzenie sobie w sytuacjach zawodowych i towarzyskich a w parze z odpowiednim tonem głosu i dobranymi słowami ograniczał możliwość bycia zupełnie nielubianym. Raczej przyjmowanym za kogoś specyficznego, ale w porządku. Niestety jednocześnie nie było to coś uniwersalnego. Nie musiało emanować na każdą płaszczyznę i tu...
...tu Ambroise czuł się cholernie odsłonięty i zachowawczy, choć nie nieszczery, mając świadomość, że po raz pierwszy w życiu jest stanowczo zbyt samoświadomy w tej miłości. Miała go w garści, mogła z tym zrobić wszystko. Zawróciła mu w głowie, zawładnęła jego oddechem i myślami. Dopóki było dobrze, dopóty nie miał wobec tego nawet cienia obaw. Zachowywał się zupełnie tak jak zawsze. Dokładnie tak jak chciał wtedy, kiedy byli przyjaciółmi, ale same te miesiące były dowodem na to, jak bardzo obawiał się spierdolić całą sprawę.
Miał przy tym świadomość, że niektóre przyzwyczajenia i sam charakter nie dadzą mu założyć sobie kagańca. Prędzej czy później dojdzie między nimi do spięcia, kiedy będzie musiał wybierać między swoją dumą (w tym wypadku już kruchą jak szkło) a dobrem wszystkiego, co budowali. Między nią jawiącą mu się jako jedyna osoba, z którą mógłby faktycznie łączyć życie a sobą - w tym wypadku uważanego za kogoś, z kim trochę nieświadomie dusił się przez lata, teraz zaczynając odżywać. Co gorsza nie wiedział, jaki mógłby być wynik tej potyczki.
Nie chciał tego sprawdzać. Nie niedługo ani nie nigdy. Wiedział to, patrząc na nią teraz w tym świetle, kiedy wydawała mu się wręcz niesamowicie eteryczna. Jak złudzenie.
- Ten kwiat paproci - wręcz wydusił z siebie cicho i z trudem, jakby coś przyblokowało mu gardło. - Może w przyszłym roku? - Spytał z wyczuwalną nadzieją na usłyszenie czegoś, czego się mimo wszystko nie spodziewał.
Wiedział, że jest uparta a w tym momencie nie próbował ukrywać tego, że ma go w garści. Chciał z nią wrócić do jej lub jego mieszkania, chatki nad morzem, prywatnej części rezydencji Greengrassów w Dolinie Godryka (w końcu tu mieli najszybciej i całkiem dogodnie), tak naprawdę gdziekolwiek, gdzie mogliby zostać sam na sam. Miejsce nie miało większego znaczenia. Oczywiście, celebracja sabatu powinna odbyć się gdzieś w odpowiednich warunkach, stąd kawalerka na Pokątnej raczej nie wchodziła w grę. Natomiast cała reszta niespecjalnie Ambroisa obchodziła.
Liczyło się, że już teraz zdejmował z niej spojrzeniem tę białą sukienkę. W tej chwili materiał wydawał się wręcz nieprzyzwoicie śliski i otulający. Teoretycznie ukrywający wszystko, ale jednocześnie nie pozostawiający zbyt wiele pola do domysłu dla kogoś takiego jak on, kto spędził długie godziny na studiowaniu wszystkich krzywizn i zakamarków jej ciała.
Mógł wskazać kształt pieprzyków przy kolanie, łukowaty zarys niedużej blizny przy łokciu, każde załamanie kości obojczyków, wielkość dołeczków na plecach. Mógł przywołać w pamięci obrys długiej blizny na plecach ukochanej, czasami w nocnej ciszy zastanawiając się nad tamtym pamiętnym okresem i tymi dniami spędzonymi w posiadłości Yaxleyów w górach.
Zrobił wszystko, co mógł, żeby nie nosiła zbyt wielu śladów spotkania z kelpie a ten jeden jedyny traktował jak wspomnienie, czasem również jako przypomnienie dla siebie, że złożył to przyrzeczenie, by być przy niej już zawsze, usiłując być dla niej we wszystkich trudnych chwilach. Tak, żeby już nie musieć widzieć smutku na jej twarzy, załamania i rozgoryczenia. Zamierzał dotrzymać tej obietnicy jak żadnej innej.
No. Może prócz tej na dzisiejszą noc.
Nie był w stanie powiedzieć, kiedy przestała mu mówić jakieś uroczo zagmatwane głupoty, prawiąc babciowe komplementy i uroczo się przy tym czerwieniąc. Nie dostrzegł tego momentu. Nie wiedział czy to było od razu, czy ustąpiło równie z jego rozplątaniem języka i nauką mówienia wprost o tym, jak bardzo chciał nie kontynuować nic związanego z tą przyjaźnią.
- Chcesz szczerości i czy mamy przy tym pewność, że już nas nie nawiedza? Mogłaby się obrazić - dopytał, unosząc brwi i wpatrując się w nią z wyrazem twarzy mówiącym, że nie do końca chciałby narazić się tej swojej przyjaciółce, która choć przyjemnie łechtała mu ego w większej ilości okazji to jednocześnie potrafiła go również mocniej zjebać.
Obecnie raczej to mieli wyrównane. W ich relacji panowało coś na kształt harmonii wynikającej z tego, że starali się być dla siebie partnerami. Nie musiał zniżać się do tandetnych umizgów. Mógł przeznaczyć ten czas na konkretne dowody tego, że mu zależy - w ostatnim czasie próbował dodać do tego trochę więcej powszechniejszego romantyzmu głównie w postaci materialnej. Kwiatach, olejkach roślinnych, uzupełnianiu eliksirów w zapasach na łowieckie wyprawy, zrobieniu czarnej brązowej kawy i prostego śniadania do łóżka.
Ze słowami ograniczał się do powolnych prób. Trudno mu było tak po prostu powiedzieć to, co wielokrotnie przechodziło przez myśl. Miał niesamowite szczęście w życiu, że nie zawalił tego do końca w zeszłym roku. Ciężko było pomyśleć, że mogli nie stać tu razem. Nie dało się powiedzieć, że bez tego wszystkiego między nimi nie braliby udziału w uroczystościach, ale te byłyby puste. Jak we wszystkich poprzednich latach.
Nie byłby w stanie wrócić do tego. Nie teraz. Szczególnie po tym wieczorze. Nie spodziewał się, że tak magicznym i mistycznym, tym bardziej, że to nie był jego pierwszy rok uczestnictwa w sabacie. Perspektywa miała znaczenie.
- A jednak wróciła spędzić ze mną noc? - Uśmiechnął się porozumiewawczo z przymrużeniem oka. - Możesz jej przekazać, że faktycznie poradzimy sobie razem - nie potrzebowali nic więcej prócz tych autentycznych siebie.
Szczególnie, że Ambroise odkrywał tego wieczoru nieznane oblicze każdego z nich. Udział w tańcu również w tym pomagał.
W tym, co było między nimi nie brakowało pożądania, żądzy i erotyzmu. Niemalże każdy gest z jego strony był nimi przepełniony, stanowiąc dowód na to, jak bardzo pragnął ich wspólnej cielesności, jednakże pod tym wszystkim kryły się też pokłady czegoś znacznie głębszego. O niektórych rzeczach nie był w stanie mówić a próby skategoryzowania tego w głowie przynosiły Ambroise'owi niewiele więcej sukcesu. W gruncie rzeczy nie chodziło o słowa ani określenia.
Mieli coś, czego nie doświadczył z nikim innym. Jakieś głębsze porozumienie na poziomie podświadomości, duchowe połączenie. Coś, w co nigdy niespecjalnie wierzył i pewnie nie zmieniłby co do tego zdania, gdyby nie to, że tak po prostu było. To istniało, niemalże dało się tego dotknąć, jakby jeszcze chwila i mogło namacalnie się ujawnić.
Chciał być dla niej kimś lepszym. Właściwym człowiekiem, którego potrzebowała. Nawet przy pełnej świadomości, że nie był ideałem. Wbrew temu, co pokazywał na zewnątrz, świecąc - nie - błyszcząc arogancką pewnością siebie i nie wahając się podkreślać, jak to był najlepszą partią dopóki nie ściągnęła go z rynku. W rzeczywistości czasami zastanawiał się, jakim cudem udało mu się znaleźć kogoś takiego. Jak z nim wytrzymywała. Szczególnie wtedy, kiedy on sam miał z tym problem.
Tak. Jak bardzo pełna niepokory by była, niewzruszona pewność siebie była cnotą. Mało kto o tym mówił. To nie było powszechnie akceptowane, ale każdy, nawet bezkrytyczny przejaw wysokiego poczucia własnej wartości stanowił coś pozytywnego. Znacznie ułatwiał radzenie sobie w sytuacjach zawodowych i towarzyskich a w parze z odpowiednim tonem głosu i dobranymi słowami ograniczał możliwość bycia zupełnie nielubianym. Raczej przyjmowanym za kogoś specyficznego, ale w porządku. Niestety jednocześnie nie było to coś uniwersalnego. Nie musiało emanować na każdą płaszczyznę i tu...
...tu Ambroise czuł się cholernie odsłonięty i zachowawczy, choć nie nieszczery, mając świadomość, że po raz pierwszy w życiu jest stanowczo zbyt samoświadomy w tej miłości. Miała go w garści, mogła z tym zrobić wszystko. Zawróciła mu w głowie, zawładnęła jego oddechem i myślami. Dopóki było dobrze, dopóty nie miał wobec tego nawet cienia obaw. Zachowywał się zupełnie tak jak zawsze. Dokładnie tak jak chciał wtedy, kiedy byli przyjaciółmi, ale same te miesiące były dowodem na to, jak bardzo obawiał się spierdolić całą sprawę.
Miał przy tym świadomość, że niektóre przyzwyczajenia i sam charakter nie dadzą mu założyć sobie kagańca. Prędzej czy później dojdzie między nimi do spięcia, kiedy będzie musiał wybierać między swoją dumą (w tym wypadku już kruchą jak szkło) a dobrem wszystkiego, co budowali. Między nią jawiącą mu się jako jedyna osoba, z którą mógłby faktycznie łączyć życie a sobą - w tym wypadku uważanego za kogoś, z kim trochę nieświadomie dusił się przez lata, teraz zaczynając odżywać. Co gorsza nie wiedział, jaki mógłby być wynik tej potyczki.
Nie chciał tego sprawdzać. Nie niedługo ani nie nigdy. Wiedział to, patrząc na nią teraz w tym świetle, kiedy wydawała mu się wręcz niesamowicie eteryczna. Jak złudzenie.
- Ten kwiat paproci - wręcz wydusił z siebie cicho i z trudem, jakby coś przyblokowało mu gardło. - Może w przyszłym roku? - Spytał z wyczuwalną nadzieją na usłyszenie czegoś, czego się mimo wszystko nie spodziewał.
Wiedział, że jest uparta a w tym momencie nie próbował ukrywać tego, że ma go w garści. Chciał z nią wrócić do jej lub jego mieszkania, chatki nad morzem, prywatnej części rezydencji Greengrassów w Dolinie Godryka (w końcu tu mieli najszybciej i całkiem dogodnie), tak naprawdę gdziekolwiek, gdzie mogliby zostać sam na sam. Miejsce nie miało większego znaczenia. Oczywiście, celebracja sabatu powinna odbyć się gdzieś w odpowiednich warunkach, stąd kawalerka na Pokątnej raczej nie wchodziła w grę. Natomiast cała reszta niespecjalnie Ambroisa obchodziła.
Liczyło się, że już teraz zdejmował z niej spojrzeniem tę białą sukienkę. W tej chwili materiał wydawał się wręcz nieprzyzwoicie śliski i otulający. Teoretycznie ukrywający wszystko, ale jednocześnie nie pozostawiający zbyt wiele pola do domysłu dla kogoś takiego jak on, kto spędził długie godziny na studiowaniu wszystkich krzywizn i zakamarków jej ciała.
Mógł wskazać kształt pieprzyków przy kolanie, łukowaty zarys niedużej blizny przy łokciu, każde załamanie kości obojczyków, wielkość dołeczków na plecach. Mógł przywołać w pamięci obrys długiej blizny na plecach ukochanej, czasami w nocnej ciszy zastanawiając się nad tamtym pamiętnym okresem i tymi dniami spędzonymi w posiadłości Yaxleyów w górach.
Zrobił wszystko, co mógł, żeby nie nosiła zbyt wielu śladów spotkania z kelpie a ten jeden jedyny traktował jak wspomnienie, czasem również jako przypomnienie dla siebie, że złożył to przyrzeczenie, by być przy niej już zawsze, usiłując być dla niej we wszystkich trudnych chwilach. Tak, żeby już nie musieć widzieć smutku na jej twarzy, załamania i rozgoryczenia. Zamierzał dotrzymać tej obietnicy jak żadnej innej.
No. Może prócz tej na dzisiejszą noc.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down