13.10.2024, 00:22 ✶
- Tylko, jeśli trafiła do zbiorowej mogiły z naszą przyjaźnią. W innym wypadku nie wiem, kiedy złożyłaś ją pod ziemią - wywnioskował, że to raczej była ta pierwsza opcja, jednakże nie był co do tego aż tak pewny, żeby użyć bardziej zdecydowanych słów.
Mówili o tej teoretycznej, tak właściwie to nieistniejącej personie. Specyficznym wytworze specyficznych warunków między specyficznymi ludźmi, jakimi wtedy byli. Zresztą teraz również wcale nie przestali nimi być. Po prostu nie mieli już problemów, które jeszcze kilka miesięcy temu były dla nich czymś niemalże nie do przeskoczenia.
To było na swój sposób śmieszne - w jednej chwili kluczyli we mgle, stąpali po niestabilnym i grząskim gruncie, obawiali się rozmów, więc rzucali w siebie słabo wyczuwalnymi sugestiami i wieloznacznościami. W kolejnej jedynym, co chciał z niej zrzucić była bielizna zaraz po sukience i tych ciężkich buciorach, które oczywiście zauważył podczas pierwszej przechadzki.
- Więc: nie. Niech spoczywa w pokoju - zrobił adekwatny gest ręką, odsyłając tę przyjacielską wersję dziewczyny z powrotem w zaświaty albo do krainy urojeń (nie był pewny, bo tamte pół roku jawiło mu się trochę jako wariacja i ich wspólną halucynacja).
Prawdopodobnie mógłby zapomnieć o istnieniu tamtego okresu, gdyby to było im na rękę i gdyby dała mu do zrozumienia, że ona też tego chce. To nie był jego najbardziej błyskotliwy czas. Po kilku miesiącach i z obecnej perspektywy czasami łapał się na tym, że nareszcie docierało do niego coś, co już dawno powinno być jasne. Ot przypadkowa myśl, wspomnienie jakiejś rozmowy i dwuznaczności słów, które aktualnie byłyby bardzo jasne i klarowne, i zagoniłyby ich w wiadome miejsce.
Na przykład jej ostatnie urodziny. Te, które całkowicie negowały poprawność twierdzenia, że tamta wersja Yaxleyówny była ze wszech miar ugodowa i na pewno nie była obrażalska. Ambroise parsknął, odruchowo wznosząc wzrok w kierunku ciemnego nieba.
- Chciała mnie udusić tortem urodzinowym. Na pewno o tym myślała - skwitował bez powątpiewania; teraz to było całkowicie jasne. - A mogła wlać w nas więcej alkoholu. Było całkiem blisko - zasugerował dodatkowo bezczelniej, przenosząc wzrok na Geraldine.
To był fakt. Jeszcze pół butelki, może nawet trochę mniej i prawdopodobnie puściłyby mu hamulce. W żadnym innym momencie nie był tak blisko zsunięcia ciasta ze stolika i przyciągnięcia jej do siebie na tamtej kanapie. Wcześniej tamtego wieczoru wielokrotnie mówił sobie, żeby nie przesadzać z alkoholem, którego podszepty mieszały mu w głowie. Więc naturalnie schlał się z nią tak jak nigdy wcześniej ani później. Kropla więcej zaważyłaby na decyzjach, dodałaby odwagi...
...ale może tak było lepiej, że rozsądnie wyszli wtedy na miasto, pozostając tylko dobrymi przyjaciółmi? Dzięki temu ich pierwsze zbliżenie było świadome, pozbawione alkoholu buzującego w żyłach. Znacznie pewniejsze i świadome od czegoś, do czego mogłaby ich popchnąć fałszywie nakręcona odwaga. Bowiem taką odwagę uważał raczej za maskowane tchórzostwo.
Odkąd zaczęli ze sobą być, praktycznie nie zdarzało mu się wychodzić gdzieś samotnie do baru. Kiedyś to była raczej norma przynajmniej dwa lub trzy razy w tygodniu. Oczywiście nie przestał spotykać się z przyjaciółmi, o ile dało się tak określić dokładnie dwa wypady przez cały ostatni czas, po których od razu wracał do domu stęskniony za dotykiem jak szczeniak.
Nie przestał palić. W dalszym ciągu kopcił jak smok, ale z zadowoleniem stwierdził, że nie miał już chęci spędzać czasu z butelką. Kieliszek wystarczał, szklaneczka tak samo, szczególnie ten wypity przed kominkiem lub w innych miłych, domowych okolicznościach.
Wirując z ukochaną w tańcu czuł się odurzony. Nie miał pewności, że to nie Macmillanowie w porozumieniu z Mulciberami dodatkowo dorzucili coś do ognisk. Prawdę mówiąc niespecjalnie by się zdziwił, szczególnie znając tych drugich. Niespecjalnie się tym przejmował, jedynie dostrzegł stan podobny do upojenia alkoholowego, choć tego wieczoru nie uraczyli się jeszcze ani jedną kroplą. To też powinno należeć do tradycji. Wspólny toast był jedną z rzeczy, jaką mogliby zrobić, gdyby tylko nie to, że w tym momencie Greengrassowi wcale nie brakowało dodatkowych metafizycznych doznań. W żaden sposób nie musiał podkręcać swojego przyjemnego rauszyku, dostatecznie pobudzony, by z ledwością powstrzymywać się od nieprzyzwoicie jawnego dotyku na ciele partnerki i oszołomiony atmosferą.
Nie wiedział, na które M należało stawiać: M jak Miłość czy M jak Mulciberowie i ich kadzidła kładące się dymem pod nogami tańczących jak upajająca mgła. Chyba wszystko na raz, jedno w żadnym razie nie wykluczało drugiego a wyłącznie podbijało, wprawiało w uczuciowy rozdrgany haj.
- Ja też umiem zaskakiwać - odmruknął z szelmowskim cieniem kryjącym się w uniesionych kącikach ust, przysuwając się odrobinę, kiedy wykonała ten jednoznaczny ruch w jego stronę.
Mimowolnie przymknął oczy, uśmiechając się jeszcze bardziej. Pieszczota warg sprawiała, że przechodził go dreszcz. Przyjemny, nawet bardzo, ale jednocześnie również niesatysfakcjonujący jak urwana obietnica czegoś głębszego.
- Chętnie posłucham o wszystkich alternatywach, jakie przychodzą ci do głowy, moja droga - nienachalnie zbliżył rękę ku jej talii, obejmując ją w pasie, żeby przytrzymać Geraldine na dłużej przy sobie zanim się od niego odsunie.
Powinni już stąd iść. Zdecydowanie oboje tego pragnęli. Nie było co do tego żadnych wartości, a jednak zastygnięcie tak jeszcze na moment czy dwa delektując się atmosferą ognisk było bardzo kuszące. W pewnym sensie napawał się tą chwilą, starając się zapanować nad własnym ciałem i umysłem. Odrobina odroczenia nagrody w czasie nie była taka zła. Dopiero uczył się to dostrzegać.
To natomiast nie znaczyło, że nie skrzywił się na to jedno słowo powstrzymujące ich przed dalszym kierowaniem się ku krawędzi lasu poza ograniczenia teleportacji.
Bzdety, srety, pierdolety - miał ochotę mruknąć, odciągając myśli Geraldine od dokonywania zakupów zamiast ulatniania się z nim w kierunku jakiegoś bardziej prywatnego miejsca. Nie leśnego runa. Byli na to za dobrzy - ustalili to już dawno, chociaż w tym momencie zdawało mu się, że być może mogliby trochę o tym ponegocjować, bo pragnienie znalezienia się jak najbliżej coraz bardziej natrętnie wypierało przejawy logiki. Nie spodobałoby mu się stwierdzenie, że przy niej tracił poczucie konieczności zachowywania się z godnością. Zresztą wcale tak nie było. Czuł, że jej obecność przy boku go uświetniała tak jak sprawiała, że ten sabat był bardziej wyjątkowy od dziesiątków innych, na których był w przeszłości.
Miał wrażenie, że przy niej staje się po prostu lepszym, bardziej poukładanym człowiekiem. Niekoniecznie łagodniejszym, raczej nadal równie chłodnym i oficjalnym w stosunku do pacjentów w szpitalu, w dalszym ciągu twardym i zdecydowanym w relacjach biznesowych, konkretnym i dążącym do swego. Z tym, że we wszystkim zmieniło się właśnie to ostatnie - teraz jakby przestawał w tak neurotyczny sposób zabiegać o to, co jeszcze chwilę wcześniej. Zmieniał swoje priorytety.
I chyba stawał się bardziej odpowiedzialny w stosunku do własnego życia, bo ostatecznie skinął głową, dając się pociągnąć w kierunku stoisk z amuletami, które normalnie by ominął, bo zazwyczaj nie myślał o zabezpieczaniu domu. Zdawał sobie sprawę z zagrożenia, ale nie podejmował takich kroków, gdy był sam. Teraz pomyślał o niej i o tym, że warto byłoby dodać coś magicznego do ich nowej nieruchomości, toteż mimowolnie zajął się przeglądaniem towaru na jednym z kilku bardziej pustych stoisk. Całe szczęście udało im się przeczekać najgorszy tłum.
- Widzisz coś, co chcielibyśmy kupić? - Spytał wprost, ignorując zniesmaczone spojrzenie sprzedawczyni, dla której cały towar był niezmiernie cenny i wartościowy. - Proszę się nie kłopotać. Poradzimy sobie. W razie czego panią poinformujemy, oczywiście - zapewnił kulturalnie acz z dystansem, rzucając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Geraldine, kiedy kobieta odwróciła wzrok i zezując w kierunku mniejszego, bardziej kameralnego stoiska wyglądającego bardziej obiecująco od komercyjnie sprzedawanych wyrobów. Kto wie czy nie od czarodziejów z dalekiej Azji.
Te, na które wskazał wzrokiem wyglądały dużo bardziej rzemieślniczo.
- Dziękujemy bardzo. Niestety na nic się dzisiaj nie zdecydujemy - stwierdził samowolnie po krótkim zawahaniu, po czym z sabatowym pożegnaniem na ustach odciągnął swoją dziewczynę w kierunku tego drugiego straganiku na obrzeżach polany.
Miał ku niemu znacznie lepsze przeczucia, choć bardzo stara sprzedawczyni sprawiała co najmniej bardzo osobliwe wrażenie. Trochę przyprawiała go o wewnętrzny niepokój, ale chyba w tym pozytywnym sensie. Jakby dzięki niej miało się wydarzyć coś nieoczekiwanego, ale dobrego.
Mówili o tej teoretycznej, tak właściwie to nieistniejącej personie. Specyficznym wytworze specyficznych warunków między specyficznymi ludźmi, jakimi wtedy byli. Zresztą teraz również wcale nie przestali nimi być. Po prostu nie mieli już problemów, które jeszcze kilka miesięcy temu były dla nich czymś niemalże nie do przeskoczenia.
To było na swój sposób śmieszne - w jednej chwili kluczyli we mgle, stąpali po niestabilnym i grząskim gruncie, obawiali się rozmów, więc rzucali w siebie słabo wyczuwalnymi sugestiami i wieloznacznościami. W kolejnej jedynym, co chciał z niej zrzucić była bielizna zaraz po sukience i tych ciężkich buciorach, które oczywiście zauważył podczas pierwszej przechadzki.
- Więc: nie. Niech spoczywa w pokoju - zrobił adekwatny gest ręką, odsyłając tę przyjacielską wersję dziewczyny z powrotem w zaświaty albo do krainy urojeń (nie był pewny, bo tamte pół roku jawiło mu się trochę jako wariacja i ich wspólną halucynacja).
Prawdopodobnie mógłby zapomnieć o istnieniu tamtego okresu, gdyby to było im na rękę i gdyby dała mu do zrozumienia, że ona też tego chce. To nie był jego najbardziej błyskotliwy czas. Po kilku miesiącach i z obecnej perspektywy czasami łapał się na tym, że nareszcie docierało do niego coś, co już dawno powinno być jasne. Ot przypadkowa myśl, wspomnienie jakiejś rozmowy i dwuznaczności słów, które aktualnie byłyby bardzo jasne i klarowne, i zagoniłyby ich w wiadome miejsce.
Na przykład jej ostatnie urodziny. Te, które całkowicie negowały poprawność twierdzenia, że tamta wersja Yaxleyówny była ze wszech miar ugodowa i na pewno nie była obrażalska. Ambroise parsknął, odruchowo wznosząc wzrok w kierunku ciemnego nieba.
- Chciała mnie udusić tortem urodzinowym. Na pewno o tym myślała - skwitował bez powątpiewania; teraz to było całkowicie jasne. - A mogła wlać w nas więcej alkoholu. Było całkiem blisko - zasugerował dodatkowo bezczelniej, przenosząc wzrok na Geraldine.
To był fakt. Jeszcze pół butelki, może nawet trochę mniej i prawdopodobnie puściłyby mu hamulce. W żadnym innym momencie nie był tak blisko zsunięcia ciasta ze stolika i przyciągnięcia jej do siebie na tamtej kanapie. Wcześniej tamtego wieczoru wielokrotnie mówił sobie, żeby nie przesadzać z alkoholem, którego podszepty mieszały mu w głowie. Więc naturalnie schlał się z nią tak jak nigdy wcześniej ani później. Kropla więcej zaważyłaby na decyzjach, dodałaby odwagi...
...ale może tak było lepiej, że rozsądnie wyszli wtedy na miasto, pozostając tylko dobrymi przyjaciółmi? Dzięki temu ich pierwsze zbliżenie było świadome, pozbawione alkoholu buzującego w żyłach. Znacznie pewniejsze i świadome od czegoś, do czego mogłaby ich popchnąć fałszywie nakręcona odwaga. Bowiem taką odwagę uważał raczej za maskowane tchórzostwo.
Odkąd zaczęli ze sobą być, praktycznie nie zdarzało mu się wychodzić gdzieś samotnie do baru. Kiedyś to była raczej norma przynajmniej dwa lub trzy razy w tygodniu. Oczywiście nie przestał spotykać się z przyjaciółmi, o ile dało się tak określić dokładnie dwa wypady przez cały ostatni czas, po których od razu wracał do domu stęskniony za dotykiem jak szczeniak.
Nie przestał palić. W dalszym ciągu kopcił jak smok, ale z zadowoleniem stwierdził, że nie miał już chęci spędzać czasu z butelką. Kieliszek wystarczał, szklaneczka tak samo, szczególnie ten wypity przed kominkiem lub w innych miłych, domowych okolicznościach.
Wirując z ukochaną w tańcu czuł się odurzony. Nie miał pewności, że to nie Macmillanowie w porozumieniu z Mulciberami dodatkowo dorzucili coś do ognisk. Prawdę mówiąc niespecjalnie by się zdziwił, szczególnie znając tych drugich. Niespecjalnie się tym przejmował, jedynie dostrzegł stan podobny do upojenia alkoholowego, choć tego wieczoru nie uraczyli się jeszcze ani jedną kroplą. To też powinno należeć do tradycji. Wspólny toast był jedną z rzeczy, jaką mogliby zrobić, gdyby tylko nie to, że w tym momencie Greengrassowi wcale nie brakowało dodatkowych metafizycznych doznań. W żaden sposób nie musiał podkręcać swojego przyjemnego rauszyku, dostatecznie pobudzony, by z ledwością powstrzymywać się od nieprzyzwoicie jawnego dotyku na ciele partnerki i oszołomiony atmosferą.
Nie wiedział, na które M należało stawiać: M jak Miłość czy M jak Mulciberowie i ich kadzidła kładące się dymem pod nogami tańczących jak upajająca mgła. Chyba wszystko na raz, jedno w żadnym razie nie wykluczało drugiego a wyłącznie podbijało, wprawiało w uczuciowy rozdrgany haj.
- Ja też umiem zaskakiwać - odmruknął z szelmowskim cieniem kryjącym się w uniesionych kącikach ust, przysuwając się odrobinę, kiedy wykonała ten jednoznaczny ruch w jego stronę.
Mimowolnie przymknął oczy, uśmiechając się jeszcze bardziej. Pieszczota warg sprawiała, że przechodził go dreszcz. Przyjemny, nawet bardzo, ale jednocześnie również niesatysfakcjonujący jak urwana obietnica czegoś głębszego.
- Chętnie posłucham o wszystkich alternatywach, jakie przychodzą ci do głowy, moja droga - nienachalnie zbliżył rękę ku jej talii, obejmując ją w pasie, żeby przytrzymać Geraldine na dłużej przy sobie zanim się od niego odsunie.
Powinni już stąd iść. Zdecydowanie oboje tego pragnęli. Nie było co do tego żadnych wartości, a jednak zastygnięcie tak jeszcze na moment czy dwa delektując się atmosferą ognisk było bardzo kuszące. W pewnym sensie napawał się tą chwilą, starając się zapanować nad własnym ciałem i umysłem. Odrobina odroczenia nagrody w czasie nie była taka zła. Dopiero uczył się to dostrzegać.
To natomiast nie znaczyło, że nie skrzywił się na to jedno słowo powstrzymujące ich przed dalszym kierowaniem się ku krawędzi lasu poza ograniczenia teleportacji.
Bzdety, srety, pierdolety - miał ochotę mruknąć, odciągając myśli Geraldine od dokonywania zakupów zamiast ulatniania się z nim w kierunku jakiegoś bardziej prywatnego miejsca. Nie leśnego runa. Byli na to za dobrzy - ustalili to już dawno, chociaż w tym momencie zdawało mu się, że być może mogliby trochę o tym ponegocjować, bo pragnienie znalezienia się jak najbliżej coraz bardziej natrętnie wypierało przejawy logiki. Nie spodobałoby mu się stwierdzenie, że przy niej tracił poczucie konieczności zachowywania się z godnością. Zresztą wcale tak nie było. Czuł, że jej obecność przy boku go uświetniała tak jak sprawiała, że ten sabat był bardziej wyjątkowy od dziesiątków innych, na których był w przeszłości.
Miał wrażenie, że przy niej staje się po prostu lepszym, bardziej poukładanym człowiekiem. Niekoniecznie łagodniejszym, raczej nadal równie chłodnym i oficjalnym w stosunku do pacjentów w szpitalu, w dalszym ciągu twardym i zdecydowanym w relacjach biznesowych, konkretnym i dążącym do swego. Z tym, że we wszystkim zmieniło się właśnie to ostatnie - teraz jakby przestawał w tak neurotyczny sposób zabiegać o to, co jeszcze chwilę wcześniej. Zmieniał swoje priorytety.
I chyba stawał się bardziej odpowiedzialny w stosunku do własnego życia, bo ostatecznie skinął głową, dając się pociągnąć w kierunku stoisk z amuletami, które normalnie by ominął, bo zazwyczaj nie myślał o zabezpieczaniu domu. Zdawał sobie sprawę z zagrożenia, ale nie podejmował takich kroków, gdy był sam. Teraz pomyślał o niej i o tym, że warto byłoby dodać coś magicznego do ich nowej nieruchomości, toteż mimowolnie zajął się przeglądaniem towaru na jednym z kilku bardziej pustych stoisk. Całe szczęście udało im się przeczekać najgorszy tłum.
- Widzisz coś, co chcielibyśmy kupić? - Spytał wprost, ignorując zniesmaczone spojrzenie sprzedawczyni, dla której cały towar był niezmiernie cenny i wartościowy. - Proszę się nie kłopotać. Poradzimy sobie. W razie czego panią poinformujemy, oczywiście - zapewnił kulturalnie acz z dystansem, rzucając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Geraldine, kiedy kobieta odwróciła wzrok i zezując w kierunku mniejszego, bardziej kameralnego stoiska wyglądającego bardziej obiecująco od komercyjnie sprzedawanych wyrobów. Kto wie czy nie od czarodziejów z dalekiej Azji.
Te, na które wskazał wzrokiem wyglądały dużo bardziej rzemieślniczo.
- Dziękujemy bardzo. Niestety na nic się dzisiaj nie zdecydujemy - stwierdził samowolnie po krótkim zawahaniu, po czym z sabatowym pożegnaniem na ustach odciągnął swoją dziewczynę w kierunku tego drugiego straganiku na obrzeżach polany.
Miał ku niemu znacznie lepsze przeczucia, choć bardzo stara sprzedawczyni sprawiała co najmniej bardzo osobliwe wrażenie. Trochę przyprawiała go o wewnętrzny niepokój, ale chyba w tym pozytywnym sensie. Jakby dzięki niej miało się wydarzyć coś nieoczekiwanego, ale dobrego.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down