14.10.2024, 13:05 ✶
Lubił mieć rację. Był naturalnie skory do przyjęcia wszystkiego, co pomagało mu zachować ego, ale bywały takie chwile, kiedy w żadnym razie wolałby nie usłyszeć, że była z nim zgodna.
- Ten jeden raz mnie to nie cieszy - skwitował, bo z powodzeniem mógłby przy tym dodać, że była to bardzo marna satysfakcja z bycia nieomylnym i zawsze mającym rację.
Tym razem wolałby się mylić. Prawić banialuki, mówić bzdury, które mogłaby mu wytknąć i w tym momencie czułby, że nawet nie byłby na nią jakoś specjalnie zły. Wytworzyli sytuację z gatunku tych, w których osoba zwycięska w dyskusji wcale nie była osobą wygraną. Wręcz przeciwnie. Ta trafność miała posmak goryczy. Może nawet metaliczny smak krwi, choć to nie on krwawił. Nie dzisiaj.
- Mhm - również w tym wypadku ani myślał cieszyć się z bycia rozumianym i szanowania jego podejścia.
Oczywiście to wcale nie oznaczało, że wybierał drążenie i kłótnie o to, że powinien lub nie powinien oddzielić od siebie te wszystkie sytuacje. Szczególnie obecną i tamtą z posiadłości Yaxleyów, bo ich relacje były zupełnie inne w tych dwóch momentach. Wtedy mogło się wydawać, że miał do tego bardziej profesjonalne podejście, które sprzyjało zachowaniu spokoju i zimnemu osądowi. Z jednej strony trochę tak było, ale z drugiej nie był w stanie powiedzieć, że podszedł do tego wyłącznie jak zleceniobiorca, któremu naprawdę dobrze za to zapłacono.
Kija a nie zapłacono. Przyjął podstawową stawkę, informując o tym, że to wszystko było w umowie i wychodząc stamtąd najszybciej jak tylko mógł, gdy przekazał odpowiedzialność. Wbrew pozorom uniósł się honorem bardziej niż to było logiczne i finansowo korzystne. To, że celowo wybrał postawę wskazującą na wyłącznie materialne podłoże swojej interwencji było w istocie stertą smoczego łajna, natomiast z uwagi na własną godność wolał, aby to nigdy nie ujrzało światła dziennego. Preferował wersję oficjalną nad uświadomienie Geraldine, że już wtedy był wobec niej miękkim materiałem tylko zachowywał się jak naburmuszony frajer. Wystarczyło, że zakomunikował, że nigdy nie żywił wobec niej faktycznej nienawiści. Nie chciał, żeby miała go za słabego. Szczególnie, że sama była tą jego słabością.
- Jeśli to ci coś ułatwia - odmruknął, najchętniej wzruszyłby ramionami, ale powstrzymał się przed tym.
Wcale nie chciał być tak pasywno agresywny i rozgoryczony jak się jawił. Wręcz przeciwnie. Usiłował wpleść w to jakąś łagodność, żeby nie wychodzić na nieprzystępnego i niezainteresowanego tym, co czuje Geraldine. Istota problemu tkwiła w tym, że otwierając się na jej uczucia momentalnie otworzyłby się także na swoje własne a tego nie chciał. Miał świadomość, że jedno z drugim było połączone w nierozdzielny sposób. Już wcześniej wpływali na swoje nastroje i nastawienie, choć w znacznie lepszym sensie. Poza nielicznymi sporami, jakie do tej pory rozegrały się między nimi (wyłączając, oczywiście, tamte dawne nieporozumienia, nie o nie chodziło) raczej nie emanowali wobec siebie taką energią jak tego wieczoru.
To było inne. Żal i uraza były głębsze. Poczucia winy nie dało się zanegować. Tak samo jak lęku, może wręcz strachu przed tym, co kryła przyszłość, bo świadomość, że to miało być elementem ich wspólnej rzeczywistości była nie do rozmycia. Ignorowali podszepty zbyt długo aż przerodziły się z niemego krzyku w wibrujący w bębenkach wrzask. Wypadki się zdarzały. Tym bardziej w przypadku prowadzenia bardziej ryzykownych interesów, które nieodzownie łączyły się z wieloma większymi konsekwencjami.
Ambroise wiedział, że żadne z nich nie chciało zmuszać tej drugiej osoby do ponoszenia kosztów. Nie musiał pytać, żeby wiedzieć, że odpuściła część bardziej niebezpiecznych działań. To było jasne, wynikało samo z siebie. Szczególnie, że znał ją już na tyle blisko, łączyło ich niewypowiedziane porozumienie, więc skoro on bardziej rozważnie dobierał swoje układy to miał pewność, że ona też tak robiła. Starali się miarkować. Wyczuli jakieś zbieżne granice i próbowali ich nie przekraczać.
Problem w tym, że to było niemożliwe w dłuższej perspektywie. Bez poruszenia tematu wyłącznie mieli dobre intencje. Nie robili nic, żeby faktycznie dostosować do siebie te aspekty życia. Nie spytał o to, w jaki sposób powinien podchodzić do jej pracy. Czy mógł coś zrobić, żeby włączyć się w tę bardzo istotną część życia Geraldine nie tylko po fakcie, kiedy coś się stało i potrzebowała uzdrowiciela. Co gorsza nie mógł powstrzymać się od oceniania jej i tej złości na myśl, że wróciła do domu z ranami, prawdopodobnie doznanymi godziny wcześniej i w dodatku na miotle, którą z hukiem rzuciła na ganku, więc to było jasne.
Gdyby poroznawiali zamiast odwlekać to w czasie, prawdopodobnie mógłby włączyć się w najbardziej ryzykowne akcje. Może nie zostałby łowcą ani specjalistą od polowań na magiczne zwierzęta, ale to nie znaczyło, że nie poszedłby z nią do lasu w teren. To było raczej jasne, szczególnie że już raz spotkali się właśnie w takim miejscu - byli razem w głuszy, choć wtedy skończyło się na tym, że to on potrzebował podparcia. Mimo to raczej sądził, że byłby w stanie nie tylko nie być przeszkodą a wręcz wsparciem i pomocą, bo potrafił być nimi dla innych ludzi, którzy słono mu za to płacili. Byłby nim dla swojej kobiety, gdyby tylko go do tego dopuściła.
Z drugiej strony zachowywał się jak hipokryta. Miał tę świadomość. Tym razem nie ukrywał przed sobą, że całkowicie nieprzypadkowo zgadzał się nie poruszać kwestii zawodowych, żeby nie zmuszać jej do tej wzajemności. Nie chciał, aby się dla niego narażała w jego sprawach. Nie wyobrażał sobie tworzyć z nią duetu w prowadzeniu interesów, które mogłyby mu ją odebrać. Znacznie bardziej rozlegle niż ona pracował z ludźmi. Miał z nimi więcej bezpośredniego kontaktu. Nieczęsto zaszywał się w głuszy. Często zostawał sam ze swoimi obowiązkami, ale współpraca z klientami była u niego znaczną częścią dnia. Ktoś kiedyś spróbowałby wykorzystać ich relację. Szczególnie, gdyby powiązano ich ze sobą w ten sposób - jako duet, nie tylko parę. Nie chciał tego, ale milczenie przestało wchodzić w grę.
Musieli porozmawiać. Musiał zaznaczyć, że nie chciał jej wkładu, ale jednocześnie chciał być częścią jej bardziej ryzykownych interesów. Wiedział jak może skończyć się ta rozmowa. Reguła wzajemności była bardzo istotna w tym, co mieli. Budowali, a przynajmniej usiłowali budować wspólne życie na partnerstwie. Tymczasem on chciał ograniczyć jego zakres. Miał ku temu powody, ale wątpił czy Geraldine zaakceptuje te przesłanki, czy raczej zepną się jeszcze bardziej niż poprzedniego wieczoru.
Byłoby znacznie łatwiej, gdyby oboje zachowali się inaczej. On nie potrzebował łajania. Nie musieli się wzajemnie strofować, przechodzić od defensywy do ofensywy i z powrotem. Żadne z tamtych słów nie musiały paść. Nie był z tego dumny, dlatego próbował naprawić tamte zachowanie poprzez milczenie teraz. W żadnym razie nie było to długofalowym rozwiązaniem. Już zaczynał dusić się od niewypowiedzianych słów, ale jeszcze nie pękł. Nie chciał pęknąć. Potrzebowali całego spokoju jaki mogli z siebie wykrzesać. Całego ciepła w ciemną, ponurą noc, bo choć w łazience było gorąco i parno, Ambroise nie mógł nie dostrzegać lodowatego zimna kryjącego się zarówno w jej jak i w jego wnętrzu. Te ostatnie wydarzenia położyły się cieniem na ich relacji.
- Dobrze - odpowiedział w dalszym ciągu miarkując słowa.
To nie było dobre zachowanie, ale w tym momencie nie dostrzegał lepszego. Powoli odsunął się od niej, zsuwając rękę z kolana i pozwalając Geraldine pochylić się tak, żeby mógł namydlić i spłukać jej plecy. W tym momencie pierwszy raz próbował na nie nie patrzeć. Po raz pierwszy, odkąd zaczęli ze sobą być, uciekł wzrokiem od tego dowodu na to, że każdy dzień mógł być ich ostatnim wspólnie spędzonym.
Ktoś usiłujący być optymistą powiedziałby, że to było przypomnieniem o tym, że potrzebowali chwytać cały czas jaki mają. Mogli w dalszym ciągu żyć pełnią życia, czerpać garściami z tego, co mają. Z uczucia, jakie do niej żywił. Z czegoś, co musiało być miłością, nawet jeśli o tym nie mówił. Mieli to szczęście, że wszystkie ich gesty nie pozostawały nieodwzajemnione. Mogli być przy sobie prawdziwi. Nieliczni mogli cieszyć się czymś takim, ale nieliczni byli też tak bardzo narażeni na stratę wszystkiego w przeciągu zaledwie kilku chwil.
Zawsze był jakiś koszt. Wszystko miało swoją cenę. Idylla nie istniała. Była wyłącznie złudzeniem podtrzymywanym z desperacji i chęci zaznania czegoś na kształt duchowego spokoju wypierającego świadomość jak krucha była część ich układów. To nigdy nie miało być normalne. Ich dom nie był budowany wyłącznie na samych pozytywnych aspektach. Nie wszystkie nawyki i przyzwyczajenia dało się zmienić. Nie wszystkie kompromisy miały rację bytu. Nie o wszystkim mogli spokojnie rozmawiać. Nieważne jak bardzo by to odwlekali. Tę rozmowę. To ich dom miał być najbezpieczniejszym miejscem - musieli o to zadbać. Wszędzie indziej nie mogli na to liczyć.
- Na pewno? - W głosie Greengrassa zabrzmiało powątpiewanie. - Ściśnięty żołądek nie oznacza nasycenia - to mógłby być troskliwy komentarz, gdyby nie to, że Ambroise był świadomy tego, że sam wywołał u niej ten ścisk żołądka.
Bowiem co do tego, że właśnie o to chodziło w nie byciu głodną nie miał nawet odrobiny wątpliwości. Sam od wcześniejszego wieczoru nie czuł się głodny. To było pokłosie wszystkich złych decyzji i niewłaściwych nawyków. Powinni spróbować to zmienić. Nie sądził, aby powiodło im się zjedzenie wspólnie kolacji, ale mogli spróbować. Co najwyżej udawać zaangażowanie w przegrzebywanie zawartości talerza. Poza tym musiał zająć czymś ręce. To nie brzmiało jak najgorszy sposób spędzenia wieczoru - mógł skupić się na krojeniu i miarowym mieszaniu robiąc z tego niemalże równie istotny proces co w przypadku przygotowania eliksirów.
- Więc będzie kanapa - kiwnął głową, przesuwając dłonie pod nią, żeby podnieść ją do góry, dając się objąć za szyję.
Zazwyczaj czemuś takiemu towarzyszyła ta pozytywna energia. Rozbawienie, fascynacja, obietnica igraszek, szeroki uśmiech i lekkość ducha. Skradłby jej pocałunek, obrócił się kilka razy, roześmiałby się niepoważnie, bo zazwyczaj wiedział jak to musiało wyglądać, gdy nosił na rękach kogoś swojego wzrostu.
Natomiast w tej chwili starał się zagryźć zęby, stawiając powolniejsze kroki i pomagając sobie nogą w kopnięciu drzwi, żeby przejść przez nie na korytarz do salonu. Brakowało mu lekkości. Jego ruchy były przepełnione sztywnością, na twarzy pojawiał się mimowolny grymas, nawet jeśli na słowa Geraldine zareagował milczącym pokręceniem głową i markotnym:
- Nic takiego. Do przeżycia - to były suche słowa, ale w żadnym razie nie chciał dać do zrozumienia, że potrzebuje litości czy współczucia.
- Przejdzie - nie było to jego pierwsze rodeo, prawda?
Potrzebowała pomocy, więc zaangażował siły w to, żeby jej ją zapewnić. Ostatnim, czego mógłby chcieć było danie mu do zrozumienia, że miała w związku z tym jakieś wyrzuty sumienia albo że powinien zrobić coś inaczej. Podjął swoje nierozsądne decyzje. Zbierał ich pokłosie. Był tego świadomy, ale nie chciał, żeby to rzutowało na nią. Koniec tematu. Nie potrzebował już głaskania po głowie, szczególnie po poprzednim wieczorze.
- Miałem na to cały dzień - dodał, spojrzeniem sugerując, że nie wykorzystał tego czasu na potrzebny odpoczynek.
Jeśli nie miała czasu przejrzeć się jego prezencji to lustro na ścianie w korytarzu i bliskość jej policzka przy jego przybrudzonym ziemią były raczej jednoznaczne. W tym mentalnym stanie nie mógł odpocząć. Wręcz przeciwnie - bywały takie chwile, kiedy podświadomie wybierał jeszcze większe zmęczenie, żeby nie myśleć o niczym innym. To był jeden z takich dni.
- Przyniosę ci dodatkowe poduszki i poszukam eliksirów, żebyś nie musiała długo czekać - stwierdził z ponurym, ciężkim tonem, nachylając się, żeby pomóc jej umościć się na kanapie.
Sięgając po koc, kiedy już odstawił Geraldine na miękkie siedzisko, wyciągnął również różdżkę, jednym machnięciem rozpalając zaklęciem w kominku. Poduszki również mógłby po prostu przywołać, ale celowo wyszedł z pomieszczenia, żeby złapać oddech.
- Ten jeden raz mnie to nie cieszy - skwitował, bo z powodzeniem mógłby przy tym dodać, że była to bardzo marna satysfakcja z bycia nieomylnym i zawsze mającym rację.
Tym razem wolałby się mylić. Prawić banialuki, mówić bzdury, które mogłaby mu wytknąć i w tym momencie czułby, że nawet nie byłby na nią jakoś specjalnie zły. Wytworzyli sytuację z gatunku tych, w których osoba zwycięska w dyskusji wcale nie była osobą wygraną. Wręcz przeciwnie. Ta trafność miała posmak goryczy. Może nawet metaliczny smak krwi, choć to nie on krwawił. Nie dzisiaj.
- Mhm - również w tym wypadku ani myślał cieszyć się z bycia rozumianym i szanowania jego podejścia.
Oczywiście to wcale nie oznaczało, że wybierał drążenie i kłótnie o to, że powinien lub nie powinien oddzielić od siebie te wszystkie sytuacje. Szczególnie obecną i tamtą z posiadłości Yaxleyów, bo ich relacje były zupełnie inne w tych dwóch momentach. Wtedy mogło się wydawać, że miał do tego bardziej profesjonalne podejście, które sprzyjało zachowaniu spokoju i zimnemu osądowi. Z jednej strony trochę tak było, ale z drugiej nie był w stanie powiedzieć, że podszedł do tego wyłącznie jak zleceniobiorca, któremu naprawdę dobrze za to zapłacono.
Kija a nie zapłacono. Przyjął podstawową stawkę, informując o tym, że to wszystko było w umowie i wychodząc stamtąd najszybciej jak tylko mógł, gdy przekazał odpowiedzialność. Wbrew pozorom uniósł się honorem bardziej niż to było logiczne i finansowo korzystne. To, że celowo wybrał postawę wskazującą na wyłącznie materialne podłoże swojej interwencji było w istocie stertą smoczego łajna, natomiast z uwagi na własną godność wolał, aby to nigdy nie ujrzało światła dziennego. Preferował wersję oficjalną nad uświadomienie Geraldine, że już wtedy był wobec niej miękkim materiałem tylko zachowywał się jak naburmuszony frajer. Wystarczyło, że zakomunikował, że nigdy nie żywił wobec niej faktycznej nienawiści. Nie chciał, żeby miała go za słabego. Szczególnie, że sama była tą jego słabością.
- Jeśli to ci coś ułatwia - odmruknął, najchętniej wzruszyłby ramionami, ale powstrzymał się przed tym.
Wcale nie chciał być tak pasywno agresywny i rozgoryczony jak się jawił. Wręcz przeciwnie. Usiłował wpleść w to jakąś łagodność, żeby nie wychodzić na nieprzystępnego i niezainteresowanego tym, co czuje Geraldine. Istota problemu tkwiła w tym, że otwierając się na jej uczucia momentalnie otworzyłby się także na swoje własne a tego nie chciał. Miał świadomość, że jedno z drugim było połączone w nierozdzielny sposób. Już wcześniej wpływali na swoje nastroje i nastawienie, choć w znacznie lepszym sensie. Poza nielicznymi sporami, jakie do tej pory rozegrały się między nimi (wyłączając, oczywiście, tamte dawne nieporozumienia, nie o nie chodziło) raczej nie emanowali wobec siebie taką energią jak tego wieczoru.
To było inne. Żal i uraza były głębsze. Poczucia winy nie dało się zanegować. Tak samo jak lęku, może wręcz strachu przed tym, co kryła przyszłość, bo świadomość, że to miało być elementem ich wspólnej rzeczywistości była nie do rozmycia. Ignorowali podszepty zbyt długo aż przerodziły się z niemego krzyku w wibrujący w bębenkach wrzask. Wypadki się zdarzały. Tym bardziej w przypadku prowadzenia bardziej ryzykownych interesów, które nieodzownie łączyły się z wieloma większymi konsekwencjami.
Ambroise wiedział, że żadne z nich nie chciało zmuszać tej drugiej osoby do ponoszenia kosztów. Nie musiał pytać, żeby wiedzieć, że odpuściła część bardziej niebezpiecznych działań. To było jasne, wynikało samo z siebie. Szczególnie, że znał ją już na tyle blisko, łączyło ich niewypowiedziane porozumienie, więc skoro on bardziej rozważnie dobierał swoje układy to miał pewność, że ona też tak robiła. Starali się miarkować. Wyczuli jakieś zbieżne granice i próbowali ich nie przekraczać.
Problem w tym, że to było niemożliwe w dłuższej perspektywie. Bez poruszenia tematu wyłącznie mieli dobre intencje. Nie robili nic, żeby faktycznie dostosować do siebie te aspekty życia. Nie spytał o to, w jaki sposób powinien podchodzić do jej pracy. Czy mógł coś zrobić, żeby włączyć się w tę bardzo istotną część życia Geraldine nie tylko po fakcie, kiedy coś się stało i potrzebowała uzdrowiciela. Co gorsza nie mógł powstrzymać się od oceniania jej i tej złości na myśl, że wróciła do domu z ranami, prawdopodobnie doznanymi godziny wcześniej i w dodatku na miotle, którą z hukiem rzuciła na ganku, więc to było jasne.
Gdyby poroznawiali zamiast odwlekać to w czasie, prawdopodobnie mógłby włączyć się w najbardziej ryzykowne akcje. Może nie zostałby łowcą ani specjalistą od polowań na magiczne zwierzęta, ale to nie znaczyło, że nie poszedłby z nią do lasu w teren. To było raczej jasne, szczególnie że już raz spotkali się właśnie w takim miejscu - byli razem w głuszy, choć wtedy skończyło się na tym, że to on potrzebował podparcia. Mimo to raczej sądził, że byłby w stanie nie tylko nie być przeszkodą a wręcz wsparciem i pomocą, bo potrafił być nimi dla innych ludzi, którzy słono mu za to płacili. Byłby nim dla swojej kobiety, gdyby tylko go do tego dopuściła.
Z drugiej strony zachowywał się jak hipokryta. Miał tę świadomość. Tym razem nie ukrywał przed sobą, że całkowicie nieprzypadkowo zgadzał się nie poruszać kwestii zawodowych, żeby nie zmuszać jej do tej wzajemności. Nie chciał, aby się dla niego narażała w jego sprawach. Nie wyobrażał sobie tworzyć z nią duetu w prowadzeniu interesów, które mogłyby mu ją odebrać. Znacznie bardziej rozlegle niż ona pracował z ludźmi. Miał z nimi więcej bezpośredniego kontaktu. Nieczęsto zaszywał się w głuszy. Często zostawał sam ze swoimi obowiązkami, ale współpraca z klientami była u niego znaczną częścią dnia. Ktoś kiedyś spróbowałby wykorzystać ich relację. Szczególnie, gdyby powiązano ich ze sobą w ten sposób - jako duet, nie tylko parę. Nie chciał tego, ale milczenie przestało wchodzić w grę.
Musieli porozmawiać. Musiał zaznaczyć, że nie chciał jej wkładu, ale jednocześnie chciał być częścią jej bardziej ryzykownych interesów. Wiedział jak może skończyć się ta rozmowa. Reguła wzajemności była bardzo istotna w tym, co mieli. Budowali, a przynajmniej usiłowali budować wspólne życie na partnerstwie. Tymczasem on chciał ograniczyć jego zakres. Miał ku temu powody, ale wątpił czy Geraldine zaakceptuje te przesłanki, czy raczej zepną się jeszcze bardziej niż poprzedniego wieczoru.
Byłoby znacznie łatwiej, gdyby oboje zachowali się inaczej. On nie potrzebował łajania. Nie musieli się wzajemnie strofować, przechodzić od defensywy do ofensywy i z powrotem. Żadne z tamtych słów nie musiały paść. Nie był z tego dumny, dlatego próbował naprawić tamte zachowanie poprzez milczenie teraz. W żadnym razie nie było to długofalowym rozwiązaniem. Już zaczynał dusić się od niewypowiedzianych słów, ale jeszcze nie pękł. Nie chciał pęknąć. Potrzebowali całego spokoju jaki mogli z siebie wykrzesać. Całego ciepła w ciemną, ponurą noc, bo choć w łazience było gorąco i parno, Ambroise nie mógł nie dostrzegać lodowatego zimna kryjącego się zarówno w jej jak i w jego wnętrzu. Te ostatnie wydarzenia położyły się cieniem na ich relacji.
- Dobrze - odpowiedział w dalszym ciągu miarkując słowa.
To nie było dobre zachowanie, ale w tym momencie nie dostrzegał lepszego. Powoli odsunął się od niej, zsuwając rękę z kolana i pozwalając Geraldine pochylić się tak, żeby mógł namydlić i spłukać jej plecy. W tym momencie pierwszy raz próbował na nie nie patrzeć. Po raz pierwszy, odkąd zaczęli ze sobą być, uciekł wzrokiem od tego dowodu na to, że każdy dzień mógł być ich ostatnim wspólnie spędzonym.
Ktoś usiłujący być optymistą powiedziałby, że to było przypomnieniem o tym, że potrzebowali chwytać cały czas jaki mają. Mogli w dalszym ciągu żyć pełnią życia, czerpać garściami z tego, co mają. Z uczucia, jakie do niej żywił. Z czegoś, co musiało być miłością, nawet jeśli o tym nie mówił. Mieli to szczęście, że wszystkie ich gesty nie pozostawały nieodwzajemnione. Mogli być przy sobie prawdziwi. Nieliczni mogli cieszyć się czymś takim, ale nieliczni byli też tak bardzo narażeni na stratę wszystkiego w przeciągu zaledwie kilku chwil.
Zawsze był jakiś koszt. Wszystko miało swoją cenę. Idylla nie istniała. Była wyłącznie złudzeniem podtrzymywanym z desperacji i chęci zaznania czegoś na kształt duchowego spokoju wypierającego świadomość jak krucha była część ich układów. To nigdy nie miało być normalne. Ich dom nie był budowany wyłącznie na samych pozytywnych aspektach. Nie wszystkie nawyki i przyzwyczajenia dało się zmienić. Nie wszystkie kompromisy miały rację bytu. Nie o wszystkim mogli spokojnie rozmawiać. Nieważne jak bardzo by to odwlekali. Tę rozmowę. To ich dom miał być najbezpieczniejszym miejscem - musieli o to zadbać. Wszędzie indziej nie mogli na to liczyć.
- Na pewno? - W głosie Greengrassa zabrzmiało powątpiewanie. - Ściśnięty żołądek nie oznacza nasycenia - to mógłby być troskliwy komentarz, gdyby nie to, że Ambroise był świadomy tego, że sam wywołał u niej ten ścisk żołądka.
Bowiem co do tego, że właśnie o to chodziło w nie byciu głodną nie miał nawet odrobiny wątpliwości. Sam od wcześniejszego wieczoru nie czuł się głodny. To było pokłosie wszystkich złych decyzji i niewłaściwych nawyków. Powinni spróbować to zmienić. Nie sądził, aby powiodło im się zjedzenie wspólnie kolacji, ale mogli spróbować. Co najwyżej udawać zaangażowanie w przegrzebywanie zawartości talerza. Poza tym musiał zająć czymś ręce. To nie brzmiało jak najgorszy sposób spędzenia wieczoru - mógł skupić się na krojeniu i miarowym mieszaniu robiąc z tego niemalże równie istotny proces co w przypadku przygotowania eliksirów.
- Więc będzie kanapa - kiwnął głową, przesuwając dłonie pod nią, żeby podnieść ją do góry, dając się objąć za szyję.
Zazwyczaj czemuś takiemu towarzyszyła ta pozytywna energia. Rozbawienie, fascynacja, obietnica igraszek, szeroki uśmiech i lekkość ducha. Skradłby jej pocałunek, obrócił się kilka razy, roześmiałby się niepoważnie, bo zazwyczaj wiedział jak to musiało wyglądać, gdy nosił na rękach kogoś swojego wzrostu.
Natomiast w tej chwili starał się zagryźć zęby, stawiając powolniejsze kroki i pomagając sobie nogą w kopnięciu drzwi, żeby przejść przez nie na korytarz do salonu. Brakowało mu lekkości. Jego ruchy były przepełnione sztywnością, na twarzy pojawiał się mimowolny grymas, nawet jeśli na słowa Geraldine zareagował milczącym pokręceniem głową i markotnym:
- Nic takiego. Do przeżycia - to były suche słowa, ale w żadnym razie nie chciał dać do zrozumienia, że potrzebuje litości czy współczucia.
- Przejdzie - nie było to jego pierwsze rodeo, prawda?
Potrzebowała pomocy, więc zaangażował siły w to, żeby jej ją zapewnić. Ostatnim, czego mógłby chcieć było danie mu do zrozumienia, że miała w związku z tym jakieś wyrzuty sumienia albo że powinien zrobić coś inaczej. Podjął swoje nierozsądne decyzje. Zbierał ich pokłosie. Był tego świadomy, ale nie chciał, żeby to rzutowało na nią. Koniec tematu. Nie potrzebował już głaskania po głowie, szczególnie po poprzednim wieczorze.
- Miałem na to cały dzień - dodał, spojrzeniem sugerując, że nie wykorzystał tego czasu na potrzebny odpoczynek.
Jeśli nie miała czasu przejrzeć się jego prezencji to lustro na ścianie w korytarzu i bliskość jej policzka przy jego przybrudzonym ziemią były raczej jednoznaczne. W tym mentalnym stanie nie mógł odpocząć. Wręcz przeciwnie - bywały takie chwile, kiedy podświadomie wybierał jeszcze większe zmęczenie, żeby nie myśleć o niczym innym. To był jeden z takich dni.
- Przyniosę ci dodatkowe poduszki i poszukam eliksirów, żebyś nie musiała długo czekać - stwierdził z ponurym, ciężkim tonem, nachylając się, żeby pomóc jej umościć się na kanapie.
Sięgając po koc, kiedy już odstawił Geraldine na miękkie siedzisko, wyciągnął również różdżkę, jednym machnięciem rozpalając zaklęciem w kominku. Poduszki również mógłby po prostu przywołać, ale celowo wyszedł z pomieszczenia, żeby złapać oddech.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down