• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine

[08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#17
15.10.2024, 00:29  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.10.2024, 01:13 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
- Może przez chwilę się da. Przez chwilę da się wszystko - odrzekł wyraźnie nawiązując do tego ciężkiego klimatu między nimi - przemilczanych faktów, które rzeczywiście przez chwilę dało się dogodnie odłożyć zanim nie wysypały się z szafy jak pospiesznie wepchane trupy.
Na parę miesięcy skutecznie posprzątali w ten sposób. Zrobili sobie miejsce na nowe wspólne życie. Odmalowali ściany, odnowili podłogi, położyli miękkie dywany, wymienili wszystkie trefne meble uprzednio solidnie przeznaczając czas na wypróbowanie ich trwałości. Wstawili lampy i dekoracje, zawiesili talizmany. Zrobili niemalże wszystko poza zadbaniem o fundamenty. Te przez cały czas gniły od spodu. Jeszcze dało się je ratować? Mieli na to czas? Chcieli to robić?
Chciał, ale przez jej defensywną postawę zaczął zastanawiać się czy ona również tego pragnęła a nie przepraszała go również za to, co zaczęła planować. Za jeszcze niewypowiedziane wybacz, ale ja... które w jednej chwili zawaliłoby ich mały dom. Nie spodziewał się, że oddanie władzy może być takie ryzykowne i wprawiać go w taki nastrój.
Niby mówiła mu te wszystkie rzeczy. Komentowała to, że nie powinien się przemęczać, ale nie był już czegokolwiek pewny. Gdzieś tam pod tą melancholią i wycofaniem wyczuwał coś, co bardzo mu się nie podobało. Nie chciał tak tego odbierać, ale to było silniejsze od niego. Po prostu przychodziło znienacka i sprawiało, że robił się jeszcze bardziej milczący. Zazwyczaj nie prowadzili rozmowy w ten sposób. Konfrontowali się lub nie. Nie zachowywali się jak kulturalna, wycofana wieloletnia para na skraju rozpadu małżeństwa.
Ta myśl była jak obuch w głowę.
- Zgadza się - stwierdził zamiast spróbować zweryfikować to, co zaczęło leżeć mu na wątrobie. - Zostało jeszcze parę rzeczy do zrobienia, ale jesteśmy bliżej niż dalej - tylko czego?
Doprowadzenia tego miejsca do porządku, szczerej rozmowy i powrotu do układania sobie życia we wspólnym gniazdku? Czy może wręcz przeciwnie - przygotowania miejsca dla nowych właścicieli, którzy przyszliby tu po nich? Interpretacja jej zachowania jeszcze nigdy nie przychodziła mu z aż takim trudem. To pobudzało zarówno dalszą obawę, jak i narastającą złość, bo nader wszystko nie lubił niedopowiedzeń. Sam miał na nie teraz mimowolny wpływ zachowując się w taki a nie inny sposób, ale to dogodnie przestał zauważać, kiedy poczuł się do tego popchnięty.
To była spirala zaniepokojenia o wszystkie wydarzenia, tę cholerną wiwernę, otępienie Geraldine, nagłą uległość dziewczyny, jego własne wyrzuty sumienia... ...tłumienie w sobie wszystkich słów zbyt długo, przez co zaczął fiksować się na tym, że jest źle. W rzeczywistości wcale nie uważał się za tak dobry materiał na kogoś, z kim można było zbudować solidny związek. Na zewnątrz emanował urokiem osobistym, wewnątrz obecnie czuł się jeszcze paskudniej niż wczoraj, szczególnie że przez niego zaczęła się znowu narażać.
Starał się zachowywać rozsądek, ale cóż...
...pękł. A potem po raz kolejny, kiedy usłyszał odpowiedź na swoje słowa i bezwiednie zamrugał dwukrotnie. Szybko i niekontrolowanie. Spodziewał się, że zimna powierzchowność i jakże profesjonalne zachowanie rasowego uzdrowiciela będą dla niej czymś trudnym do przełknięcia, ale nie tego, że Geraldine zareaguje zadowoleniem na jego narastającą irytację.
To zbiło go z tropu. Momentalnie. Nie do zaprzeczenia.
- No teraz to mi się odechciało - rzucił niechętnie, aczkolwiek z większym... ...rozluźnieniem? Cholernie mieszała mu w głowie tymi ostatnimi zachowaniami. - Jesteś moją pacjentką, a co do opierdalania... ...dziękuję, nie mam ochoty - to było zaskakujące, ale swoją reakcją naprawdę zadusiła jego krótki lont znacznie skuteczniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Niż ktokolwiek wcześniej także. Czuł się tym zmieszany, trochę nie na miejscu, zbity z tropu, jeszcze trochę bardziej nie na miejscu, ale także spokojniejszy. Na ten dziwny sposób, który przynosił nieoczekiwaną ulgę, ale także wrażenie, że przez wszystkie ostatnie minuty całkowicie niepotrzebnie przesadzał a to go znowu trochę podkurwiało.
- Mówiłaś, że lubisz poetów, więc się uczę - zasugerował; mógłby być bardziej żartobliwy, szczególnie że wyszło mu to dosyć drętwo i wymuszenie, ale dochodził do wniosku, że nie chciał dać jej tego, na co się szykowała.
Nie chciał krzyczeć. Nie tym razem. Chłód i późniejszy warkot wystarczyły. Były granice, których nie chciał przekraczać tego wieczoru. Wystarczyło, że był przepełniony wystarczającą ilością posępnych emocji zarówno ze strony Ambroisa, jak i Geraldine. A przecież dopiero niedawno zaszło słońce.
- Ciągnie swój do swego - mruknął jeszcze, zanim zakończył tę wymianę zdań tym, co powinni uczynić już dawno.
To mogłaby być ta upragniona ulga zamknięta w przeciągłym, głębokim pocałunku a potem kolejnym i jeszcze następnym. Bardzo łatwo byłoby się w tym zatracić. Greengrass wiedział to z autopsji. Za każdym razem wyglądało dokładnie tak samo dobrze, nerwy ustępowały, czuł się znacznie bardziej właściwie. Mógł ją zamknąć w ramionach, przytrzymać przy piersi i znowu popaść w ten stan wyparcia wszelkiej konieczności mówienia o tych złych rzeczach.
Przeciągnięcie tego upragnionego stanu poprawy sytuacji między nimi w rozluźniającej się atmosferze było odruchowe. Niewiele brakło, aby przeszedł do tego, co robili niemal zawsze, chcąc się do niej zbliżyć i zakończyć najbardziej nerwowe dwa dni, jakie do tej pory przeszli. Nic z żadnych poprzednich sytuacji nie doprowadziło go do takich nerwów, szczególnie że nie umiał tłumić ich bez mentalnych konsekwencji. Nie spodziewał się, że przez jego głowę zaczną przebiegać tak czarne myśli. Mógł z łatwością poczuć się jak kompletny niepotrzebnie zaniepokojony idiota. W dodatku rozjuszony do granic możliwości, ale w dalszym ciągu plączący się w tym, czego tak właściwie chciał - wyjaśnień, spokoju, porozumienia, możliwości wywarczenia wszystkich wyrzutów, opcji wywalenia ich bez tego wprost na śmietnik.
Słodycz warg Geraldine była tak samo otumaniająca jak zawsze, ale gdzieś tam w głębi w tym wszystkim pojawiła się niezaprzeczalna decyzja. Pośród myśli, że wystarczyło tak mało, żeby ich idylla zaczęła osuwać się po piasku wprost do morza, Ambroise doszedł do wniosku, że to ten wieczór musiał być tym, kiedy przestanie zachowywać się unikowo. Nie był tchórzem. Można było o nim wiele powiedzieć, ale to był ostatni raz, kiedy odkładał coś na później.
Musieli to wyjaśnić. Jednak teraz, jutro nie było żadną możliwością.
- Podam ci coś przeciwbólowego. Doraźnie. Reszty nie powinnaś przyjmować na pusty żołądek - stwierdził niechętnie acz stanowczo przerywając pocałunki i przesuwając się, aby wybrać wskazaną buteleczkę.
Niezbyt dogodnie znajdującą się na przeciwległym krańcu ławy, co świadczyło o tym, że w rozkojarzeniu ustawił wszystko zupełnie od dupy strony. Choć może tak było lepiej? Mógł powoli podnieść się z kanapy, zaciskając zęby i kierując kroki w stronę szafki z kubkami, bo należało jeszcze odmierzyć odpowiednią ilość.
- Do dna - zaznaczył w uniesionym kącikiem ust, bo dno było bardzo dobrze widoczne.
Nie trzeba było zbyt wiele, żeby przynieść odpowiedni efekt. Przynajmniej na chwilę, bo to było bardzo doraźne rozwiązanie - całkiem przyjemne w smaku jak na eliksir leczniczy, może lekko paraliżujące język, ale nie najgorsze.
Nie żartował, kiedy mówił, że reszty nie powinno się przyjmować na pusty żołądek. Z uwagi na to bez dalszych ceregieli nachylił się jeszcze raz powolutku, żeby ucałować ją w czubek mokrych włosów i machnął głową w kierunku kuchni w półaneksie.
Stosunkowo szybko podjął decyzję na podstawie nielicznych składników, jakie wpadły mu w ręce. Z uwagi na niedoszłe wyjście na przyjęcie, nie planowali wcześniej zbyt dużych zakupów, więc zapasy niemalże świeciły pustką. Musiał improwizować.
Ale może to i lepiej? Szczególnie, że potrzebował zająć czymś ręce i część uwagi, przygotowując sobie podstawy nie tylko do gotowania, ale także do stanowczego postępowania w zgodzie z tym, co ustalił podczas poszukiwań eliksirów. Nie planował dłużej czekać na dogodny moment. Pewne rzeczy musiały paść tu i teraz. Niezależnie od tego, co miało być później (piękna myśl, tylko niespecjalnie prawdziwa; nie chciał tego robić jak cholera).
- Nie uważam się za złego człowieka - zaczął bardzo powoli, jakby zupełnie znikąd wyciągając właśnie takie spostrzeżenie.
Nie pytała go o to, za kogo się miał. Nie wydawało mu się, żeby jak dotąd dał jej zbyt wyraźne przesłanki do myślenia inaczej. Jasne. Poza tamtymi niechlubnymi wydarzeniami w pokoju na piętrze baru, gdzie pokazał coś wręcz przeciwnego do bycia dobrym człowiekiem, no i może w tych wszystkich chwilach, kiedy we własnym użalaniu się nad tym czynem (nad sobą, ale nie patrzył na to w takich kategoriach) traktował ją w sposób raczej godny pożałowania.
- Stawiam granice na długo przed ludźmi, przed którymi cię ostrzegałem - kontynuował mimo to, wprawnym ruchem miażdżąc mieszankę przypraw w moździerzu, dorzucając do niej trochę świeżych ziół, żeby lekko je ugnieść.
Odkąd zaczęli naprawiać swoją relację, naprawdę starał się pokazać Geraldine od tej dobrej strony. Szczególnie, że w rzeczywistości był kimś znacznie bardziej kontaktowym, nawet całkiem pogodnym, obecnie wręcz szczęśliwym. Nie musiał grać, zwłaszcza kiedy nie sądził, aby musiał to robić przed nią. Korzystał z tego, co mieli. Z możliwości zbudowania sobie czegoś więcej niż mógłby się kiedykolwiek spodziewać, że będzie w stanie z kimś stworzyć.
- Czy żałuję tego, co robię? Nie - a jednak przychodziła pora, kiedy mógł to zburzyć w kilku słowach.
Nie dało się na to przygotować. Ambroise wielokrotnie zastanawiał się nad tym, co mógłby powiedzieć, żeby zabrzmieć jak najmniej brutalnie szczerze, ale tę szczerość zachować. Problem w tym, że jak wielokrotnie wspominał - nie był człowiekiem słowa tylko czynu. Nie umiał pisać przemów ani ubierać ponurej rzeczywistości w piękne słowa. Mógł po prostu mówić, skoro już otworzył usta i zaczął.
- Postępuje w zgodzie ze sobą. Nie odpowiadam za poczucie moralności innych osób - chyba ją uprzedzał, może trochę się tłumaczył - wybierał pierwszą wersję, ponieważ nie chciał dopuścić do siebie możliwości, że ich rozmowa mogła wymagać bardzo głębokich wyjaśnień.
Chciał powiedzieć Geraldine wszystko, co już dawno temu powinno paść z jego ust. Przygotowując posiłek, którego prawdopodobnie nie będą w stanie już tknąć po tej rozmowie. Teraz szło mu przyzwoicie. Zarówno przygotowywanie strawy, jak i mówienie jednym ciągiem bez zbytecznych przerw, zawahania czy miejsca na danie ukochanej do zrozumienia, że powinna się odezwać. Chciał, żeby wpierw go wysłuchała. Przerywając naraziłby się na to, że już nie dokończy. To nie było łatwe.
- Nie zmuszę cię do niczego, czego nie zechcesz. Możesz się... ...wycofać... ...kiedy tego zechcesz. Wezmę na siebie odpowiedzialność - sądził, że to powinno być jasne, że to jest jasne, ale naturalnym było, że chciał jej o tym przypomnieć, mimo że słowa o dobrowolnym odejściu ledwo przeszły mu przez usta.
Nieuchronnie zbliżał się do tej części, w której potrzebował niemal całkowitej ciszy przerywanej wyłącznie dźwiękiem noża miarowo uderzającego o drewnianą deskę do krojenia. Jakikolwiek nieplanowany dźwięk wytrąciłby Greengrassa ze złudnego stanu skupienia. W rzeczywistości w żadnym nie był. Był czujniejszy, bardzo wrażliwy na spojrzenie na swoich plecach.
- Nie mogę dać ci żadnej gwarancji poza tą, że postaram się być z tobą całkowicie szczery. Nie podniosę na ciebie ręki. Nigdy - zaznaczył poważnie; to nie był czas na żarty o klapsach w sypialni czy innych drobnych ubarwieniach, które dotyczyły żaru między nimi. - Świadomie nie zrobię nic wbrew temu, co ci obiecuje. Masz moje słowo - to też było warte zaznaczenia po raz kolejny.
Tak właściwie to jak do tej pory wcale nie powiedział nic ponadto, co już było jasne. Mimo to nie łudził się, że reszta będzie równie przyjemna. Nie po to przeszedł od pocałunków na kanapie do odsunięcia się i znalezienia pozornej równowagi w rutynowych czynnościach. Jeszcze jakiś czas temu trochę dla niego obcych, ale odkąd zaczął do tego podchodzić jak do eliksirów, łatwiejszych i mniej skomplikowanych. Tu zmiażdżyć, tam dodać w odpowiedniej kolejności, wrzucić, przemieszać, zdjąć, wrzucić coś innego, dodać to pierwsze za chwilę. To niemalże była jego praca.
- Dobrze wiesz, że nie da się być neutralnym. Szczególnie w tamtym środowisku. Nie można wejść w nie na chwilę w jedną rolę, jeśli chce się zdobyć zaufanie i odnieść sukces. Raz podjęta decyzja o wmieszaniu się w te sprawy jest wiążąca - kontynuował bez przerywania jednej czy drugiej czynności.
Miał zajęte zarówno ręce, jak i usta, a tym samym również głowę - nie mógł przykładać jeszcze uwagi do tego, że być może mówił coś w niewłaściwym tonie albo w zniechęcający sposób. Starał się to przedstawiać jako zbiór suchych faktów.
Tylko Geraldine mogła stwierdzić jak mu to wychodziło. Dla siebie brzmiał drętwo I wymuszenie, ale nie nieszczerze. Chyba po raz pierwszy był kompletnie, niezaprzeczalnie szczery bez przemilczania niewygodnych fragmentów. Nie liczył na to, że jego wysiłek zostanie doceniony. Prawdę mówiąc starał się na nic nie liczyć, żeby boleśnie się nie zawieść.
- Wbrew pozorom uzdrowiciel nie ma wielkiego poszanowania na Nokturnie ani na Ścieżkach - musiał to zaznaczyć, bo już kiedyś pokrętnie wyjaśnił jej, że w jego pracy nie było zbyt wiele faktycznego uzdrowicielstwa.
Poza Mungiem miał od tego prywatną praktykę, którą świadczył dla osób takich jak jej rodzina. Była tego świadoma.
- To nie jest to, do czego potrzeba nieoficjalnych układów. Umowę o leczenie można podpisać jawnie - stwierdził, przesuwając garnek tak, żeby ogień rozprzestrzeniał się równomiernie pod dnem.
Miał nadzieję, że tylko pod dnem. Nie w ich nowym życiu.
- Mój zakres usług jest znacznie szerszy, tego wymaga odpowiedzialność za dokonane wybory - tak jak już wspomniał, nie dało się wybrać wyłącznie wyrywka z zakresu.
Trzymać się wyłącznie leczenia. Być człowiekiem od uzdrawiania i nic więcej. Prędzej czy później zdarzały się rzeczy wymuszające zrobienie czegoś więcej. Najpierw jednej drobnej rzeczy. Potem kolejnej, trzeciej, czwartej, piątej. Lista zaczynała robić się coraz dłuższa. Jednorazowe przysługi stawały się pełnowymiarowymi zleceniami. Nie można było się z tego wypisać. Nie pośród takich ludzi jak ci w półświatku, szczególnie jeżeli zdążyło się poznać ich sekrety. Było się z nimi albo przeciwko nim.
- Pośredniczę w wielu transakcjach. Oceniam wartość roślin i gotowych eliksirów. Wydaję opinię o przydatności i cenie. Weryfikuję prawdziwość produktu. Dbam o obstawę... ...czasami merytoryczną, czasami medyczną, zdarza się, że inną - zaznaczył, bo pod tym pojęciem mogło kryć się naprawdę dużo różnych znaczeń i wiele pomniejszych aspektów; wyjaśnianie tego zajęłoby zbyt dużo czasu, którego czuł, że teraz nie ma.
Szedł za ciosem. Płynął z prądem, choć odnosił wrażenie, że jest wręcz przeciwnie - wysiłki w sformułowaniu logicznych zdań przypominały płynięcie pod prąd. Machanie bez większego sensu. Za to kosztujące go bardzo dużo energii i wymuszonego opanowania. Ten wieczór wyczerpywał wszystkie zasoby spokoju, jakie miał w sobie Ambroise. Greengrass zdawał sobie z tego sprawę, dlatego nie zostawiał nic na jutro.
Jutro nie miał mieć na to siły. Jutra mogło przez to nawet nie być.
- Nie handluję jako dostawca. To pośrednictwo. Czasami transakcje wymienne. Nie stronię od możliwości kupna czegoś wartościowego - uprzedził, ponieważ to było coś, co wyszłoby prędzej czy później.
Szczególnie w przypadku tworzenia przydomowego ogródka, do którego być może nie ściągał nic jawnie nielegalnego, ale lubił mieć przy sobie kilka bardziej przydatnych roślin o wątpliwej reputacji. Znajdował dla nich cały bukiet zastosowań.
- Warzę... ...różne rzeczy. Trucizny tak samo jak antidota - tak, między innymi jednych lub drugich.
To dawka czyniła substancję. Ta sama roślina w odpowiednio skondensowanym wyciągu mogła przynieść ulgę lub skrócić mękę. Mogła pomóc na różne sposoby. W zależności od tego, do czego była niezbędna i w jakim celu się ją hodowało.
- Nie jestem niewinny, zagmatwany, nikt mnie do niczego nie zmusza ani nigdzie nie trzyma - nadal trzymał się dokładnie tego samego tonu, jednorodnej barwy głosu, tempa mówienia, nacisku kładzionego na wypowiadane słowa.
Nie zostawiał żadnej przestrzeni na to, żeby mogła z powodzeniem przerwać mu jego wywód. Raz wybity nie wróciłby do tego w sposób, w który chciał zakończyć swoje wyznanie będące jednocześnie należytym przedstawieniem realnej sytuacji, którą brała sobie na barki będąc z nim na poważnie. Nie dało się dłużej układać wspólnego życia na milczeniu.
- Rosier był jedynym człowiekiem, którego krew mam na rękach - nie spojrzał na nią, ale położył znaczący nacisk na to, żeby zaznaczyć ten stan rzeczy, jednocześnie trochę zbyt mocno i głośno dociskając nóż do deski do krojenia.
Po raz pierwszy od tamtego pamiętnego dnia, kiedy wspólnie porozumieli się, co do tego, że chodziło o Williama Rosiera, z ust Greengrassa padło to nazwisko. Miał nadzieję, że to był jednocześnie ostatni raz.
- Ale nie był jedynym, do którego krzywdy się przyczyniłem. Nie mam złudzeń. Ty też nie powinnaś. Nie zadaję niepotrzebnych pytań. Czy wiem, do czego służą rzeczy, które przygotowuję? Owszem. Mam świadomość tego, co warzę. Rozpisuję dawki w oparciu o szczątkowe informacje, ale one wystarczają, żeby wiedzieć. Mimo wszystko mam czyste sumienie - nie chciał, żeby to brzmiało nieludzko, ale gdyby przejmował się każdym stworzonym eliksirem i tym, gdzie zostanie użyta szkodliwa substancja, pewnie już dawno skończyłby w Lecznicy Dusz.
Był dobry w tym, co robi. Nie chciał leczyć następstw swoich własnych błędów w proporcjach składników. Wszystko musiało być tak skuteczne jak tylko należało. Musiał znać cel, żeby zaproponować rozwiązanie a następnie dostarczyć towar wraz z sugestią dawkowania opartą na bardzo podstawowych danych. Nie wiedział, na kim używano trucizn. Nie znał personaliów, ale wiedział, że przygotowuje coś do zapewnienia starszemu, otyłemu mężczyźnie rozległego zawału serca, z którego ten już nie miał wyjść. Że miało to wyglądać naturalnie i nie można było pozwolić sobie na spartolenie czegokolwiek.
- Ciężko stwierdzić, co tak naprawdę robię. Przyjmuję i odrzucam różne zlecenia - nieznacznie wzruszył ramionami. - Często chodzi wyłącznie o kwestię ceny - był z nią tak szczery jak obiecał.
Nie kierowały nim żadne wyższe pobudki. Zazwyczaj chodziło o bardzo proste sposoby wynagrodzenia jego wysiłków. Nie robił nic w imię wyższego dobra, nie zamierzał zasłaniać się tym przed Geraldine, żeby załagodzić brzmienie swoich słów.
- Może raczej o korzyści. Nie brakuje mi galeonów. To nie dlatego robię to, co robię - uniósł kącik ust w kwaśnym półuśmiechu, którego nie mogła zauważyć.
Na szczęście? Może nieszczęście? Nie patrzył na nią, więc nie wiedział jak odbierała jego wypowiedź. Wewnątrz chciał obrócić się do niej przodem, ale jednocześnie równie mocno stronił od tej konieczności. Nie chciał dostrzec czegoś, co nie dałoby mu siły, by dokończyć to, co zaczął. Powiedział a, b, c, d, e i nawet nie wiedział czy w ogóle był w połowie. Trudno było stwierdzić, gdzie krył się koniec słów, kiedy próbował formułować je na bieżąco. Planował skończyć wtedy, kiedy ten koniec pojawi mu się na ustach. Żywił nadzieję, że nie wcześniej - przez wymuszone okoliczności.
- Lubię takie życie. Do tej pory nie musiałem myśleć o konsekwencjach poza dbaniem o to, by te interesy nie miały jak wypłynąć i odbić się na dobrym imieniu rodu - kolejna dawka bezpośredniej i niezakłamanej szczerości.
Robił to, co robił. Zachowywał się jak ktoś niezależny, komu wszystko przychodziło łatwo i niewymuszenie, jakby wcale nie zastanawiał się nad swoją opinią wśród ludzi. Fakty były takie, że dopóki opinia o Greengrassach nie była poszlakowana przez to, co Ambroise sobą reprezentował, dopóty faktycznie nie przykładał do tego zbyt dużo uwagi. Miał baczenie bardziej na swój ród niż na siebie.
- Wiesz. Nigdy nie sądziłem, że zacznie mi zależeć. Skomplikowałaś sprawę. Nie będę tego ukrywać. Staram się nie popełnić błędu. Samemu miałem to pod kontrolą - w tonie głosu Ambroisa zabrzmiało coś na kształt rozbawionej goryczy skierowanej ku samemu sobie.
Jakże głupi był myśląc, że całe życie będzie w stanie z powodzeniem unikać czegoś, co w tym momencie przynosiło mu uciechę, ciepło i szczęście. Wiele lat nie patrzył na to w takim kontekście. Wręcz machał ręką, wyśmiewając tych wszystkich zakochanych głupców rezygnujących z błogiej wolności na rzecz zobowiązań wobec kogoś, kto mógł ich potem zniszczyć w kilku słowach bądź gestach. Nie widywał zbyt wielu szczęśliwych związków. Naturalnie przyjął, że lepiej jest mu samemu z krótkotrwałymi wyskokami niż w sidłach.
- To jest problematyczne. Jesteś dla mnie problematyczna. Jako nieoczekiwana zmienna w ułożonym równaniu - to brzmiało trochę niewłaściwie jak na to, co wnosiła w jego życie, ale tak to wyglądało.
Była tym nieplanowanym, nieoczekiwanym elementem, który sprawił, że zamiast znanej formuły natrafił na coś zupełnie innego. Razem tworzyli coś, czego Ambroise ani trochę się nie spodziewał.
- Od czasu diagnozy w Hogwarcie, planowałem intensywne, najpewniej krótkie życie bez zobowiązań innych niż zawodowe - a jednak to były fakty.
Mimowolnie zacisnął usta, poprawiając garnek po raz kolejny zanim wrzucił do niego pierwszą część składników, dalej usiłując skupić się na krojeniu i ciągłym kontynuowaniu wypowiedzi, zwłaszcza że wkroczył na bardzo grząski teren.
- Roselyn miała przejąć rodzinne interesy. Z powodzeniem może być dziedziczką. Czasy się zmieniają. Chcemy tego czy nie. Kiedy ojciec umrze, być może będzie w stanie zastąpić go w oczach większości czystokrwistych czarodziejów albo znajdzie kogoś, kto będzie jej twarzą. To urodzona manipulantka. Mamy to we krwi - stwierdził z odrobiną rozgoryczenia i braku powagi wobec tego jak dziwnie to zabrzmiało wypowiedziane na głos.
Rękami i nogami zapierał się przy byciu konserwatystą, natomiast bardzo ochoczo pozbywał się wszystkiego, co miało związek z byciem dziedzicem i głową rodziny. Jak na kogoś bardzo lubiącego władzę, zadziwiająco łatwo ją oddawał. Nikt go o to nie prosił. Po prostu sam przyjął ten scenariusz, układając go sobie w głowie i jak do tej pory całkiem skutecznie go wcielając w życie.
- Nie wiem, czego więcej możesz potrzebować - powiedział powoli, zmieniając ton nie na pytający, ale na znacznie mniej zdecydowany niż wcześniej.
Tak. To chyba był ten koniec wypowiedzi. Prawdopodobnie nie miał już więcej słów. Wyczerpał ich zasób. Wyłożył je na metaforycznej srebrnej tacce przed kobietą, starając się nie zastanawiać nad tym czy ta zrzuci je wściekłym ruchem ręki, przyjmie rzeczywistość taką jak jej dawał, będzie dyskutować, zamknie się w sobie, pogna go, zrezygnuje ze wszystkiego, co mają. Nic nie wiedział. Niczego nie mógł się spodziewać.
- Masz moją... ...możesz z nią zrobić, co zechcesz - mimo wszystkiego, co już padło, to jedno słowo stanęło mu w gardle; pozostało tam, mimo kontynuowania.
- Jeśli chcesz odejść... ...co byłoby kompletnie niezrozumiałe, bo jestem wyśmienitą, jedyną w swoim rodzaju partią... ...to nie oczekuj, że dam ci to zrobić bez słowa. Nie jestem lebiegą w ciemię bitą. Nie rezygnuje z czegoś, bo to rozsądne czy wygodne, nie mogę cię do niczego zmusić. Nie mam takich zamiarów, ale nie pozbędziesz się mnie tak łatwo - próbował zażartować.
Chyba? Złagodzić to jakoś? To nie było w jego stylu, ale z drugiej strony już nie wiedział, co w nim jest. Na pewno wyznania nie były czymś, co robił wobec kogokolwiek. Nie odkrywał tak kart w ten sposób ani w żaden inny, jeżeli miałby być szczery. Ani tym bardziej nie nastawiał się na to, że może... Może właśnie wszystko zawalił.
- No tak. Chyba to mamy - odchrząknął, mieszając w garnku i milknąc.
Również jak nie on.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (25729), Geraldine Greengrass-Yaxley (22689)




Wiadomości w tym wątku
[08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 15:19
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 17:59
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 19:39
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 20:21
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 22:31
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 23:28
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.10.2024, 02:55
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.10.2024, 11:39
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.10.2024, 20:20
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.10.2024, 22:14
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 00:12
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 11:18
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 13:05
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 15:05
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 19:10
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 22:18
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.10.2024, 00:29
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.10.2024, 13:43
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.10.2024, 18:08
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.10.2024, 22:47
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.10.2024, 14:36
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.10.2024, 00:26
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.10.2024, 13:46
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.10.2024, 21:19
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.10.2024, 23:26
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.10.2024, 00:39

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa