15.10.2024, 02:50 ✶
- To nie czy raczej nie? - Nie mógł nie skorzystać z okazji i nie przyczepić się słówek tak jak ona wcześniej to zrobiła.
Był w tym całkiem można powiedzieć ugodowy - z nutą prowokacji, ale bez uszczypliwości i pasywnej agresji sprzed chwili.
- Zaczekaj z tą zmianą aż będziesz zmuszona uciekać przed ślubem - prychnął unosząc brwi i jednocześnie kącik ust. - A wtedy profilaktycznie złóż śluby milczenia, bo faktycznie. Niewyparzoną gębę masz po Greengrassach - w sumie miała rację.
Chyba pierwszy raz tego popołudnia... ...wieczoru?... ...nie wiedzieć kiedy zaczęło się robić trochę ciemniej, ale rzut oka w kierunku okna wystarczył, żeby przewalić to na nadciągającą letnią burzę a nie utratę poczucia czasu. Idealny klimat im się tu tworzył. Naprawdę. Adekwatnie dramatyczny do wszystkiego, co już zdążyło paść, teraz opadło wraz ze stopniową zmianą atmosfery, ale zaraz znowu mogło wybuchnąć, bo z nimi naprawdę nigdy nic nie było wiadomo. Ojczulek miał naprawdę mocne geny.
- Nie sądziłem, że to kiedyś powiem, ale masz - odchrząknął znacząco, szykując się na tę rewelację - Rowle są jeszcze całkiem przyzwoici. Oczywiście poza wiadomą tendencją do wydawania młodocianych panienek za starych dziadów - oczywiście, że pił do małżeństwa jego ojca i jej matki - niby to nie było nic niestandardowego, ale musiał się o coś przywalić.
Nie byłby sobą, szczególnie teraz w tym stanie, gdyby tak po prostu stwierdził przynajmniej chujowe geny Thomasa są u ciebie równoważone przez trochę mniej pochrzanionych Rowle'ów. Nie. To byłoby nazbyt dużo komplementów w kierunku Evelyn jak na jego standardy, nawet jeśli najgorsze epizody wzajemnej antypatii były już za nimi.
- Mulciberowie to są dopiero elementy. Ciesz się, że masz tylko połowę zjebania. Z drugiej strony to wygodne mieć je pełne. Mogę sobie wybierać czy być dziś pojebany jak tatuś czy popierdolony po mamusi - ni to prychnął, ni to zaśmiał się szczekliwie. - Znasz mnie. Są we mnie dwa wilki. Jeden konfrontuje się i żre o najmniejszą pierdołę. Drugi dogodnie spierdala i pali mosty - rozłożył ręce, jakby chciał podkreślić niewypowiedziane, ale mocno brzmiące weź tu nadążaj.
Tak właściwie to w tym momencie był całkiem samoświadomy jak na niego. Otwierał sobie umysł tym bardzo średnim połączeniem odurzaczy albo ki cholera. Nie analizował tego, bo zbyt mocno wiercił dziurę wzrokiem w swojej jakże światłej rozmówczyni dopóki nie oddała mu jointa. A wtedy też szybko wrócił do obdarzania jej badawczym (a może po prostu zjaranym?) spojrzeniem.
Dalej mówiła banialuki, ale próbował rozumieć tę pokrętną logikę. Nie rozumiał.
- Dla większości bogatych, wpływowych skurwysynów... ...damskich i męskich, nieistotne... ...żaden stary dziad nie jest tak zawistny w stosunku do młodej panny... ...no, dla większości wpływowych skurwysynów to naprawdę nie ma żadnego znaczenia, Roo - skwitował może trochę się przy tym plącząc, ale raczej niespecjalnie zwracając uwagę na to, że przekroczył pewną granicę upojenia alkoholowego a w dodatku przytępił sobie zmysły jointem, który przekazał Roselyn.
- Szczególnie czystokrwiści jaśniepanowie niekiedy nawet nie próbują się z tym przesadnie kryć. To jest powszechnie tolerowane w milczeniu - przyznał bez ogródek.
W żadnym razie nie chciał niszczyć nadziei siostry na to, że uda jej się zostać tą całą skrzywdzoną narzeczoną. Ze swoim urokiem osobistym i naturalnym czarem być może była w stanie wywołać kilka smutnych westchnień i dostać parę pocieszających uścisków, ale raczej niezbyt dużo wyrozumiałości ze strony większości zdradzanych żon i zdradzających mężów, którzy od wielu lat żyli w takich układach. Ścielili sobie wspólne łoże albo już nie, bo dogodnie przestali ze sobą sypiać. To była przykra rzeczywistość. Szczególnie w wielu aranżowanych małżeństwach dla wyższych korzyści.
- Co innego, gdybyś to ty go zdradzała na prawo i lewo. Wtedy mogłabyś wywołać skandal. Zniszczyć sobie reputację - przypomniał i choć nie przywoływał żadnych przykładów, co najmniej kilka cisnęło się na myśl.
Co prawda niekiedy takie sprawy unikały publicznego osądu. Jeżeli obie rodziny chciały pójść na układ, rozwiązania porozumień były możliwe nawet na długo po zawarciu związku małżeńskiego. Narzeczeństwa zrywano z różnych powodów. Ba. Przykładem byli jego właśni rodzice, którzy przez bardzo krótki czas byli ze sobą zaręczeni. Tyle tylko, że bardzo nie polecał siostrze konieczności wyjazdu zagranicę i osiedlenia się jak najdalej, aby uniknąć pokłosia swoich decyzji. Nie chciał tego dla niej.
- O nim najpewniej poplotkują, wyśmieją twoją naiwność, ponazywają cię biednym dziewczątkiem a potem przyślą prezent zaręczynowy - był brutalny?
Możliwe, ale znacząco spuścił z tonu odkąd z ironicznym rozbawieniem wypowiadali się o dziedziczonej skłonności do robienia sobie w życiu pod górkę i sabotowania wszystkich swoich szans na święty spokój. No i po prostu, nie można było tego ukrywać, emocjonalnego popierdolenia. I to nie tylko na punkcie Kniei, rodzinnych przekonań i takich innych. Ogólnie chyba na każdej płaszczyźnie życia.
- Chuja ich obchodzi czy będziesz szczęśliwa, dopóki to nie ty jesteś problemem. Tobie wytkną złe zagięcie na falbance sukni ślubnej, w którą cię wsadzą - stwierdził sam nie wiedząc, odkąd to zrobił się taki poetycki w porównaniach.
Może to był ten alkohol, może joint, który wziął od Roselyn i teraz w dalszym ciągu bezwiednie wypalał. Ignorując tą powszechnie znaną prawdę, że alkohol i trawa, szczególnie w tej kolejności nie były zbyt dobrym połączeniem. Chwilowo czuł się raczej całkiem przyjemnie. Na pewno lepiej niż jeszcze przed chwilą. Ponurakiem ewidentnie był z natury, bo mu to nie przeszło, ale przynajmniej już nikogo nie żarł.
- No. Borginowie mają trochę mniejsze poważanie, ale nie sądzę, żeby to było łagodzące w tych okolicznościach - kląsnął językiem o podniebienie, wypuszczając całkiem ładne kółeczko w kierunku sufitu pociemniałego od tych wszystkich papierosów (i nie tylko) jakie tu kiedyś wypalił. Wypalili.
Gdyby przejmował się stanem tego mieszkania, pewnie stwierdziłby, że konieczne jest odświeżenie farby. Co najmniej to. Natomiast miał to w poważaniu niezależnie od momentu, w którym o tym myślał. Miał znacznie poważniejsze problemy niż zabrudzenia na suficie. Teraz jeszcze kolejne do dopisania na listę. Czemu nie.
- To beznadziejny plan, ale nie wiem, co mam ci powiedzieć. Jeśli chcesz to wziąć na klatę w ten sposób, kim jestem, żeby ci tego zabraniać? Będzie tak jak mówisz. Szambo. Rzadkie smocze łajno wybije wszędzie - dołożył swoje trzy knuty do wizji roztoczonej przez Roselyn, kręcąc głową z nagłą posępną powagą. - Spróbuj się w nim nie utopić - tu ci nie pomogę, nie planował tego dodawać.
Konkluzja była jasna. Miał swoje przekonania. Zasady i reguły. Od dekad szczerze nienawidził Borginów. Jeszcze od czasów wczesnoszkolnych. Raz wbrew logice zbliżył się do tamtej rodziny. To skończyło się raczej w taki sposób, że nie dopuszczał możliwości kolejnego zaangażowania się w sprawy emocjonalnie powiązane z tamtą bandą.
Kochał młodszą siostrę, chciał dla niej wszystkiego, co najlepsze. Uchyliłby jej nieba, przyniósł gwiazdkę, ale tu musiał postawić granicę. Nie chciał kręcić żadnych interesów z rodziną jej udawanego narzeczonego. Najlepszym rozwiązaniem było, żeby trzymał się z daleka od tego tematu. W tym od poznawania Borgina wybrańca.
- Właściwie to czasami zastanawiam się, jakim cudem jeszcze na niego przy tobie nie wyszedłem - skwitował parsknięciem.
Był w tym całkiem można powiedzieć ugodowy - z nutą prowokacji, ale bez uszczypliwości i pasywnej agresji sprzed chwili.
- Zaczekaj z tą zmianą aż będziesz zmuszona uciekać przed ślubem - prychnął unosząc brwi i jednocześnie kącik ust. - A wtedy profilaktycznie złóż śluby milczenia, bo faktycznie. Niewyparzoną gębę masz po Greengrassach - w sumie miała rację.
Chyba pierwszy raz tego popołudnia... ...wieczoru?... ...nie wiedzieć kiedy zaczęło się robić trochę ciemniej, ale rzut oka w kierunku okna wystarczył, żeby przewalić to na nadciągającą letnią burzę a nie utratę poczucia czasu. Idealny klimat im się tu tworzył. Naprawdę. Adekwatnie dramatyczny do wszystkiego, co już zdążyło paść, teraz opadło wraz ze stopniową zmianą atmosfery, ale zaraz znowu mogło wybuchnąć, bo z nimi naprawdę nigdy nic nie było wiadomo. Ojczulek miał naprawdę mocne geny.
- Nie sądziłem, że to kiedyś powiem, ale masz - odchrząknął znacząco, szykując się na tę rewelację - Rowle są jeszcze całkiem przyzwoici. Oczywiście poza wiadomą tendencją do wydawania młodocianych panienek za starych dziadów - oczywiście, że pił do małżeństwa jego ojca i jej matki - niby to nie było nic niestandardowego, ale musiał się o coś przywalić.
Nie byłby sobą, szczególnie teraz w tym stanie, gdyby tak po prostu stwierdził przynajmniej chujowe geny Thomasa są u ciebie równoważone przez trochę mniej pochrzanionych Rowle'ów. Nie. To byłoby nazbyt dużo komplementów w kierunku Evelyn jak na jego standardy, nawet jeśli najgorsze epizody wzajemnej antypatii były już za nimi.
- Mulciberowie to są dopiero elementy. Ciesz się, że masz tylko połowę zjebania. Z drugiej strony to wygodne mieć je pełne. Mogę sobie wybierać czy być dziś pojebany jak tatuś czy popierdolony po mamusi - ni to prychnął, ni to zaśmiał się szczekliwie. - Znasz mnie. Są we mnie dwa wilki. Jeden konfrontuje się i żre o najmniejszą pierdołę. Drugi dogodnie spierdala i pali mosty - rozłożył ręce, jakby chciał podkreślić niewypowiedziane, ale mocno brzmiące weź tu nadążaj.
Tak właściwie to w tym momencie był całkiem samoświadomy jak na niego. Otwierał sobie umysł tym bardzo średnim połączeniem odurzaczy albo ki cholera. Nie analizował tego, bo zbyt mocno wiercił dziurę wzrokiem w swojej jakże światłej rozmówczyni dopóki nie oddała mu jointa. A wtedy też szybko wrócił do obdarzania jej badawczym (a może po prostu zjaranym?) spojrzeniem.
Dalej mówiła banialuki, ale próbował rozumieć tę pokrętną logikę. Nie rozumiał.
- Dla większości bogatych, wpływowych skurwysynów... ...damskich i męskich, nieistotne... ...żaden stary dziad nie jest tak zawistny w stosunku do młodej panny... ...no, dla większości wpływowych skurwysynów to naprawdę nie ma żadnego znaczenia, Roo - skwitował może trochę się przy tym plącząc, ale raczej niespecjalnie zwracając uwagę na to, że przekroczył pewną granicę upojenia alkoholowego a w dodatku przytępił sobie zmysły jointem, który przekazał Roselyn.
- Szczególnie czystokrwiści jaśniepanowie niekiedy nawet nie próbują się z tym przesadnie kryć. To jest powszechnie tolerowane w milczeniu - przyznał bez ogródek.
W żadnym razie nie chciał niszczyć nadziei siostry na to, że uda jej się zostać tą całą skrzywdzoną narzeczoną. Ze swoim urokiem osobistym i naturalnym czarem być może była w stanie wywołać kilka smutnych westchnień i dostać parę pocieszających uścisków, ale raczej niezbyt dużo wyrozumiałości ze strony większości zdradzanych żon i zdradzających mężów, którzy od wielu lat żyli w takich układach. Ścielili sobie wspólne łoże albo już nie, bo dogodnie przestali ze sobą sypiać. To była przykra rzeczywistość. Szczególnie w wielu aranżowanych małżeństwach dla wyższych korzyści.
- Co innego, gdybyś to ty go zdradzała na prawo i lewo. Wtedy mogłabyś wywołać skandal. Zniszczyć sobie reputację - przypomniał i choć nie przywoływał żadnych przykładów, co najmniej kilka cisnęło się na myśl.
Co prawda niekiedy takie sprawy unikały publicznego osądu. Jeżeli obie rodziny chciały pójść na układ, rozwiązania porozumień były możliwe nawet na długo po zawarciu związku małżeńskiego. Narzeczeństwa zrywano z różnych powodów. Ba. Przykładem byli jego właśni rodzice, którzy przez bardzo krótki czas byli ze sobą zaręczeni. Tyle tylko, że bardzo nie polecał siostrze konieczności wyjazdu zagranicę i osiedlenia się jak najdalej, aby uniknąć pokłosia swoich decyzji. Nie chciał tego dla niej.
- O nim najpewniej poplotkują, wyśmieją twoją naiwność, ponazywają cię biednym dziewczątkiem a potem przyślą prezent zaręczynowy - był brutalny?
Możliwe, ale znacząco spuścił z tonu odkąd z ironicznym rozbawieniem wypowiadali się o dziedziczonej skłonności do robienia sobie w życiu pod górkę i sabotowania wszystkich swoich szans na święty spokój. No i po prostu, nie można było tego ukrywać, emocjonalnego popierdolenia. I to nie tylko na punkcie Kniei, rodzinnych przekonań i takich innych. Ogólnie chyba na każdej płaszczyźnie życia.
- Chuja ich obchodzi czy będziesz szczęśliwa, dopóki to nie ty jesteś problemem. Tobie wytkną złe zagięcie na falbance sukni ślubnej, w którą cię wsadzą - stwierdził sam nie wiedząc, odkąd to zrobił się taki poetycki w porównaniach.
Może to był ten alkohol, może joint, który wziął od Roselyn i teraz w dalszym ciągu bezwiednie wypalał. Ignorując tą powszechnie znaną prawdę, że alkohol i trawa, szczególnie w tej kolejności nie były zbyt dobrym połączeniem. Chwilowo czuł się raczej całkiem przyjemnie. Na pewno lepiej niż jeszcze przed chwilą. Ponurakiem ewidentnie był z natury, bo mu to nie przeszło, ale przynajmniej już nikogo nie żarł.
- No. Borginowie mają trochę mniejsze poważanie, ale nie sądzę, żeby to było łagodzące w tych okolicznościach - kląsnął językiem o podniebienie, wypuszczając całkiem ładne kółeczko w kierunku sufitu pociemniałego od tych wszystkich papierosów (i nie tylko) jakie tu kiedyś wypalił. Wypalili.
Gdyby przejmował się stanem tego mieszkania, pewnie stwierdziłby, że konieczne jest odświeżenie farby. Co najmniej to. Natomiast miał to w poważaniu niezależnie od momentu, w którym o tym myślał. Miał znacznie poważniejsze problemy niż zabrudzenia na suficie. Teraz jeszcze kolejne do dopisania na listę. Czemu nie.
- To beznadziejny plan, ale nie wiem, co mam ci powiedzieć. Jeśli chcesz to wziąć na klatę w ten sposób, kim jestem, żeby ci tego zabraniać? Będzie tak jak mówisz. Szambo. Rzadkie smocze łajno wybije wszędzie - dołożył swoje trzy knuty do wizji roztoczonej przez Roselyn, kręcąc głową z nagłą posępną powagą. - Spróbuj się w nim nie utopić - tu ci nie pomogę, nie planował tego dodawać.
Konkluzja była jasna. Miał swoje przekonania. Zasady i reguły. Od dekad szczerze nienawidził Borginów. Jeszcze od czasów wczesnoszkolnych. Raz wbrew logice zbliżył się do tamtej rodziny. To skończyło się raczej w taki sposób, że nie dopuszczał możliwości kolejnego zaangażowania się w sprawy emocjonalnie powiązane z tamtą bandą.
Kochał młodszą siostrę, chciał dla niej wszystkiego, co najlepsze. Uchyliłby jej nieba, przyniósł gwiazdkę, ale tu musiał postawić granicę. Nie chciał kręcić żadnych interesów z rodziną jej udawanego narzeczonego. Najlepszym rozwiązaniem było, żeby trzymał się z daleka od tego tematu. W tym od poznawania Borgina wybrańca.
- Właściwie to czasami zastanawiam się, jakim cudem jeszcze na niego przy tobie nie wyszedłem - skwitował parsknięciem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down