• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine

[08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#19
15.10.2024, 18:08  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.10.2024, 18:09 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Czy mogli budować dom na tym, co już się stało? Czy jedynie patrzeć na osuwające się zgliszcza, dolewając oliwy do ognia, żeby szybciej poradzić sobie z tym widokiem?
Czuł się jak szczeniak. Zachowywał się jak szczeniak. Gardził tym, ale nie mógł na to nic poradzić. Był szczeniakiem. Przynajmniej odkąd porzucił zdrowy rozsądek na rzecz dogodnego milczenia, przez co kiedy przyszło co do czego, po prostu zaczęło mu brakować słów. Stracił cały zasób słownictwa. Cały słownik. Plątał się w reakcjach, zamiarach, zeznaniach. To było żenujące. Próbował coś z tym robić. Tak samo jak z ciszą między nimi, ale odnosił wrażenie, że znane metody przestały działać, kiedy padły wszystkie złudzenia i mury wokół niewypowiedzianych słów. Nadciągała kolejna fala. To było tylko kwestią czasu.
- W tym stanie w pierwszej kolejności jesteś pacjentką - wzruszył ramionami; sama wybrała motyw tego wieczoru. - Gdybyś nie dała się poturbować moglibyśmy mieć z tego całkiem przyjemną rozrywkę, ale do rannych pacjentów podchodzę poważnie - pozwolił sobie na tę niewielką zaczepną sugestię, szczególnie że poprzedniego wieczoru też potraktowała go w kryteriach wrzodu na dupie zamiast być jego seksowną pomocą medyczną.
Czuł rozgoryczenie wynikające z tego wszystkiego, co się działo, jednakże nie mógł przemilczeć czegoś takiego. Nawet w napiętej atmosferze (szczególnie w niej) czasami był w stanie pozwolić sobie na jakiś nie do końca dojrzały komentarz. W tym wypadku nawiązujący do okazji, której niestety nie mieli przez to, co się między nich wkradło. Przez złość, irytację, gniew, oschłość, unikowość. Złe i pochopne decyzje. Zachowawczość, na którą nie było miejsca, ale i tak ją wepchali do kompletu powracając do znanych schematów.
Powinni coś z tym zrobić. Poprzysięgli sobie, że nie będą potrzebować więcej takich zagrywek. Umówili się, że były raczej żałosne. Spędzili zbyt dużo czasu kręcąc się w kółko a teraz tak po prostu bezsprzecznie wrócili do starej znanej biedy. Był tym bardziej zniesmaczony i rozsierdzony niż to pokazywał, szczególnie że od chłodu przeszedł nie w opierdalanie jej a do czegoś bardziej nieoczekiwanego. W dalszym ciągu nie chciał dać Geraldine satysfakcji z bycia przewidywalnym.
W rzeczywistości nadal obawiał się skutków ich postępowania. Oboje zawalali sprawę. Nie dało się tego dłużej kryć.
- Ciekawe - odmruknął w uniesionymi brwiami, lekko wzruszając ramionami.
Jakimś cudem w dalszym ciągu wodzili się za nos unikając otwartej konfrontacji, jakby mogła przynieść coś znacznie gorszego od tego, co działo się do tej pory. A nie było ani trochę dobrze. Ambroise wiedział, że sytuacja nie mogła się naprostować sama z siebie. Żadna ilość milczenia nie była już wystarczająca. Dostatecznie wykorzystali kartę przemilczenia.
Niemal znowu to zrobili. Kiedy odpowiedziała na jego trochę nazbyt desperacki (no, nieświadomie zabarwiony desperacją) pocałunek mający na chwilę rozwiać napięcie zbyt mocno panujące między nimi, prawie że poddał się temu bez krzty zdrowego rozsądku. Potrzebował poczuć, że w dalszym ciągu mają coś, czego nie zdążyli naruszyć głupimi decyzjami. Zapewnienie o tym, że było co ratować było aż nazbyt kuszące. Bardzo łatwo mógł wpaść w te same sidła, przez które było między nimi znacznie gorzej niż powinno być.
Z tym, że to nie miało przywrócić im równowagi na dłużej niż kilka chwil. W dodatku znacznie mniej satysfakcjonujących przez stan, w którym się znajdowała. Musiał pomóc jej zaleczyć rany - te fizyczne, bo żywił przekonanie, że takie naprawdę boleśnie psychiczne były dopiero przed nimi. Przynajmniej nie próbowała kwestionować jego osądu, wypijając podsunięty eliksir. Choć to wyłącznie w dalszym ciągu ciutkę nazbyt mocno pasowało mu do tej unikowej postawy, którą przyjęła. Tej, która go drażniła.
Wycofał się do kuchni. Tam jeszcze był neutralny grunt. Tam mógł spróbować skupić się na robieniu jednej czynności mającej na celu tworzenie i tylko drugiej mogącej wszystko zniszczyć. Musiał zagryźć zęby i przejść do konkretów. Gotowanie było wyłącznie zasłoną dymną i to kiepską, bo trudno było skupić się na czynnościach (o dziwo nawet tych zautomatyzowanych) i jednocześnie z dużym prawdopodobieństwem zawalać swoją upragnioną przyszłość.
Ambroise powinien cieszyć się z tego, że Geraldine postanowiła dać mu się wygadać. Czuł jej spojrzenie na swoich plecach, jakby nieustannie celowała do niego z kuszy (miał nadzieję, że tylko metaforycznie). Jednocześnie nie przerywała mu ani nie komentowała słów, które opuszczały jego usta. To mógł być dobry znak, ale jednocześnie mogło być to coś wprost przeciwnego. Nie był tego w stanie w żaden sposób interpretować. Nawet nie wiedział czy powinien chcieć.
Poruszał się po jeszcze bardziej grząskim gruncie. Najmniej stabilnym, po jakim kiedykolwiek stąpał. Wcale nie chciał na niego wchodzić. Po prostu już nie czuł, że ma jakiekolwiek inne wyjście. Zbyt długo to odkładali. Ich relacja zaczęła robić się na tyle poważna, że dalsze niedopowiedzenia przyniosłyby im coraz więcej bólu. Był tego żałośnie samoświadomy. Tak samo jak swojego wkładu w odwlekanie czegoś, przez co teraz mogła chcieć tak...
...odejść. Przez co mogła chcieć odejść i nie powinien jej wtedy za to winić. Winnym był wyłącznie on sam i jego obrana ścieżka, z której nie mógł ani nie chciał zejść. Nie był w stanie tego zrobić. Nie przez to, że nie potrafiłby tego zrobić dla Geraldine. Po prostu wiedział, że nie ma wyboru.
Tak jak teraz, kiedy opowiadał jej o swoich interesach, tak na samym Nokturnie czy w głębi półświatka musiał brać odpowiedzialność za podjęte decyzje. Ponosił konsekwencje wszystkich wyborów, nawet jeśli go podduszały. Nawet, jeżeli miał wrażenie, że ziszcza się coś, co przewidywał już od dawna. Nie chciał się angażować. Stronił od tego między innymi z uwagi na to, że nie mógł się zmienić. Nie mógł przestać być sobą.
Miłość nie robiła z niego lepszego człowieka. Nie w takim sensie, w jakim Geraldine mogłaby tego pożądać. Musiał to zakończyć. Powiedzieć wszystko, co miał do powiedzenia i wziąć odpowiedź na klatę.
Przygotowując się na najgorsze, kiedy się do niego odezwała, nie od razu zareagował we właściwy sposób.
- Nie jesteś? - Spytał odruchowo, ale tak - ironizował.
Próbowała zagiąć go tymi samymi oczywistościami, którymi on ją obdarował. To wynikało samo z siebie. Jeszcze nie wiedział jak powinien to interpretować w szerszym kontekście, ale przynajmniej to nie było coś, czego nie chciałby usłyszeć. Było tak pozytywnym zwiastunem jak mogło. Nie miał wielkich oczekiwań. Spełniło je wszystkie dzięki temu jak neutralnie brzmiało.
- Myślę, że co nieco wiem o twoich nieskazitelnych moralach - pozwolił sobie na półuśmiech, ale nie na obrócenie się twarzą do Geraldine.
To nie było najlepsze rozwiązanie. Nie uważał, że powinni prowadzić tę rozmowę w takich warunkach, ale z drugiej strony nie chciał od razu sprowadzać tego do wymiany spojrzeń. Oczy mogły mówić znacznie więcej niż usta. Czasami słowa nie odpowiadały temu, co pokazywały tęczówki i rozszerzone lub zwężone źrenice.
- Wiem. Domyślam się, że to może być przytłaczające - stwierdził powoli, miarowym ruchem mieszając zawartość garnka, żeby zająć ręce. - Ale obiecałem ci szczerość - przypomniał zgodnie z tym, co wielokrotnie mówili. - To otwarte karty. Nie będą bardziej odsłonięte. Możesz mieć pewność - chciała od niego szczerości zatem dostawała już całą, kompletną wersję bez cenzury.
Zbyt długo chowali się pod pozorami. Nie chciał budować kolejnych miesięcy i lat na fałszywym obrazie, jaki mogła mieć Geraldine. Chciał być dla niej człowiekiem z krwi i kości. Nie kimś, kto nigdy nie dorósłby do wyobrażenia, bo nie był większym człowiekiem. Nie kierowały nim żadne wyższe pobudki. Nie miał intencji zbawienia świata przez swoje postępowanie.
Wręcz przeciwnie. To, co robił jako uzdrowiciel w Mungu co najwyżej zerowało się z tym, co robił w półświatku. W najlepszym przypadku, bo czasami szala przekrzywiała się na chwilę na którąś stronę. Nie istniała idealna harmonia. Gdyby musiał przyznać, kim tak właściwie jest i do jakiego typu ludzi należy go przypisać, powiedziałby o sobie wybiórczo neutralny. Nie stał ani po stronie ludzi godnych ani nie był sprzymierzeńcem ludzi spaczonych do szpiku kości.
Było dokładnie tak jak mówił Geraldine. Nie uważał się za złego człowieka. Na tej samej zasadzie nie był dobry. Nie kierowały nim słuszne decyzje a życie w zgodzie ze sobą, swoimi poglądami i interesami.
- Znasz te klimaty. Słuszność to względne pojęcie - ilu ludzi, tyle definicji - poniekąd nawet najgorsi zwyrole często byli święcie przekonani o tym, że postępują właściwie i mają jakiś dobry cel w swoim postępowaniu.
Trudno wyrokować o tym, gdzie leży granica między tym, co właściwie i słuszne a tym, co naturalne i wygodne. Pod tym względem musiał przyznać, że nie był aż tak prostym człowiekiem do odczytania. Miewał różne intencje. Potrafił przyjmować zlecenie konkretnego typu a potem odrzucać kolejne identyczne zasłaniając się swoimi poglądami.
Punkt widzenia zależał od punktu siedzenia. Szczególnie ostatnio, kiedy Ambroise mimowolnie usiłował postępować tak, żeby ograniczyć ryzyko powrotu do domu w takim stanie jak wczoraj. Lub w jeszcze gorszym, bo bywało gorzej - nie dało się ukryć.
- Nie mogę cię zmusić do stania z boku przez cały czas - te słowa przeszły mu przez usta z dużym wahaniem i wyraźną trudnością, jednakże były szczere.
Zdawał sobie sprawę z tego, że to nie byłoby możliwe ani na dłuższą metę, ani tym bardziej na chwilę, która już minęła. Poznali się. Byli do siebie bardzo podobni. Skoro on nie potrafił usiedzieć w domu z myślą, że coś mogło się stać, nie powinien oczekiwać tego po niej. Starał się jak najbardziej dopuścić do siebie jakieś inne możliwości.
Nie miał otwartego umysłu, ale skoro powiedział a i ku ostrożnej uldze nie usłyszał momentalnego odrzucenia to z jego ust padło b, c, d, e, f, g, podjął decyzję. Geraldine także brzmiała na zdecydowaną. To powinno przynieść mu radość, ale w rzeczywistości nic nie było za nimi. Wiele zależało od tego, na ile byli w stanie porozumieć się co do dalszych oczekiwań.
- Możemy spróbować czegoś innego - stwierdził ostrożnie formułując następne słowa, żeby nie przesadzić z optymizmem. - Jeśli uważasz, że jesteś w stanie przyjąć to wszystko. Czasami bardzo kwestinowalne, ale bez kwestionowania. Jeżeli twierdzisz, że wolisz to od milczenia, możemy spróbować to pogodzić - było tu wiele być może, ale Ambroise nie mógł pozwolić sobie na zapewnianie, że wszystko na pewno jest możliwe.
W tym wszystkim było stanowczo zbyt wiele niepewności. Dużo składowych warunkujących o tym, co mogli a czego nie mogli dopuścić. Mogło się stać bardzo dużo różnych rzeczy. Najbardziej stabilna była w tym wszystkim niestabilność - niestety, bo naprawdę wolałby móc zapewniać Geraldine o swoich dobrych intencjach i tym pięknym życiu, jakie na nich czekało.
Tyle, że różowe okulary zostały zdjęte na konieczność poradzenia sobie z brutalną prawdą.
- Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że dasz się zamknąć w domu - tym razem w jego słowach wybrzmiało bardzo delikatne rozbawienie na myśl o tym, że mogła sądzić, że był aż tak optymistyczny.
Nie. Nawet w najlepszych scenariuszach Greengrass nie wyobrażał sobie, że Yaxleyówna miała być potulną owieczką grzecznie czekającą na niego z kubkiem herbaty. Kulturalną, ułożoną, dobrą kurą domową. Panią domu w ładnej sukience i butkach na obcasie jak to było na przykład w przypadku jego macochy, która jak mało kto odnajdywała się w tej roli.
Poza tym w żadnym razie nie wyobrażał sobie siebie w takim układzie. Wiele razy próbowano go w to wmanewrowywać. Całe szczęście bez powodzenia. Udusiłby się w takim domu i związku. Świadomie wybierał brak zaangażowania i stan kawalerski, byleby nie popełnić takiego błędu.
Dlatego nie chciał stracić tego, co nieoczekiwanie pojawiło się między ich dwojgiem. To były jedyne warunki, jakie dopuszczał. Potrafił wyobrazić sobie wspólne życie. Nie musiał wysilać się, żeby powiedzieć, że nigdy wcześniej nic nie odpowiadało mu tak jak to, co budowali na zbliżonych charakterach i wspólnym dążeniu do tego, żeby nie być normalną parą. Odnajdywał szczęście i spokój w tym chaosie.
Jednakże w tej chwili było zbyt dużo napięcia. Chaos wyrwał się spod kontroli. Musieli go ujarzmić. Przynajmniej starał się wierzyć, że byli w stanie to razem zrobić.
- Między innymi dlatego próbujemy - odezwał się całkiem szczerze i bez unikania jasnego przekazu. - Jesteś jedyną osobą, z którą mogę spróbować - zapewniając ją o tym, Ambroise miał całkowitą pewność wypowiadanych słów.
Tak samo jak tego, że te kolejne już nie będą takie przyjemnie ugodowe i mogą nie spodobać się kobiecie. To właśnie dlatego nie czekał z ich wypowiedzeniem. Zrobił to od razu niemal jednym ciągiem.
- Ale nie we wszystkich przypadkach. Są sprawy, w które nie zechcę cię angażować. Ludzie, z którymi nie chciałbym cię poznawać. Miejsca, o których możesz wiedzieć i interesy, o których mogę ci mówić, ale cię w nie nie włączę - był w tym twardy i zdecydowany.
Nie było miejsca na ale tam, gdzie nie istniały żadne wątpliwości. Opowiadał jej o zakresie swoich usług. Był z nią szczery wtedy odnośnie tamtej grupy ludzi przy ognisku podczas Lithy. Wtedy zarzuciła mu, że to jego znajomi. Nie patrzył na nich w tych kategoriach, lecz faktycznie - miewał kontakt z jeszcze większymi elementami. Nie robił tego z przyjemnością. Tak właściwie nieczęsto celowo, ale nie mógł uniknąć pokłosia swoich decyzji. Czasami po prostu musiał uścisnąć rękę komuś, komu najchętniej splunąłby w twarz.
- Ani nie chciałbym, żebyś sama usiłowała się w nie włączać - podkreślił znacząco w sposób świadczący o tym, że nie dopuszczał innej możliwości.
Nie chciał tego nazywać niesubordynacją, bo byli związani emocjonalnie uczuciem, nie zobowiązaniami zawodowymi, natomiast jego podejście było jasne. Mógł negocjować, wyjaśniać, mówić jej wszystko, czego potrzebowała, żeby czuć się z nim bezpiecznie. Przede wszystkim chciał zagwarantować jej bezpieczeństwo. To był nadrzędny cel.
- Szczególnie, jeśli nie wrócę - jakimś cudem udało mu się powiedzieć to jednym twardym ciągiem, mocno podkreślając każde słowo, choć znaczenie było zrozumiałe. Aż nazbyt jasno się wyraził. - To będzie oznaczało jedno, rozumiesz? - Potrzebował jasnej odpowiedzi.
Tak. Wszystko się na tyle mocno pokomplikowało, że Ambroise nie był już pewny większości reguł, jakie go wcześniej obowiązywały, bo sam je sobie narzucił. Obecnie wszystko stało się bardziej utrudnione. Wraz z wyjaśnieniami skierowanymi w stronę ukochanej, wcale nie czuł, żeby wszystko stawało się coraz łatwiejsze. Przeciwnie - to był prawdziwy początek drogi. Nie te idylliczne złudzenia, które tak lubili, bo były bezpieczne i sprzyjały bezkonfliktowości.
- W każdym innym wypadku będę wracać. Wiesz, że będę - zapewnił bardziej miękko z uczuciem innym niż powaga.
Miał zesztywniałe plecy i spiętą postawę. Było znacznie lepiej niż mogliby się spodziewać. Prawdę mówiąc nie wiedział, na co się nastawiać, ale jak do tej pory szło lepiej niż mogło mu się wydawać, że będzie. Rozmawiali. Wysłuchała go w ciążącej mu ciszy, ale zamiast pognać go w nerwach, prowadzili dyskusję.
- To nie takie proste - zaprzeczył, nie chciał, żeby go niewłaściwie rozumiała. - Jesteś moją siłą - podkreślił, bo nie traktował jej jak ciężaru.
Praktycznie w żadnym momencie ich skomplikowanej relacji nie patrzył na Geraldine przez pryzmat kogoś kto utrudniał mu jego niezależne życie. Jedynie nie wiedział jak ugryźć konieczność dostosowania się do nieoczekiwanych zmian. Był świadomy, że należało iść za ciosem i spróbować zrobić coś, żeby pogodzić ich dwa światy. Szczególnie, że były niemalże tożsame. Jednocześnie w pierwszym odruchu postanowił tego nie zrobić. To wtedy ją odtrącił. A i tak ostatecznie byli tu w tym miejscu.
- Wynikającą z komplikacji. Jesteś również moją słabością. Wszystkim na raz - nie było od tego ucieczki, przynajmniej nie dla Ambroisa.
Czuł się zbyt głęboko uwikłany w to, co do niej czuł. Do tego stopnia, że przecież bardzo długo zwalał to na działania jakichś tajemnych sił a nie po prostu na to, że wpadł jak śliwka w kompot. Zaangażował się emocjonalnie. Nie wyobrażał sobie zrezygnować z tego i z Niej, szczególnie jeśli ona mu to ułatwiała, bo też wybierała zostanie. Chyba mógł to stwierdzić po tym, co dotychczas padło między nimi.
Nie odchodziła a przynajmniej jeszcze nie. Ta rozmowa nadal trwała. Była daleka od końca. Wszystko mogło się jeszcze zmienić przez kilka pochopnie wypowiedzianych słów.
- Będziesz się martwić. Ja o ciebie też. Bądźmy realistami, Geraldine, nie możesz wykluczyć tego z układu. Wolałbym, żeby było inaczej, ale będziesz się martwić. Pytanie czy możesz z tym żyć - przełknął ślinę, łapiąc się na tym, że wstrzymuje oddech.
Tak samo jak na tym, że zawartość garnka zaczęła zbyt szybko się karmelizować, bo zapomniał o dodaniu odrobiny wody. Naprawił ten błąd teraz, jednocześnie nalewając szklankę paskudnej w smaku kranówki dla siebie i wypijając ją duszkiem, jakby to była whisky. Potrzebował whisky, ale po nią nie sięgnął.
- Nie czy dasz radę nauczyć się z tym żyć, musisz wiedzieć, że jesteś w stanie to akceptować. Nawet nie musisz tego rozumieć - nie oczekiwał, że kiedykolwiek będą w stanie pojmować wszystkie aspekty tego, czym zajmuje się ta druga strona.
Dla niego świat magicznych stworzeń nie był niczym pasjonującym. Greengrass świadomie nie poszedłby polować na bestie. Rzadkie czy nie. Legalnie zabijane, nielegalnie upolowane. Nie musiał poznawać charakterystyki ani różnic między gatunkami. Wystarczyło mu to, że chciał być dla niej wsparciem podczas tych cięższych, bardziej niebezpiecznych akcji.
- Ale nie możemy gromadzić w sobie wyrzutów i oczekiwań nie do spełnienia - jasne - łatwiej powiedzieć niż zrobić.
Miał trudność z zaakceptowaniem tego, że znowu zaczynała się narażać. Ten wieczór był dostatecznym dowodem. Odsunięcie bardzo wyraźnych wspomnień nie było czymś, w czym Ambroise odniósł powodzenie. Inaczej pewnie nie byliby tu w tym momencie podczas tej rozmowy. Gdyby był w stanie w pełni zaakceptować jej zawodowe zainteresowania a ona jego, nie pożarliby się zeszłego wieczoru a on nie byłby dla niej tak oficjalny i chłodny przez bitą godzinę lub dłużej tego dnia.
- Nie chcę, żebyś takie miała w stosunku do mnie, bo wtedy cię zawiodę - podkreślił bez entuzjazmu, ale szczerze.
Nie chciał, żeby miała wobec niego oczekiwania sprowadzające się do czegoś w stylu tego, że uda jej się go zmienić, odciągnąć z obranej ścieżki, doprowadzić do moralnego porządku. Nie mogła oczekiwać, że dla niej stanie się ideałem. Grzecznym i posłusznym. Starał się być lepszym. To musiało wystarczyć.
- Jest możliwość, że nie wrócę. Rozumiesz to, prawda?
Nie powinien tego mówić?
Powinien.
Szedł za ciosem, żeby mieć to za nimi. Byli dorosłymi ludźmi odpowiedzialnymi za każdy aspekt ich relacji. Szczególnie za te bardziej brutalne i poważne. A więc za to jak to mogło się skończyć mimo najszczerszych chęci, aby przeżyli razem długie i szczęśliwe życie.
- Tyle tylko, że to nie będzie tak jak z wiwernami - być może pogrążał się tymi wyjaśnieniami, ale przemilczenie było znacznie gorszą możliwością.
Nie chciał jej skrzywdzić. Ani za życia ani po śmierci. Niezależnie od tego, co miało się stać i jak miał wyglądać koniec. Kiedyś był pogodzony z różnymi możliwościami. Raczej nie uważał, żeby specjalnie obawiał się, co będzie w przyszłości. Podchodził do tego w bardzo prosty sposób. Traktował to jako naturalny element życia. Ryzyko zawodowe - nic ponadto.
- To będzie jak z Rosierem - drugi raz w jednej rozmowie przywołał również ten temat.
Robił to wbrew sobie. Ta cała rozmowa taka była. Najchętniej zakończyłby to już dawno temu, wróciłby na kanapę i zajął się celebracją osiągniętego porozumienia. Niestety jeszcze nie mieli żadnego. A przy słowach, które wypowiadał Ambroise, mężczyzna obawiał się, że mogli do żadnego nie dojść. Lub co gorsza - że Geraldine w dalszym ciągu mogła dojść do wniosku, którego od niej nie chciał.
- Istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że to nie będzie wypadek przy pracy. Tylko celowe działanie - odetchnął ciężko, kręcąc głową.
Ludzie znikali niemal codziennie. Ich dwoje wiedziało coś na ten temat nie tylko w teorii a w praktyce. Byli odpowiedzialni za to, że ktoś gdzieś tam zastanawiał się nad losem martwego mężczyzny, którego rozkładające się zwłoki nie powinny ujrzeć światła dziennego. Zrobili coś, co było dowodem na to w jak niebezpieczną grę oboje grali. Z tym, że Greengrass grał w nią na zupełnie innym poziomie. Jego zawodowy zakres wykraczał poza niebezpieczeństwo z przypadku. On działał z ludźmi dla ludzi.
- Kamień w wodę. Zmowa milczenia. Nigdy nie dowiesz się prawdy - nie musiał być w tym tak dosadny i nie robił tego, żeby sprawiać jej ból czy też pogarszać napiętą sytuację.
Najchętniej wzruszyłby ramionami i porzuciłby zagłębianie się w szczegóły dotyczące jednej z wielu możliwych przyszłości. Prawdopodobnie należało uznać, że wszystko będzie w porządku. Było takie już od wielu lat a kiedy zaczynał był znacznie mniej ostrożny. Teraz dodatkowo starał się na siebie uważać. Mógł spróbować jeszcze bardziej to robić dla niej. Nie chciał rezygnować. Nawet nie istniała taka możliwość, ale zależało mu na tym, żeby nie musiała o niego drżeć. Natomiast zmierzał do jednego.
- W takim wypadku musisz - podkreślił - tu nie działało sławetne nic nie muszę, nie było miejsca na nie - obiecać mi, że nie będziesz się w to mieszać ani drążyć. To mój jedyny warunek - ton głosu Greengrassa nie pozostawiał wątpliwości: Ambroise nie zamierzał wysłuchiwać żadnego ale ani nie miał przyjąć milczenia za pewnik zgody.
Chciał usłyszeć jasne tak, dobrze, w porządku, rozumiem - nie chciał, żeby ich wspólne życie zakończyło się większą tragedią przez niego i jego decyzje.
- I jednoczesny największy argument za tym, że mogę nie być tak dobrą partią jak myślałaś - to nie był już luźny żarcik.
Życie z kimś takim jak on w warunkach, jakie jej narzucał nie miało być usłane różami, nawet jeśli codziennie wracałby z nimi do domu. Chciał zrobić wszystko, żeby jej to wynagrodzić. Szczególnie, że zdawał sobie sprawę z tego, że czekali nazbyt długo z przeprowadzeniem tej rozmowy. Zaangażował się we wszystko, co mieli. Bezwiednie wplątał Geraldine w to samo, nie przedstawiając jej jasnego obrazu sytuacji a teraz było za późno, żeby mówić o wszystkim bez emocji i ścisku w gardle. I bez obaw o reakcję kogoś, kogo nie chciał stracić. Świadomie wkopał ich w uczuciowe zaangażowanie, ale to było silniejsze od niego.
Dał się ponieść temu żałośnie optymistycznemu przeświadczeniu, że jakoś to będzie. Zasiał coś ot tak bez zastanowienia się, jakie będzie pokłosie. Bardzo rozważnie, dojrzale i inteligentnie z jego strony.
Bardzo po męsku, paniczu Greengrass.
Powinien świecić godnością i przykładem. Świecił brakiem honoru i przykładem - jasne, ale złym. Tego jak nie powinno się zaczynać wspólnej przyszłości z kimś, kto powinien być świadomy tego, na co się pisze.
- Nie wiem co myśleć. Wiem tylko tyle, że zacząłem to wszystko od kurewsko złej strony - wciągnął powietrze przez nos i wypuścił je przez usta niemal w tym samym momencie.
Nie budował czegoś na kłamstwie. Nie próbował jej okłamywać. Raczej nie sądził, by był w stanie to robić. Nie chciał natomiast pozwolił im razem na roztoczenie przed sobą nawzajem znacznie milszej, bardziej idyllicznej wizji. Teraz musiał to naprostować. Czuł się do tego zobowiązany, sam się do tego przymuszał i nie było innego wyjścia.
- To nie jest i nie będzie stabilne życie - powiedział na głos oczywistą oczywistość, bo musiała wybrzmieć w ten sposób. Tak jak kolejne trudne słowa. - Pewnych aspektów nie da się uniknąć. W niektórych kwestiach nie ma kompromisów. Nie zdziwiłoby mnie, gdybyś chciała się z tego wypisać - bardzo nie chciał, żeby chciała się z tego wypisać - to również było wyczuwalne.
Ta obawa. Mimo wszystko pewna zachowawczość w dobieraniu słów. Greengrass jeszcze nigdy tak bardzo nie ważył wszystkiego, co opuszczało jego zdrętwiałe wargi, którymi ledwo poruszał przez ścisk szczęki. Zresztą nie tylko szczękę miał ściśniętą. Cały był jednym wielkim ściskiem i zesztywnieniem, i tym razem to już nie miało związku z wczorajszymi obrażeniami fizycznymi. Tylko z tym dzisiejszym ściekiem, który wybił.
- Musisz mieć świadomość, że to nie ulegnie zmianie. Najpewniej nigdy - pił do swojego życia, kariery zawodowej, obranego kierunku.
Tak jak mówił: nie mógł się z tego wypisać. Był jeszcze szczeniakiem, kiedy w to wszedł, nawet jeszcze nie skończył stażu w Mungu. To nie trwało od wczoraj. Stety albo niestety, bo miało swoje pozytywy i negatywy. Z tych pierwszych: umiał się zachować, odnaleźć, znał reguły i zasady, żeby wychodzić z tego obronną ręką. Umiał o siebie zadbać...
...przynajmniej, kiedy ta odpowiedzialność za swoje decyzje spoczywała tylko na jego barkach.
- To jest ścieżka, z której się nie schodzi. Nie możesz optymistycznie oczekiwać ode mnie, że się zmienię - nie zarzucał Geraldine tego optymizmu, oboje już wczoraj porzucili te różowe okulary. - Łudzenie się będzie krzywdzące dla nas obojga - to, co teraz robił trudno było nazwać wyrokowaniem o przyszłości lub czymś z tych rzeczy.
Już było krzywdzące. Miało miejsce. Ciągnęło się bardzo długo. Powodowało wiele skrajnych uczuć. Istna szalona podróż kolejką w podziemiach Gringotta po...
...złoto?
...skarb?
...słowa, których w żadnym razie nie spodziewał się usłyszeć tego wieczoru. Szczególnie nie po tym, co poruszył. Przewidywał wiele możliwości. Co druga była gorsza i czarniejsza od poprzedniej, jakby nagle stał się w tym temacie ucieleśnieniem ponuraka. Tak właściwie to nie pozwalał sobie na zbyt wiele nadziei. Tym więcej kosztowała go ta bezpośredniość i stawianie spraw jasno nazywając wszystko po imieniu.
Z tym, że Geraldine w jednej chwili stała się lepsza w słowach - przynajmniej tych, które zaskoczyły Greengrassa z nożem nad deską do krojenia, który niemalże zetknął się z wierzchem jego dłoni. Bardzo wprawnej w trzymaniu noża. Drobne blizny po zacięciach były efektem pracy przy roślinach i wielu lat nauki warzenia eliksirów, która poskutkowała tym, że teraz praktycznie nie musiał patrzeć na to, co robi przy siekaniu czegokolwiek.
Prawie przesunął ostrzem po skórze. Po raz pierwszy od sam nie wiedział jak dawna.
- Jakiej takiej, jakiej właściwie? - to było pierwsze, co przeszło mu przez myśl, kiedy oderwał się od krojenia z nagłym spostrzeżeniem, że jednak nie uniknął drobnego skaleczenia - na wierzchu dłoni pojawiła się cieniutka, bardzo delikatna kreseczka czerwonych kropelek.
Zamrugał dwukrotnie, owijając sobie rękę w kuchenną szmatkę i wciągając powietrze. Wdech i wydech, żeby wpuścić tlen w płuca i uruchomić procesy myślowe, które na chwilę ewidentnie mu przymarły.
- Nie wiem, co masz przez to na myśli, Geraldine, ale w obliczu tego, co właściwie dopiero usłyszałaś, chyba nie musisz być dla siebie tak surowa - stwierdził a tym razem w jego głosie jasno wybrzmiał przekąs kierowany głównie w stosunku do siebie. - Wydaje mi się, że ja od samego początku mam pełną świadomość, na co się piszę. W drugą stronę jest to... ...kwestionowalne - uniósł brwi niemal tak wysoko jak to było możliwe, zaciskając usta i bardzo powoli kręcąc głową z niedowierzaniem wobec tego, no cóż, wszystkiego.
Nie tak wyobrażał sobie tę konfrontację. Żołądek wcale nie zjechał mu z gardła na właściwe miejsce. Wręcz przeciwnie. Natomiast trudno było nie odwrócić się od garów.
- Poza tym co to w ogóle za sugestia? Mówię ci, Najdroższa, że nie jestem lebiegą w ciemię bitą - skwitował wyraźnie, nachylając się, żeby wyraźnie nawiązać kontakt wzrokowy pomimo odległości. Pozwolił sobie na wywrócenie oczami i półuśmiech, ale szybko zamazany z twarzy Greengrassa i zastąpiony przez powagę.
- Czy tego chcesz, czy nie - w tym wypadku nacisk został położony całkiem celowo, być może trochę tracąc przesadą, ale o to mu chodziło - kocham cię - głupie. Sugerowanie, że mógł nie chcieć wzajemności było głupie.
Świetnie podbijało niektóre wspólne decyzje jak i to, że powinien do niej podejść a stał w drzwiach jak kołek. Sztywno, choć pochylony. Nerwowo.
Bardzo uczuciowo, paniczu Greengrass. Bardzo z klasą.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (25729), Geraldine Greengrass-Yaxley (22689)




Wiadomości w tym wątku
[08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 15:19
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 17:59
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 19:39
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 20:21
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 22:31
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024, 23:28
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.10.2024, 02:55
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.10.2024, 11:39
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.10.2024, 20:20
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.10.2024, 22:14
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 00:12
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 11:18
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 13:05
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 15:05
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 19:10
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.10.2024, 22:18
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.10.2024, 00:29
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.10.2024, 13:43
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.10.2024, 18:08
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.10.2024, 22:47
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.10.2024, 14:36
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.10.2024, 00:26
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.10.2024, 13:46
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 17.10.2024, 21:19
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.10.2024, 23:26
RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 18.10.2024, 00:39

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa