16.10.2024, 12:08 ✶
Woody z kolei planu nie miał. Przyniósł na licytację jedynie przewagę swojego doświadczenia pracy w terenie oraz moc improwizacji. Oficjalnie dlatego, że w tak dynamicznych sytuacjach niczego nie dało się przewidzieć i trzeba było reagować na gorąco, w zależności od potrzeb sytuacji. Nieoficjalnie dlatego, że nikt mu wcale nie podał żadnych szczegółów, na których mógłby ukuć plan, a o wszystkim dowiedział się przypadkiem, na kilka dni przed licytacją.
Miał na tyle oleju w głowie, aby nie zaczepiać Tessy ani nie wszczynać żadnej sceny, która niechybnie ściągnęłaby na nich uwagę. Wiedział, że ona również nie posunie się tak daleko i właśnie dzięki temu miał ją w garści. Jeśli nie chciała wszystkiego spaprać, musiała podjąć jego grę. Na zmycie głowy przyjdzie czas później.
Zagadany przez Longbottomową Creighton zaczął trajkotać jak katarynka. Samonapędzająca się maszyna do pierdolenia dyrdymałów, doprawdy. W całym swoim entuzjazmie na szczęście przywiązany do Longbottomów był nie bardziej niż do kogokolwiek innego, więc poproszony przez nich o chwilę sam na sam, skłonił się i oddalił, aby maltretować innych znajomych kupców.
Nawet po jego odejściu na twarzy Woody’ego gościł obrzydliwie rozradowany i beztroski uśmiech. Kontynuował picie, jak gdyby nigdy nic. Przelotnie zerknął za Ebenezerem, aby sprawdzić, z kimże to ich ptaszek gawędził teraz. Od baru odciągnęła go dopiero mało delikatna Tessa, lecz i to zdawało się nie niszczyć jego humoru. Poddał się jej żelaznemu uściskowi. Czerpał w zasadzie nawet pewną satysfakcję ze spacerowania z nią, tak blisko, niemal jak za dawnych czasów.
— Pracuję, tak samo jak pani. Szukam czegoś dla klienta, pani szuka czegoś dla klienta. Tyle nas łączy — powiedział niemalże zalotnie. — Często tu czarująca pani przychodzi?
Leniwie pochylił się nad uchem czarownicy, niby to żeby szeptać jej kolejne komplementy, zbyt intymne, nieprzeznaczone dla uszu pozostałych aukcjonerów:
— Uśmiechaj się, jędzo. — Tessę owionął jego gorący, alkoholowy oddech oraz woń doskonale jej znanej wody po goleniu. Tarp nie krył w tym szepcie satysfakcji, jaką miał z pokrzyżowania jej planów. — Wesolutki to teraz nasze zadanie. Nie próbuj sztuczek, ochrony, scen, bo oberwiesz rykoszetem. Działamy razem.
Mężczyzna wyprostował się, zadowolony z siebie, i rozejrzał po bufecie. Próbował prześwietlić spojrzeniem miraże kolorowych kreacji gości zgromadzonych wokół stołów. Odnalezienie Creightona nie powinno być trudne, nie należał do szczególnie niskich, a i fikuśny strój przyciągał uwagę nawet w takim brawnym tłumie. Każdy kolejny rzut oka utwierdzał Tarpa w przekonaniu, że nie dostzega kupca, ponieważ tego już tu nie ma.
— Kurwa, fantastycznie — mruknął pod nosem, wyswobadzając się z uścisku Tessy. Wszyscy jesteśmy winni, jak mawia papież, ale tym razem Tessa ewidentnie winna bardziej. — Zajrzyj na główną salę. Ja zasięgnę języka.
Nastrój do żartów i złośliwości tymczasowo z niego uleciał; skupił się na zadaniu. Namierzył wzrokiem ludzi, z którymi ostatni raz widział Ebenezera, i skierował się ku nim. Szczerzył się co prawda jak głupi do sera, coby nie zmyć pozoru, lecz w środku zaczynało uwierać go coraz gorsze przeczucie.
Rozmowa przebiegła gładko i serdecznie, w miarę krótko, o co zadbał Longbottom, nie dając się aukcjonerom rozgadać. Dowiedziawszy się, czego potrzebował, czarodziej wycofał się i odnalazł Tessę.
— Podobno ktoś z obsługi zaproponował mu oględziny jakiegoś świętego pierdolonego graala na zapleczu. — Równie dobrze oferta mogła opiewać na worek małych kociątek do odebrania w piwnicy. Co za kretyn. — Odeszli tam razem. Wiesz, gdzie to?
Miał na tyle oleju w głowie, aby nie zaczepiać Tessy ani nie wszczynać żadnej sceny, która niechybnie ściągnęłaby na nich uwagę. Wiedział, że ona również nie posunie się tak daleko i właśnie dzięki temu miał ją w garści. Jeśli nie chciała wszystkiego spaprać, musiała podjąć jego grę. Na zmycie głowy przyjdzie czas później.
Zagadany przez Longbottomową Creighton zaczął trajkotać jak katarynka. Samonapędzająca się maszyna do pierdolenia dyrdymałów, doprawdy. W całym swoim entuzjazmie na szczęście przywiązany do Longbottomów był nie bardziej niż do kogokolwiek innego, więc poproszony przez nich o chwilę sam na sam, skłonił się i oddalił, aby maltretować innych znajomych kupców.
Nawet po jego odejściu na twarzy Woody’ego gościł obrzydliwie rozradowany i beztroski uśmiech. Kontynuował picie, jak gdyby nigdy nic. Przelotnie zerknął za Ebenezerem, aby sprawdzić, z kimże to ich ptaszek gawędził teraz. Od baru odciągnęła go dopiero mało delikatna Tessa, lecz i to zdawało się nie niszczyć jego humoru. Poddał się jej żelaznemu uściskowi. Czerpał w zasadzie nawet pewną satysfakcję ze spacerowania z nią, tak blisko, niemal jak za dawnych czasów.
— Pracuję, tak samo jak pani. Szukam czegoś dla klienta, pani szuka czegoś dla klienta. Tyle nas łączy — powiedział niemalże zalotnie. — Często tu czarująca pani przychodzi?
Leniwie pochylił się nad uchem czarownicy, niby to żeby szeptać jej kolejne komplementy, zbyt intymne, nieprzeznaczone dla uszu pozostałych aukcjonerów:
— Uśmiechaj się, jędzo. — Tessę owionął jego gorący, alkoholowy oddech oraz woń doskonale jej znanej wody po goleniu. Tarp nie krył w tym szepcie satysfakcji, jaką miał z pokrzyżowania jej planów. — Wesolutki to teraz nasze zadanie. Nie próbuj sztuczek, ochrony, scen, bo oberwiesz rykoszetem. Działamy razem.
Mężczyzna wyprostował się, zadowolony z siebie, i rozejrzał po bufecie. Próbował prześwietlić spojrzeniem miraże kolorowych kreacji gości zgromadzonych wokół stołów. Odnalezienie Creightona nie powinno być trudne, nie należał do szczególnie niskich, a i fikuśny strój przyciągał uwagę nawet w takim brawnym tłumie. Każdy kolejny rzut oka utwierdzał Tarpa w przekonaniu, że nie dostzega kupca, ponieważ tego już tu nie ma.
— Kurwa, fantastycznie — mruknął pod nosem, wyswobadzając się z uścisku Tessy. Wszyscy jesteśmy winni, jak mawia papież, ale tym razem Tessa ewidentnie winna bardziej. — Zajrzyj na główną salę. Ja zasięgnę języka.
Nastrój do żartów i złośliwości tymczasowo z niego uleciał; skupił się na zadaniu. Namierzył wzrokiem ludzi, z którymi ostatni raz widział Ebenezera, i skierował się ku nim. Szczerzył się co prawda jak głupi do sera, coby nie zmyć pozoru, lecz w środku zaczynało uwierać go coraz gorsze przeczucie.
Rozmowa przebiegła gładko i serdecznie, w miarę krótko, o co zadbał Longbottom, nie dając się aukcjonerom rozgadać. Dowiedziawszy się, czego potrzebował, czarodziej wycofał się i odnalazł Tessę.
— Podobno ktoś z obsługi zaproponował mu oględziny jakiegoś świętego pierdolonego graala na zapleczu. — Równie dobrze oferta mogła opiewać na worek małych kociątek do odebrania w piwnicy. Co za kretyn. — Odeszli tam razem. Wiesz, gdzie to?
piw0 to moje paliwo