16.10.2024, 14:36 ✶
Greengrass zdecydowanie wolałby, żeby to kiedyś było niedługo. Tak właściwie to najlepiej jeszcze tego samego wieczoru. Jeszcze lepiej teraz, ale to nie grało. Nie działało już tak jak mógłby tego chcieć. Ona też nie. Pocałunki nie wymazywały goryczy na języku. Nie chciał jej rozczarować tym, co powie, ale nie mógł jej dłużej czarować ładnymi słówkami. Była jego partnerką. Nie kimś na jeden wieczór, kto nie musiał nic wiedzieć. Tu leżało sedno.
- Więcej niż co nieco, ale moje tajemnice przebijają twoje - uśmiechnął się ponuro i właśnie tak zabrzmiał - jakby w jego głosie wizualizował się dokładnie ten przykry, niewesoły, bardzo ponury uśmiech.
Ambroise lubił rywalizację i wyzwania, ale wtedy, kiedy nie oznaczały, że był w czymś gorszy. A tak się składało, że nawet jemu byłoby trudno uznać ilość swoich mrocznych sprawek za coś mogącego komukolwiek imponować. No. Może dzieciakowi ze Slytherinu, ale nikomu więcej. Na pewno nie kobiecie, z którą chciał ułożyć życie.
- Postaram się, żebyś tego nie żałowała - nie mogła tego kwestionować - nie dawał jej takiej możliwości brzmiąc jak człowiek, który naprawdę nie rzucał słów na wiatr.
Nie mógł zrezygnować z podążania obraną ścieżką. Tak jak mówił, nie mógł i nie planował się wycofać. Szczególnie, że wcale nie chciał rezygnować z tego do samego końca. Nie czułby się pełny, nawet jeśli dzięki temu utwierdziłby ją w przekonaniu, że jego intencje były szczere i długofalowe. Nie mógł oddać wszystkiego, co miał. Nie próbował jej okłamywać - nie był doskonałym człowiekiem gotowym całkowicie zmienić się w imię miłości.
Ale czy zresztą chciałaby kogoś takiego? Nie z taką osobą się wiązała. Miał nadzieję, że była całkowicie świadoma wszystkich aspektów jego osobowości. Nie był takim lwem salonowym za jakiego pozował. Nie był typowym czystokrwistych kawalerem. Nie chciał być dziedzicem. Nie miał planów zostawać głową rodu. Konwenanse traktował jak coś, czego się trzymał, ale nie jak coś, co lubił. To nie miało się zmienić. Tego był pewien.
- Czy ja wiem? O niektórych tematach lepiej nie mówić - odrzekł świadomy tego, że mowa a czyny były dwoma zupełnie czymś innym.
To, że teraz nie chciała milczenia nie gwarantowało, że mogła nie chcieć słyszeć o czymś, co byłoby znacznie mniej przyjemne od nieświadomości. Czasami sercu było lżej nie wiedzieć i nie czuć. Coś o tym wiedział. Szczególnie teraz, kiedy poznał smak zaangażowania i tym samym zaczął obawiać się, że wkrótce pozna również gorycz odtrącenia.
Za własne decyzje. Zgodnie ze swoją odpowiedzialnością - oczywiście. Trochę próbował zasłaniać się tym, że był wtedy dużo młodszym człowiekiem. Stuknęła mu niemal dekada w tym, co robił. Niektóre małżeństwa trwały krócej. Natomiast wiedział, że gdyby miał możliwość zacząć od nowa i zmienić coś w tej historii, nie zrobiłby tego. Nadal zostałby tym samym człowiekiem na tej drodze. Nie nadawał się do salonowego życia.
- Potrafię sprawiać wrażenie - nieznacznie wzruszył ramionami - chyba już to zauważyła, nieprawdaż? - Ale daleko mi od kogoś, kto szukałby swojej ozdoby, żeby móc się pokazać. Dziedzica też ze mnie nie będzie. Miejmy tu jasność - zaznaczył.
Raczej warto było to podkreślić, nawet jeśli nie sądził, żeby Geraldine zależało na czymś takim. Była samodzielną, niezależną osobą. Potrafiła sobie radzić. Naprawdę nie sądził, aby mogła chcieć bardziej statycznego życia w wielkim majątku, wystawnych przyjęć, bycia wiecznym gospodarzem i jego błyskotką. To ostatnie było jednocześnie najmniej i najbardziej prawdopodobne - z jednej strony nie wyobrażał sobie, że chciałaby przyjąć tę rolę, z drugiej strony miały być pewne sytuacje, które będą tego wymagać. Żadne z nich nie wypisywało się z elity. Jedynie informował ją, że nie ma żadnych szerszych planów wchodzenia na poważnie w rolę Dziedzica.
Na ten moment robił to w ograniczonym zakresie, bo tak było wygodnie, czasy były specyficzne a jego siostra za młoda. Kiedyś chciał się od tego odsunąć. Być może ta ich wspólna decyzja o kupnie chatki na uboczu (swoją drogą - przejaw optymistycznej nieodpowiedzialności, bo już to zrobili a dopiero poruszali ważniejsze tematy) była pierwszą z szeregu następujących decyzji prowadzących do wycofania się.
Jeszcze nie patrzył na to w tym kontekście. Chwilowo miał dużo twardszy orzech do zgryzienia i dławił się łupinami. Ostre chrupały mu w zębach i drażniły delikatną śluzówkę. Krwawił od środka. Jedynie nie chciał wykrwawiać się swoimi obawami na Geraldine, dlatego przez większość czasu zagryzał zęby. Musiał być konkretnym człowiekiem. To było pokłosie jego decyzji. Musiał je zebrać, spróbować przyjąć jej decyzję, nawet jeśli w razie czego zamierzał próbować z tym walczyć - pokazać się od innej strony niż ta, o której teraz niechętnie mówił.
- Wiem. Na pewno znajdziesz jakiś sposób - uśmiechnął się krzywo pod nosem; nie kwestionował tego nieśmiesznego żartu a wręcz mówił serio - znał ją, na pewno zrobiłaby wszystko, żeby zakłócić mu spokój w zaświatach.
Szczególnie, że była też przecież ta teoria o drzewach w Kniei, duszach połączonych z naturą i tak dalej. W takim wypadku mogła go wykarczować lub spalić. Albo po prostu tam stać i wrzeszczeć na każdy dąb po kolei, kopać w pień. Spodziewałby się czegoś takiego. To było... ...urocze. Pojebane, bo przecież wcale nie rozmawiali, że na pewno ktoś go zabije, ale urocze. Uśmiechnął się pod nosem pierwszy raz od dłuższej chwili, choć nie na długo. Te wtręty nie oznaczały zażegnania kryzysu.
- Nie, nie mówił - przytaknął powstrzymując ciężki wydech. - Ale też nikt cię nie poinformował, że to będzie zjazd kolejką w banku Gringotta. Co do tego chyba możesz mieć kilka wyrzutów -tylko nie przesadzaj - nie chciał, żeby to przerodziło się w poważną, zaognioną kłótnię, choć wtedy być może szybciej wyrzuciliby z siebie wszystkie bolączki.
Coś by się wyklarowało. Najgorsza była niepewność i domysły. Rozmawiali, ale z minuty na minutę poruszali nowe fakty, problemy, przykre oczywistości i Ambroise nie chciał przedwcześnie wyrokować o tym, co będzie za minutę lub pięć. Był pewien tego, co było z jego strony. Próbował mówić o wszystkich aspektach wspólnego życia. Nawet tych niewygodnych. Nie chciał zakładać najgorszego, ale nie mógł wykluczyć oczywistości.
Oboje się narażali. Trudno było stwierdzić, kto z większym natężeniem. Natomiast magiczne bestie nie były tak mściwe i kreatywne w zemście jak niektórzy ludzie. Nie znał się na faunie, ale to mógł powiedzieć. Ludzie potrafili być prawdziwymi potworami. Szczególnie ci, z którymi zdarzało mu się współpracować. Starał się rozsądnie dobierać wspólników i zleceniodawców, ale to nie było takie proste i oczywiste w zawikłanym świecie pozorów.
- Wobec tego zrobię wszystko, żebyś nie musiała dotrzymać tej obietnicy - powiedział poważnie, przełykając ślinę.
Potrzebował usłyszeć zapewnienie. Dostał je. Wcale nie był spokojniejszy ani bardziej pozytywny, bo podświadomie wiedział, że wcale nie chciała mu tego przysięgać, ale na ten moment to wystarczyło. Musiało wystarczyć, żeby mogli spróbować pójść dalej. Powoli posuwali się do przodu.
- Chce w to wierzyć tak mocno jak ty - nie wątpił w to, że mówiła szczerze; sam nie był przekonany, że niczego by to nie zmieniło - wręcz przeciwnie, być może coś by polepszyło, pozwoliłoby im czegoś uniknąć (na pewno tego teraz tutaj, a napięcie dosłownie zżerało Greengrassa od wewnątrz).
Kto wie? Może byłoby również tak, że popsułoby między nimi wszystko. Nigdy nie znaleźliby się tu i teraz. Nie mieliby tyle do stracenia. Nie żałowaliby czegoś, czego by nie przeżyli. Żałowałby tego, co nie mogło się wydarzyć, ale byłby to smutek innego rodzaju, nie ból i lęk na myśl, że odsłaniał przed nią już dosłownie każdy zakamarek swojej duszy i dawał jej możliwość podjęcia ostatecznej decyzji o losach.
- Co nie zmienia faktu, że powinniśmy to poruszyć wieki temu - stwierdził ciężko, ponuro, prawdziwie.
To była jedna z podstaw bez których nie powinni zaczynać rozmów o wspólnej przyszłości ani składać żadnych wiążących deklaracji, które padły mimo to. Nie powinni tak łatwo przechodzić do porządku dziennego z tym, co unikowo zrobili. Głównie co było w zakresie jego odpowiedzialności a choć można było o nim powiedzieć wiele różnych rzeczy, na pewno nie to, że stronił od przyjęcia konsekwencji czegoś, co było jego niepodważalnym przewinieniem.
- Wybacz - zazwyczaj nie przepraszał za to, kim był i co robił, tutaj musiał to powiedzieć.
Nie chciał znów wpaść w spiralę przeprosin i kajania się za wszystko, ale powinna to od niego usłyszeć. Nawet on potrafił wypowiedzieć takie słowa wtedy, kiedy były konieczne. Szczególnie, że ironią byłoby, gdyby powiedział Geraldine to wszystko wcześniej a potem nie potrafił wydusić z siebie jednego słowa przeprosin.
Nie oczekiwał, że to tak po prostu zamknie temat. W żadnym wypadku nie był już tak diabelnie optymistyczny. Wręcz przeciwnie - teraz był bliżej drugiego bieguna. Ponury, poważny, pełen obaw, ale przynajmniej nie unikowy.
Wbrew pozorom nie dystansował się tak jak jeszcze przed paroma chwilami ani w żaden inny sposób. Nie uciekł do kuchni, żeby na nią nie patrzeć (no może to nie było głównym zamiarem Ambroisa) tylko po to, aby dać im obojgu trochę przestrzeni na tę trudną okoliczność.
- Każdy go kiedyś chce - nie znał się na zbyt wielu takich tematach, ale to wydawało mu się logiczne. - Nawet, jeżeli nie teraz to za kilka lat. Tu nie ma takiej gwarancji - powiedział wprost, bo ludzie się zmieniali, okoliczności także.
Nie chciał, żeby w dalszym ciągu budowali sobie coś na dobrych intencjach i złudzeniach, że kiedykolwiek będą mieć dom w takich kategoriach, w jakich chciała go mieć większość ludzi. To było raczej bardzo mało prawdopodobne przez wzgląd na styl życia obojga, ale jego interesy poza Mungiem na pewno nie ułatwiało sprawy.
Przez większość życia nie łudził się, że podjęte decyzje będą zgodne z czymkolwiek planem na przyszłość. Znacznie łatwiej było nie angażować się emocjonalnie niż próbować krążyć wokół faktów, bo tak jak wcześniej powiedział Geraldine - nie miał żadnych wątpliwości, że jeśli z kimś mógł spróbować ułożyć życie to była jedyną taką osobą. Nie znał nikogo innego. Nie chciał tego weryfikować w żaden inny sposób.
Mogłoby się wydawać, że mają idealne podstawy do tego, żeby to grało. Nie chciał jej okłamywać. Z większością kobiet musiałby zatajać swoje sprawki, kryć się, unikać mówienia o faktach. Przy niej nie czuł, żeby to było konieczne. Tym bardziej już nie teraz. Stawiał wszystko na jedną kartę.
- Natomiast jak już mówiłem: otwarte karty - stwierdził tak po prostu (a przynajmniej brzmiąc, jakby to mówił bez większego wysiłku; wiele go to kosztowało). - Koniec niedopowiedzeń - zapewnił, bo jeśli czegoś był pewien to właśnie tego, że niedopowiedzenia i przemilczenia tu nie działały.
Czy się obawiał? Cholernie mocno. Znacznie bardziej niż powiedziałby na głos. Kiedykolwiek. Dusił to w sobie, przy okazji siebie również dusząc. Znacznie łatwiej było sądzić, że nie istniał nikt taki, z kim mógłby czuć się dobrze wiodąc jednocześnie jedyne znane mu życie. Dzięki temu nie robił sobie złudzeń i nie miał nadziei, które mogły runąć pod naciskiem kilku słów ze strony Geraldine.
- Postaram się o tym pamiętać - odrzekł powoli i bez przekonania, bo nie do końca ufał temu typowi realizmu, który mogła uznawać za właściwy w ich skomplikowanej sytuacji. - Szczególnie, jeśli to oznacza, że mamy jasność - drugie słowa były już znacznie bardziej ostrożne, wypowiedziane tym samym głosem, nie szeptem czy pomrukiem, ale z większą zachowawczością.
Nie chciał przedwcześnie dopuszczać niczego, o czym nie był całkowicie przekonany. Jeszcze mogła zmienić zdanie. Wierzył w tę wzajemność z jej strony. Naprawdę. Natomiast starał się mieć pełną jasność tego, co robili i kim mieli być po tej rozmowie.
- Ostatnio oboje byliśmy niepoprawnymi optymistami, nie uważasz? - Słowa Ambroisa zabrzmiały znacznie lżej niż powinny wedle kontekstu, w którym zadał pytanie.
W żadnym razie nie doceniał tego, że przez ostatnie tygodnie a nawet miesiące zachowywali się jak dwoje lekkoduchów. Przynajmniej w tym momencie gardził swoją skłonnością do trzymania różowych okularów na nosie. To zaprowadziło ich tutaj, gdzie stanęli. Nie dało im ruszyć dalej. Wręcz sprawiło, że każdy kolejny krok wydawał się ryzykowny i niewłaściwy.
Chciał wierzyć, że mają to zamknięte właśnie od tego momentu i że wizja końca wszystkiego, co skrzętnie budowali rozmyła się wraz ze złożonymi deklaracjami. Powiedziała mu coś, co sprawiło, że powinien móc oddychać z ulgą. Odpowiedział jej tym samym z nienaturalną, ale właściwą nawykowością. Choć chyba tego nie dało się tak nazwać - pierwszy raz powiedział coś takiego na głos. To nie był werbalny nawyk, nawet jeśli we własnej głowie dawno był świadomy tego, że to brzmiało właściwie i powinno kiedyś paść.
A co nie powinno?
Niedorzeczności. Nie powinny paść.
- To najbardziej irracjonalne słowa, jakie padły z twoich ust - skwitował siląc się na to, żeby nie zabrzmieć na poirytowanego tym, co dotarło do jego uszu. - A to oznacza, że są naprawdę niedorzeczne - to był prosty komunikat z ust osoby, która raczej nie miewała problemu z mówieniem, kiedy coś brzmiało kretyńsko.
Potrafił przyczepić się do mniejszych słówek. Miał to w małym palcu. Nie potrzebował wiele, żeby pokusić się o bezpośredniość. Nawet taką, która robiła z niego buca - za to przynajmniej szczerego i to liczyło się najbardziej. W tej chwili sarknął odruchowo, unosząc wzrok w kierunku sufitu. Może tego nie widziała, ale miał pewność, że znała go na tyle dobrze, aby wyczuć jego niewerbalną reakcję. Szczególnie, że nie mógł nie pokusić się o uzupełnienie tego w słowa.
- Twoja noga jest popsuta. Twoja intuicja najpewniej jest popsuta. Jesteś najbardziej chaotyczną znaną mi osobą... ...poza mną, rzecz jasna. Zaczynam również skłaniać się ku twierdzeniu, że poczucie własnej wartości też masz niezbyt poprawne, ale nie mi to oceniać. Nie raz, nie dwa słyszałem, że to ja mam z nim coś nie tak. Twoje może być całkiem normalne - niby zgodził się z Geraldine, ale jednak nie. - Ale jak na moje oko to nie jest. Nie wiem. Czy mam się niepokoić, że to dlatego cię do mnie ciągnie? - Spytał wprost, choć raczej retorycznie - nie oczekiwał odpowiedzi.
Nie wysnuwał tej teorii w toku żadnych domysłów, dowodów lub analiz, bowiem nie sądził, żeby to tu był pies pogrzebany, ale liczył na to, że wzbudzi tym jakąś reakcję na późniejsze słowa.
- Racz nie obrażać mojej kobiety - upomniał ją, jakby mowa była o kimś zupełnie innym, kogo właśnie nazywała w niewłaściwy sposób, działając mu tym samym na nerwy. - Nie jesteś rzeczą, Geraldine. Ludzie psują się tylko po śmierci - oczywiście dało się to podważyć - to też słyszał nie raz i nie dwa, otrzymując pogardliwy wysryw o tym, że był spsutym do szpiku kości, bogatym panińczykiem bez krztyny autorefleksji.
Czy się tym przejmował? Niespecjalnie. Szczególnie, odkąd skończył pięć lat. Raczej nie dbał o subiektywne odczucia ludzi na jego temat. Prawdę mówiąc zazwyczaj mu to wisiało i powiewało. Wyłącznie nieliczni ludzie w życiu Ambroisa mieli rzeczywisty wpływ na jego przekonania. Nie odpowiadał za to, że wszystkim innym mogło nie pasować coś, co on najpewniej w sobie lubił lub chociażby tolerował a na pewno nie planował tego zmieniać, bo uraził czyjeś wysublimowane uczucia.
Mierziło go to, co słyszał teraz od Geraldine. Szczególnie w kontekście tego, o czym w dalszym ciągu rozmawiali. Jeżeli on nie miał za knut autokrytyki to ona bez dwóch zdań dbała o to, żeby w ostatecznym rozrachunku mieli harmonijnie umiarkowaną samoocenę. Krótko mówiąc: do poziomu absurdu zaniżała statystykę. Greengrassowi to nie pasowało. Nie próbował udawać, że jest inaczej.
- To jest debilizm sytuacyjny - stwierdził bez pardonu. - Nie można powiedzieć, że nie. Ani, że nie jestem na ciebie o to wkurwiony, ale nie przypisuj temu głębszego znaczenia. To zaćmienie mózgu, nie całkowite powalenie umysłowe.
Chciała po sobie cisnąć? Powinna to robić we właściwy sposób. O sprawy, co do których miała rzeczywisty wpływ. W oparciu o podejmowane decyzje a nie o wymysły, których podstaw nie rozumiał i prawdopodobnie nawet nie próbował zrozumieć, bo były bezsensowne. Niczym nie poparte. Nie wiedział, skąd pojawiło się u niej takie przekonanie, ale właśnie starał się je uciąć. Nie potrzebowali więcej tego typu wyznań. Szczególnie błędnych.
Wystarczyło, że byli równo... ...niestandardowi na wielu płaszczyznach. Liczyło się dla niego to, że do siebie pasowali. Jego wewnętrzny Ambroise doskonale dogadywał się z jej wewnętrzną Geraldine. To, co było poza tym nie powinno być tak znaczące. Cudza opinia? Otoczenie mogło plotkować. Już to robiono. Czy to było istotne? Szczególnie po tym, co padło w ich rozmowie?
Przy tym, co on sam o sobie powiedział (z trudem i wahaniem, ale wydusił na głos) raczej nie powinna sądzić, że jest najbardziej popsutą osobą w pomieszczeniu. Zresztą był wdzięczny za to, że jego również nie nazywała kimś takim. Obawiał się tej oceny bardziej niż był w stanie przyznać. Przed sobą tak samo jak przed nią. Niemal do samego końca nie chciał usłyszeć tego małego ale (większego też nie), po którym stwierdziłaby, że to dla niej za dużo.
To był wieczór odroczonych wyjaśnień. Przyszła pora również na te mniej oczywiste. Ewidentnie. Na coś, czego wcale nie bagatelizował ani nie wyśmiewał. Jakże by mógł - nie był z gatunku tych ludzi. Zdawał sobie sprawę z tego, że uzewnętrznianie się ją też dużo kosztowało. Natomiast nie zamierzał milczeć z tym, że ten zarzut wobec siebie samej był dla niego czymś do powtórnego zweryfikowania.
- Żebyśmy mieli jasność: kręcę naprawdę wątpliwie moralne interesy w różnych miejscach. Od tylu lat i do tego stopnia, że nie planuję innego życia. Jestem przestępcą. Nie bójmy się tego słowa. Kultura i dobre wychowanie tego nie ugładzają - pokręcił sam do siebie głową, wdychając ciężko i z niedowierzaniem; tym razem nie próbował tego kryć. - Jesteś po prostu niesamowita - raz jeszcze przemasował skroń palcami. - Niesamowicie nierealistyczna, skoro w ogóle dopuszczasz możliwość, że mogę cię nie chcieć.
Może to była domena popsutych ludzi. Pewnie by tego nie wykluczył, gdyby uważał się za kogoś kto musiał czuć się źle z tym, że żadne z nich nie wpisuje się w jakiś schemat. Już kiedyś o tym rozmawiali. Nie byli normalni ani standardowi. Jeżeli w którymś momencie czuł się z tym niewłaściwie to ten moment minął wraz z otrzymaniem zapewnienia, że mogli próbować łączyć ze sobą życie.
Te kilka godzin i dwa ostatnie dni były cieniem na jego poczuciu bycia dostatecznie właściwym człowiekiem dla niej. Rzeczywiście. Jeszcze chwilę temu sam miał wątpliwości, lęki, obawy. Wahał się i nie chciał słyszeć czegoś, co wydawało mu się prawdopodobne do usłyszenia. Natomiast to minęło. Poczucie gruntu usuwającego się spod nóg nadal było gdzieś tam głęboko, ale zaczynało niknąć i słabnąć. Dzięki temu, co padło z ust Yaxleyówny.
Dzięki temu, co powtórzył na swój znaczący sposób. Bez analizowania. W prostszy sposób niżeli mógłby się spodziewać. Nie przyniosło mu to takiego trudu jak myślał, że przyniesie. Deklaracja padła. Może sztywno i mało żarliwie, ale mieli na to czas. Następnym razem miało być chyba prościej.
- Ani się waż - ostrzegł odruchowo, łapiąc się dzięki temu na tym, że po prostu patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę (nie umiał powiedzieć jak długą) zamiast cokolwiek robić czy mówić.
Skutecznie wyrwała go z chwilowego letargu. Posłał jej z pozoru groźne spojrzenie, ale w kącikach ust dygotał zaprzeczający temu uśmieszek a oczy Greengrassa zdecydowanie nie ciskały gromów. Błyszczały z rozbawienia. Z czułości. Może też trochę z pobłażliwości.
- Jeśli wstaniesz to na pewno nie obejdzie się bez Szkiele-Wzro - zawyrokował a tak się składało, że to był chyba jeden z takich eliksirów, które niemal każdego były w stanie przekonać do unikania wysiłku fizycznego.
Paskudztwo.
Mimo to nie planował sprawdzać czy rzeczywiście potrafiła spełnić swoje groźby. Zmniejszył trochę ogień i powolnym, ale zdecydowanym krokiem wyszedł z kuchni. Bez uśmiechu na ustach, ale zarazem bez wyglądania jak zbity pies. Po prostu w milczeniu przysiadł na brzegu kanapy, wyciągając ramiona ku Geraldine.
- Więcej niż co nieco, ale moje tajemnice przebijają twoje - uśmiechnął się ponuro i właśnie tak zabrzmiał - jakby w jego głosie wizualizował się dokładnie ten przykry, niewesoły, bardzo ponury uśmiech.
Ambroise lubił rywalizację i wyzwania, ale wtedy, kiedy nie oznaczały, że był w czymś gorszy. A tak się składało, że nawet jemu byłoby trudno uznać ilość swoich mrocznych sprawek za coś mogącego komukolwiek imponować. No. Może dzieciakowi ze Slytherinu, ale nikomu więcej. Na pewno nie kobiecie, z którą chciał ułożyć życie.
- Postaram się, żebyś tego nie żałowała - nie mogła tego kwestionować - nie dawał jej takiej możliwości brzmiąc jak człowiek, który naprawdę nie rzucał słów na wiatr.
Nie mógł zrezygnować z podążania obraną ścieżką. Tak jak mówił, nie mógł i nie planował się wycofać. Szczególnie, że wcale nie chciał rezygnować z tego do samego końca. Nie czułby się pełny, nawet jeśli dzięki temu utwierdziłby ją w przekonaniu, że jego intencje były szczere i długofalowe. Nie mógł oddać wszystkiego, co miał. Nie próbował jej okłamywać - nie był doskonałym człowiekiem gotowym całkowicie zmienić się w imię miłości.
Ale czy zresztą chciałaby kogoś takiego? Nie z taką osobą się wiązała. Miał nadzieję, że była całkowicie świadoma wszystkich aspektów jego osobowości. Nie był takim lwem salonowym za jakiego pozował. Nie był typowym czystokrwistych kawalerem. Nie chciał być dziedzicem. Nie miał planów zostawać głową rodu. Konwenanse traktował jak coś, czego się trzymał, ale nie jak coś, co lubił. To nie miało się zmienić. Tego był pewien.
- Czy ja wiem? O niektórych tematach lepiej nie mówić - odrzekł świadomy tego, że mowa a czyny były dwoma zupełnie czymś innym.
To, że teraz nie chciała milczenia nie gwarantowało, że mogła nie chcieć słyszeć o czymś, co byłoby znacznie mniej przyjemne od nieświadomości. Czasami sercu było lżej nie wiedzieć i nie czuć. Coś o tym wiedział. Szczególnie teraz, kiedy poznał smak zaangażowania i tym samym zaczął obawiać się, że wkrótce pozna również gorycz odtrącenia.
Za własne decyzje. Zgodnie ze swoją odpowiedzialnością - oczywiście. Trochę próbował zasłaniać się tym, że był wtedy dużo młodszym człowiekiem. Stuknęła mu niemal dekada w tym, co robił. Niektóre małżeństwa trwały krócej. Natomiast wiedział, że gdyby miał możliwość zacząć od nowa i zmienić coś w tej historii, nie zrobiłby tego. Nadal zostałby tym samym człowiekiem na tej drodze. Nie nadawał się do salonowego życia.
- Potrafię sprawiać wrażenie - nieznacznie wzruszył ramionami - chyba już to zauważyła, nieprawdaż? - Ale daleko mi od kogoś, kto szukałby swojej ozdoby, żeby móc się pokazać. Dziedzica też ze mnie nie będzie. Miejmy tu jasność - zaznaczył.
Raczej warto było to podkreślić, nawet jeśli nie sądził, żeby Geraldine zależało na czymś takim. Była samodzielną, niezależną osobą. Potrafiła sobie radzić. Naprawdę nie sądził, aby mogła chcieć bardziej statycznego życia w wielkim majątku, wystawnych przyjęć, bycia wiecznym gospodarzem i jego błyskotką. To ostatnie było jednocześnie najmniej i najbardziej prawdopodobne - z jednej strony nie wyobrażał sobie, że chciałaby przyjąć tę rolę, z drugiej strony miały być pewne sytuacje, które będą tego wymagać. Żadne z nich nie wypisywało się z elity. Jedynie informował ją, że nie ma żadnych szerszych planów wchodzenia na poważnie w rolę Dziedzica.
Na ten moment robił to w ograniczonym zakresie, bo tak było wygodnie, czasy były specyficzne a jego siostra za młoda. Kiedyś chciał się od tego odsunąć. Być może ta ich wspólna decyzja o kupnie chatki na uboczu (swoją drogą - przejaw optymistycznej nieodpowiedzialności, bo już to zrobili a dopiero poruszali ważniejsze tematy) była pierwszą z szeregu następujących decyzji prowadzących do wycofania się.
Jeszcze nie patrzył na to w tym kontekście. Chwilowo miał dużo twardszy orzech do zgryzienia i dławił się łupinami. Ostre chrupały mu w zębach i drażniły delikatną śluzówkę. Krwawił od środka. Jedynie nie chciał wykrwawiać się swoimi obawami na Geraldine, dlatego przez większość czasu zagryzał zęby. Musiał być konkretnym człowiekiem. To było pokłosie jego decyzji. Musiał je zebrać, spróbować przyjąć jej decyzję, nawet jeśli w razie czego zamierzał próbować z tym walczyć - pokazać się od innej strony niż ta, o której teraz niechętnie mówił.
- Wiem. Na pewno znajdziesz jakiś sposób - uśmiechnął się krzywo pod nosem; nie kwestionował tego nieśmiesznego żartu a wręcz mówił serio - znał ją, na pewno zrobiłaby wszystko, żeby zakłócić mu spokój w zaświatach.
Szczególnie, że była też przecież ta teoria o drzewach w Kniei, duszach połączonych z naturą i tak dalej. W takim wypadku mogła go wykarczować lub spalić. Albo po prostu tam stać i wrzeszczeć na każdy dąb po kolei, kopać w pień. Spodziewałby się czegoś takiego. To było... ...urocze. Pojebane, bo przecież wcale nie rozmawiali, że na pewno ktoś go zabije, ale urocze. Uśmiechnął się pod nosem pierwszy raz od dłuższej chwili, choć nie na długo. Te wtręty nie oznaczały zażegnania kryzysu.
- Nie, nie mówił - przytaknął powstrzymując ciężki wydech. - Ale też nikt cię nie poinformował, że to będzie zjazd kolejką w banku Gringotta. Co do tego chyba możesz mieć kilka wyrzutów -tylko nie przesadzaj - nie chciał, żeby to przerodziło się w poważną, zaognioną kłótnię, choć wtedy być może szybciej wyrzuciliby z siebie wszystkie bolączki.
Coś by się wyklarowało. Najgorsza była niepewność i domysły. Rozmawiali, ale z minuty na minutę poruszali nowe fakty, problemy, przykre oczywistości i Ambroise nie chciał przedwcześnie wyrokować o tym, co będzie za minutę lub pięć. Był pewien tego, co było z jego strony. Próbował mówić o wszystkich aspektach wspólnego życia. Nawet tych niewygodnych. Nie chciał zakładać najgorszego, ale nie mógł wykluczyć oczywistości.
Oboje się narażali. Trudno było stwierdzić, kto z większym natężeniem. Natomiast magiczne bestie nie były tak mściwe i kreatywne w zemście jak niektórzy ludzie. Nie znał się na faunie, ale to mógł powiedzieć. Ludzie potrafili być prawdziwymi potworami. Szczególnie ci, z którymi zdarzało mu się współpracować. Starał się rozsądnie dobierać wspólników i zleceniodawców, ale to nie było takie proste i oczywiste w zawikłanym świecie pozorów.
- Wobec tego zrobię wszystko, żebyś nie musiała dotrzymać tej obietnicy - powiedział poważnie, przełykając ślinę.
Potrzebował usłyszeć zapewnienie. Dostał je. Wcale nie był spokojniejszy ani bardziej pozytywny, bo podświadomie wiedział, że wcale nie chciała mu tego przysięgać, ale na ten moment to wystarczyło. Musiało wystarczyć, żeby mogli spróbować pójść dalej. Powoli posuwali się do przodu.
- Chce w to wierzyć tak mocno jak ty - nie wątpił w to, że mówiła szczerze; sam nie był przekonany, że niczego by to nie zmieniło - wręcz przeciwnie, być może coś by polepszyło, pozwoliłoby im czegoś uniknąć (na pewno tego teraz tutaj, a napięcie dosłownie zżerało Greengrassa od wewnątrz).
Kto wie? Może byłoby również tak, że popsułoby między nimi wszystko. Nigdy nie znaleźliby się tu i teraz. Nie mieliby tyle do stracenia. Nie żałowaliby czegoś, czego by nie przeżyli. Żałowałby tego, co nie mogło się wydarzyć, ale byłby to smutek innego rodzaju, nie ból i lęk na myśl, że odsłaniał przed nią już dosłownie każdy zakamarek swojej duszy i dawał jej możliwość podjęcia ostatecznej decyzji o losach.
- Co nie zmienia faktu, że powinniśmy to poruszyć wieki temu - stwierdził ciężko, ponuro, prawdziwie.
To była jedna z podstaw bez których nie powinni zaczynać rozmów o wspólnej przyszłości ani składać żadnych wiążących deklaracji, które padły mimo to. Nie powinni tak łatwo przechodzić do porządku dziennego z tym, co unikowo zrobili. Głównie co było w zakresie jego odpowiedzialności a choć można było o nim powiedzieć wiele różnych rzeczy, na pewno nie to, że stronił od przyjęcia konsekwencji czegoś, co było jego niepodważalnym przewinieniem.
- Wybacz - zazwyczaj nie przepraszał za to, kim był i co robił, tutaj musiał to powiedzieć.
Nie chciał znów wpaść w spiralę przeprosin i kajania się za wszystko, ale powinna to od niego usłyszeć. Nawet on potrafił wypowiedzieć takie słowa wtedy, kiedy były konieczne. Szczególnie, że ironią byłoby, gdyby powiedział Geraldine to wszystko wcześniej a potem nie potrafił wydusić z siebie jednego słowa przeprosin.
Nie oczekiwał, że to tak po prostu zamknie temat. W żadnym wypadku nie był już tak diabelnie optymistyczny. Wręcz przeciwnie - teraz był bliżej drugiego bieguna. Ponury, poważny, pełen obaw, ale przynajmniej nie unikowy.
Wbrew pozorom nie dystansował się tak jak jeszcze przed paroma chwilami ani w żaden inny sposób. Nie uciekł do kuchni, żeby na nią nie patrzeć (no może to nie było głównym zamiarem Ambroisa) tylko po to, aby dać im obojgu trochę przestrzeni na tę trudną okoliczność.
- Każdy go kiedyś chce - nie znał się na zbyt wielu takich tematach, ale to wydawało mu się logiczne. - Nawet, jeżeli nie teraz to za kilka lat. Tu nie ma takiej gwarancji - powiedział wprost, bo ludzie się zmieniali, okoliczności także.
Nie chciał, żeby w dalszym ciągu budowali sobie coś na dobrych intencjach i złudzeniach, że kiedykolwiek będą mieć dom w takich kategoriach, w jakich chciała go mieć większość ludzi. To było raczej bardzo mało prawdopodobne przez wzgląd na styl życia obojga, ale jego interesy poza Mungiem na pewno nie ułatwiało sprawy.
Przez większość życia nie łudził się, że podjęte decyzje będą zgodne z czymkolwiek planem na przyszłość. Znacznie łatwiej było nie angażować się emocjonalnie niż próbować krążyć wokół faktów, bo tak jak wcześniej powiedział Geraldine - nie miał żadnych wątpliwości, że jeśli z kimś mógł spróbować ułożyć życie to była jedyną taką osobą. Nie znał nikogo innego. Nie chciał tego weryfikować w żaden inny sposób.
Mogłoby się wydawać, że mają idealne podstawy do tego, żeby to grało. Nie chciał jej okłamywać. Z większością kobiet musiałby zatajać swoje sprawki, kryć się, unikać mówienia o faktach. Przy niej nie czuł, żeby to było konieczne. Tym bardziej już nie teraz. Stawiał wszystko na jedną kartę.
- Natomiast jak już mówiłem: otwarte karty - stwierdził tak po prostu (a przynajmniej brzmiąc, jakby to mówił bez większego wysiłku; wiele go to kosztowało). - Koniec niedopowiedzeń - zapewnił, bo jeśli czegoś był pewien to właśnie tego, że niedopowiedzenia i przemilczenia tu nie działały.
Czy się obawiał? Cholernie mocno. Znacznie bardziej niż powiedziałby na głos. Kiedykolwiek. Dusił to w sobie, przy okazji siebie również dusząc. Znacznie łatwiej było sądzić, że nie istniał nikt taki, z kim mógłby czuć się dobrze wiodąc jednocześnie jedyne znane mu życie. Dzięki temu nie robił sobie złudzeń i nie miał nadziei, które mogły runąć pod naciskiem kilku słów ze strony Geraldine.
- Postaram się o tym pamiętać - odrzekł powoli i bez przekonania, bo nie do końca ufał temu typowi realizmu, który mogła uznawać za właściwy w ich skomplikowanej sytuacji. - Szczególnie, jeśli to oznacza, że mamy jasność - drugie słowa były już znacznie bardziej ostrożne, wypowiedziane tym samym głosem, nie szeptem czy pomrukiem, ale z większą zachowawczością.
Nie chciał przedwcześnie dopuszczać niczego, o czym nie był całkowicie przekonany. Jeszcze mogła zmienić zdanie. Wierzył w tę wzajemność z jej strony. Naprawdę. Natomiast starał się mieć pełną jasność tego, co robili i kim mieli być po tej rozmowie.
- Ostatnio oboje byliśmy niepoprawnymi optymistami, nie uważasz? - Słowa Ambroisa zabrzmiały znacznie lżej niż powinny wedle kontekstu, w którym zadał pytanie.
W żadnym razie nie doceniał tego, że przez ostatnie tygodnie a nawet miesiące zachowywali się jak dwoje lekkoduchów. Przynajmniej w tym momencie gardził swoją skłonnością do trzymania różowych okularów na nosie. To zaprowadziło ich tutaj, gdzie stanęli. Nie dało im ruszyć dalej. Wręcz sprawiło, że każdy kolejny krok wydawał się ryzykowny i niewłaściwy.
Chciał wierzyć, że mają to zamknięte właśnie od tego momentu i że wizja końca wszystkiego, co skrzętnie budowali rozmyła się wraz ze złożonymi deklaracjami. Powiedziała mu coś, co sprawiło, że powinien móc oddychać z ulgą. Odpowiedział jej tym samym z nienaturalną, ale właściwą nawykowością. Choć chyba tego nie dało się tak nazwać - pierwszy raz powiedział coś takiego na głos. To nie był werbalny nawyk, nawet jeśli we własnej głowie dawno był świadomy tego, że to brzmiało właściwie i powinno kiedyś paść.
A co nie powinno?
Niedorzeczności. Nie powinny paść.
- To najbardziej irracjonalne słowa, jakie padły z twoich ust - skwitował siląc się na to, żeby nie zabrzmieć na poirytowanego tym, co dotarło do jego uszu. - A to oznacza, że są naprawdę niedorzeczne - to był prosty komunikat z ust osoby, która raczej nie miewała problemu z mówieniem, kiedy coś brzmiało kretyńsko.
Potrafił przyczepić się do mniejszych słówek. Miał to w małym palcu. Nie potrzebował wiele, żeby pokusić się o bezpośredniość. Nawet taką, która robiła z niego buca - za to przynajmniej szczerego i to liczyło się najbardziej. W tej chwili sarknął odruchowo, unosząc wzrok w kierunku sufitu. Może tego nie widziała, ale miał pewność, że znała go na tyle dobrze, aby wyczuć jego niewerbalną reakcję. Szczególnie, że nie mógł nie pokusić się o uzupełnienie tego w słowa.
- Twoja noga jest popsuta. Twoja intuicja najpewniej jest popsuta. Jesteś najbardziej chaotyczną znaną mi osobą... ...poza mną, rzecz jasna. Zaczynam również skłaniać się ku twierdzeniu, że poczucie własnej wartości też masz niezbyt poprawne, ale nie mi to oceniać. Nie raz, nie dwa słyszałem, że to ja mam z nim coś nie tak. Twoje może być całkiem normalne - niby zgodził się z Geraldine, ale jednak nie. - Ale jak na moje oko to nie jest. Nie wiem. Czy mam się niepokoić, że to dlatego cię do mnie ciągnie? - Spytał wprost, choć raczej retorycznie - nie oczekiwał odpowiedzi.
Nie wysnuwał tej teorii w toku żadnych domysłów, dowodów lub analiz, bowiem nie sądził, żeby to tu był pies pogrzebany, ale liczył na to, że wzbudzi tym jakąś reakcję na późniejsze słowa.
- Racz nie obrażać mojej kobiety - upomniał ją, jakby mowa była o kimś zupełnie innym, kogo właśnie nazywała w niewłaściwy sposób, działając mu tym samym na nerwy. - Nie jesteś rzeczą, Geraldine. Ludzie psują się tylko po śmierci - oczywiście dało się to podważyć - to też słyszał nie raz i nie dwa, otrzymując pogardliwy wysryw o tym, że był spsutym do szpiku kości, bogatym panińczykiem bez krztyny autorefleksji.
Czy się tym przejmował? Niespecjalnie. Szczególnie, odkąd skończył pięć lat. Raczej nie dbał o subiektywne odczucia ludzi na jego temat. Prawdę mówiąc zazwyczaj mu to wisiało i powiewało. Wyłącznie nieliczni ludzie w życiu Ambroisa mieli rzeczywisty wpływ na jego przekonania. Nie odpowiadał za to, że wszystkim innym mogło nie pasować coś, co on najpewniej w sobie lubił lub chociażby tolerował a na pewno nie planował tego zmieniać, bo uraził czyjeś wysublimowane uczucia.
Mierziło go to, co słyszał teraz od Geraldine. Szczególnie w kontekście tego, o czym w dalszym ciągu rozmawiali. Jeżeli on nie miał za knut autokrytyki to ona bez dwóch zdań dbała o to, żeby w ostatecznym rozrachunku mieli harmonijnie umiarkowaną samoocenę. Krótko mówiąc: do poziomu absurdu zaniżała statystykę. Greengrassowi to nie pasowało. Nie próbował udawać, że jest inaczej.
- To jest debilizm sytuacyjny - stwierdził bez pardonu. - Nie można powiedzieć, że nie. Ani, że nie jestem na ciebie o to wkurwiony, ale nie przypisuj temu głębszego znaczenia. To zaćmienie mózgu, nie całkowite powalenie umysłowe.
Chciała po sobie cisnąć? Powinna to robić we właściwy sposób. O sprawy, co do których miała rzeczywisty wpływ. W oparciu o podejmowane decyzje a nie o wymysły, których podstaw nie rozumiał i prawdopodobnie nawet nie próbował zrozumieć, bo były bezsensowne. Niczym nie poparte. Nie wiedział, skąd pojawiło się u niej takie przekonanie, ale właśnie starał się je uciąć. Nie potrzebowali więcej tego typu wyznań. Szczególnie błędnych.
Wystarczyło, że byli równo... ...niestandardowi na wielu płaszczyznach. Liczyło się dla niego to, że do siebie pasowali. Jego wewnętrzny Ambroise doskonale dogadywał się z jej wewnętrzną Geraldine. To, co było poza tym nie powinno być tak znaczące. Cudza opinia? Otoczenie mogło plotkować. Już to robiono. Czy to było istotne? Szczególnie po tym, co padło w ich rozmowie?
Przy tym, co on sam o sobie powiedział (z trudem i wahaniem, ale wydusił na głos) raczej nie powinna sądzić, że jest najbardziej popsutą osobą w pomieszczeniu. Zresztą był wdzięczny za to, że jego również nie nazywała kimś takim. Obawiał się tej oceny bardziej niż był w stanie przyznać. Przed sobą tak samo jak przed nią. Niemal do samego końca nie chciał usłyszeć tego małego ale (większego też nie), po którym stwierdziłaby, że to dla niej za dużo.
To był wieczór odroczonych wyjaśnień. Przyszła pora również na te mniej oczywiste. Ewidentnie. Na coś, czego wcale nie bagatelizował ani nie wyśmiewał. Jakże by mógł - nie był z gatunku tych ludzi. Zdawał sobie sprawę z tego, że uzewnętrznianie się ją też dużo kosztowało. Natomiast nie zamierzał milczeć z tym, że ten zarzut wobec siebie samej był dla niego czymś do powtórnego zweryfikowania.
- Żebyśmy mieli jasność: kręcę naprawdę wątpliwie moralne interesy w różnych miejscach. Od tylu lat i do tego stopnia, że nie planuję innego życia. Jestem przestępcą. Nie bójmy się tego słowa. Kultura i dobre wychowanie tego nie ugładzają - pokręcił sam do siebie głową, wdychając ciężko i z niedowierzaniem; tym razem nie próbował tego kryć. - Jesteś po prostu niesamowita - raz jeszcze przemasował skroń palcami. - Niesamowicie nierealistyczna, skoro w ogóle dopuszczasz możliwość, że mogę cię nie chcieć.
Może to była domena popsutych ludzi. Pewnie by tego nie wykluczył, gdyby uważał się za kogoś kto musiał czuć się źle z tym, że żadne z nich nie wpisuje się w jakiś schemat. Już kiedyś o tym rozmawiali. Nie byli normalni ani standardowi. Jeżeli w którymś momencie czuł się z tym niewłaściwie to ten moment minął wraz z otrzymaniem zapewnienia, że mogli próbować łączyć ze sobą życie.
Te kilka godzin i dwa ostatnie dni były cieniem na jego poczuciu bycia dostatecznie właściwym człowiekiem dla niej. Rzeczywiście. Jeszcze chwilę temu sam miał wątpliwości, lęki, obawy. Wahał się i nie chciał słyszeć czegoś, co wydawało mu się prawdopodobne do usłyszenia. Natomiast to minęło. Poczucie gruntu usuwającego się spod nóg nadal było gdzieś tam głęboko, ale zaczynało niknąć i słabnąć. Dzięki temu, co padło z ust Yaxleyówny.
Dzięki temu, co powtórzył na swój znaczący sposób. Bez analizowania. W prostszy sposób niżeli mógłby się spodziewać. Nie przyniosło mu to takiego trudu jak myślał, że przyniesie. Deklaracja padła. Może sztywno i mało żarliwie, ale mieli na to czas. Następnym razem miało być chyba prościej.
- Ani się waż - ostrzegł odruchowo, łapiąc się dzięki temu na tym, że po prostu patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę (nie umiał powiedzieć jak długą) zamiast cokolwiek robić czy mówić.
Skutecznie wyrwała go z chwilowego letargu. Posłał jej z pozoru groźne spojrzenie, ale w kącikach ust dygotał zaprzeczający temu uśmieszek a oczy Greengrassa zdecydowanie nie ciskały gromów. Błyszczały z rozbawienia. Z czułości. Może też trochę z pobłażliwości.
- Jeśli wstaniesz to na pewno nie obejdzie się bez Szkiele-Wzro - zawyrokował a tak się składało, że to był chyba jeden z takich eliksirów, które niemal każdego były w stanie przekonać do unikania wysiłku fizycznego.
Paskudztwo.
Mimo to nie planował sprawdzać czy rzeczywiście potrafiła spełnić swoje groźby. Zmniejszył trochę ogień i powolnym, ale zdecydowanym krokiem wyszedł z kuchni. Bez uśmiechu na ustach, ale zarazem bez wyglądania jak zbity pies. Po prostu w milczeniu przysiadł na brzegu kanapy, wyciągając ramiona ku Geraldine.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down