17.10.2024, 13:46 ✶
Słysząc słowa Geraldine parsknął cicho, aczkolwiek słyszalnie mimo kuchennych dźwięków. Wywrócił też oczami i pokręcił głową, całkowicie świadomy tego, że mógł sobie na to pozwolić nawet w nerwach i tak napiętej atmosferze, bo go nie widziała. No, przynajmniej nie aż tak, żeby wszystko zauważyć, bo czuł spojrzenie wywiercające mu dziurę w plecach.
- Jasne. Jesteś otwartą księgą, ale z gatunku tych, które mają dwie treści. W zależności od tego, w którą stronę je otworzysz - skwitował z przekąsem, mając to na myśli, więc dzieląc się z nią swoim spostrzeżeniem.
Zgadza się. W jednej chwili mógł z niej czytać. Najpewniej tak jak ona z niego, bo ich porozumienia nie dało się wymazać, wykluczyć, przeoczyć, nie można było go zakwestionować i momentami naprawdę dało się na nim oprzeć długą dyskusję bez słów - jedynie na gesty i spojrzenia.
Potem przychodziły momenty, w których wydawało mu się, że nadal ją rozumie, ale w rzeczywistości nic nie pojmował. Robiła coś nieprzewidywalnego. Nastawiał się na jedno, dostawał drugie. Ciskała w niego przekorą, korzystała z tej świadomości, że z siebie czytają, aby kompletnie go zaskoczyć. Nie twierdził, że zawsze w ten zły sposób i w niezbyt dobrym sensie. Wręcz przeciwnie - czasami to było naprawdę przyjemne nieoczekiwanie.
Tak jak teraz? Czy teraz to była jedna z takich chwil?
Spodziewał się zaognionej dyskusji, zażartej kłótni, ostrych słów i gwałtownych reakcji. Wyrzutów i wszystkiego, co mogła mu podpowiedzieć (wyjątkowo bujna w tym przypadku) wyobraźnia. Ze swojej strony odkładał te wszystkie tematy, aby nie zniszczyć wszystkiego, co udało im się zbudować. Jednocześnie nie robił nic, żeby wyrwać się z dotychczasowych układów, które doprowadziły ich do konieczności przeprowadzenia poważnej rozmowy, bo tak jak mówił - nie mógł się z tego wypisać. Natomiast po prostu to odwlekał, żeby w dalszym ciągu mieć nadzieję.
Tymczasem wyglądało tak, jakby jej pokłady były znacznie większe niż mógł liczyć, wręcz niewyczerpane. Tak jak cierpliwości Geraldine do tego, czym w nią ciskał - kolejnymi informacjami, następnym wkopałem się w to na własne życzenie, jeszcze jednym nie mogę tego zmienić, nie wiem czy możesz z tym żyć. To zżerało go od tak dawna, a teraz z minuty na minutę zaczynał mieć wrażenie, że niepotrzebnie...
...nie wiedział jak powinien na to reagować.
- Miejmy nadzieję, że nie przekonamy się, które z nas ma rację - stwierdził powoli, odnosząc się do tego nieoczekiwanego optymizmu płynącego ze słów, że wolała najgorszą prawdę od milczenia.
Ambroise twierdził zupełnie inaczej. Sądził, że czasami milczenie było konieczne, bo stanowiło zasłonę dymną dla prób rozwiązania problemu samodzielnie. Natomiast nie chciał podkreślać tego na każdym kroku. Wcale nie planował w dalszym ciągu upierać się przy tym, by robić wszystko na własną rękę - jasne, większość rzeczy tak. Tu nie zmieniły się jego poglądy. Nie chciał jej w nic głębiej wciągać ani narażać. Natomiast usiłował dać jej cokolwiek, czego mogłaby się chwycić, żeby ustabilizować grunt między nimi. Kompromisować z tymi drobnymi sprawami, w które mógł dać jej wgląd. To było nowe.
- Po prostu wiem, co ja bym zrobił a mamy tendencję do podejmowania dokładnie tych samych upierdliwych decyzji - skwitował gładko.
Taka była prawda. Rozmawiali o nim, co prawda, o jego potencjalnej powtórnej śmierci z jej rąk i o tym, że miała się nie mieszać w nic mściwego, gdyby coś mu się stało. On niczego takiego jej nie przyrzekał. Nawet nie próbował poruszać tej części tematu, bo nie chciał, żeby wymagała od niego wzajemności w obietnicy tego, że nie będzie wkraczać na ścieżkę vendetty, jeśli to jej stanie się coś złego. Nie chciał dopuszczać do siebie podobnych myśli. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Geraldine miał świadome ciągoty do maczania palców w znacznie mniej moralnych sprawkach - już to ustalili, już o tym rozmawiali.
Jednym, niekoniecznie samoświadomym słowem: nekromancja. Kiedy ona próbowałaby go pośmiertnie wykarczować lub krzyczeć, on był typem człowieka, który niechybnie popłynąłby w kierunku mroczniejszych sztuk magicznych. Całe szczęście nie musiał tego rozważać ani poruszać. Na tę część autorefleksji nie był gotowy podczas tej rozmowy, być może nigdy nie miał być.
- Masz rację. Raczej bym z nimi nic nie zrobił - stwierdził prosto - szczerość, czyż nie? - Ale skoro mamy to ustalone i jesteś w stanie mi ich oszczędzić: dobrze, postaram się zaufać twojemu osądowi - przynajmniej wstępnie i bez wielkiego przekonania, ale przystał na to.
Częściowo. Co było już dużym krokiem, szczególnie jak na niego. Starał się. Naprawdę bardzo mocno. Kiedy zasłona opadła i brudy wysypały się spod dywanu, zaczął brać tę odpowiedzialność za ich wszystkie dni optymistycznego milczenia. Ta rozmowa, choć niełatwa, była tego dowodem. Odpłynęli od rzeczywistości, pozwolili sobie na to, teraz usiłował stabilizować sytuację i naprawiać pęknięcia, które przez to powstały. Był całkiem...
...ugodowy. Absurdalnie ugodowy jak na siebie. Liczył, że to dostrzegała i że dzięki temu mogli mieć jasność. Miał szczere intencje. Dużo za uszami, wiele moralnie wątpliwych nawyków, ale szczere intencje.
- Pytaj, o co chcesz - stwierdził otwarcie, rozkładając ręce. - Jeśli chcesz coś wiedzieć, pytaj. Wczorajszy wieczór był wynikiem nieostrożności. Rozproszyłem się. Chciałem wrócić do domu. Zamierzałem załatwić to szybko i bezboleśnie - trudno było przyznawać się do zawalenia sprawy, ale skoro podjął temat to planował doprowadzić go do końca. - Za kilka dni będę zmuszony zamknąć całą sprawę. Może zrobić się niemiło. Prawdopodobnie zrobi się niemiło. Bardzo niemiło, ale rozumiesz, że muszę się odpłacić. Nie mogę zostawić całej sytuacji w taki sposób. Postaram się to domknąć bez większego ryzyka, uważać na posunięcia, wrócę do domu i zabiorę cię... ...gdzieś. Gdzie zechcesz, dobrze? Wynagrodzę ci wczoraj - był zdecydowany zrobić wszystko, żeby wymazać tamte wydarzenia.
Choć nie. Nie dało się ich zmazać. Można było wyłącznie zrobić coś, żeby nie miały już tego posmaku goryczy i właśnie to planował uczynić. Chciał, żeby w ich życiu znów było słodko. Realistycznie, ale lżej. Nie potrzebowali więcej bólu i rozgoryczenia. Chciał, żeby to wiedziała.
- Nie przepraszaj za takie rzeczy - podkreślił, nieznacznie wstrząsając ramionami. - Nie ma potrzeby przepraszać za coś takiego - czuł, że musi jej o tym napomknąć, choć nie był zbyt dobrym nauczycielem w zakresie zagłębiania się w swoją psychikę i analizowania wszystkich aspektów własnego charakteru.
Raczej wręcz przeciwnie. Bardzo dużo spraw podświadomie wypierał, często ignorował niewygodne fakty, zachowywał się tak, jakby niektóre problemy po prostu nie istniały, nawet jeśli właśnie próbowały ugryźć go w twarz. Akurat w tym nie czuł się zbyt upoważniony do powolnego przemawiania Geraldine do rozsądku, za to ewidentnie mógł czynić jej wyrzuty jak zaledwie chwilę temu. Ot - był pezpardonowo bezpośredni w tym, że nie uważał, aby potrzebowała być przy nim niepewna własnej wartości, bo dla niego zdecydowanie ją miała. Stała się jedną z najbardziej istotnych osób w jego życiu, jeśli nie niemal najważniejszą, praktycznie na równi z nim samym. Nie powinna w to wątpić. Nie sądził, żeby dał jej powód do zwątpienia.
- I nie mówię, że masz z tym milczeć, bo mnie to irytuje - podkreślił znacząco, gdyby to było w jakimś stopniu podważalne, bo nie powinno być. - Dla pełnej jasności: przy mnie nie oceniaj się w kategorii przystosowania społecznego - kląsnął językiem o podniebienie, unosząc wzrok w kierunku sufitu (to był naprawdę brzydki sufit, zdecydowanie wymagał malowania, szczególnie że tu palili) a potem dopowiadając zdecydowanie:
- Przy nikim innym też nie musisz, ale rozumiem, że nad tym musimy popracować - nie był mówcą motywacyjnym i nie wątpił, że w żadnym razie nie nadaje się do tego, żeby komukolwiek mówić, że jest wystarczający - ten człowiek, nie on, oczywiście, on był bezdyskusyjnie wystarczający we własnych oczach.
Szczególnie teraz, kiedy powoli żegnali wszelkie wątpliwości tego, czy był również wystarczający dla niej wraz ze wszystkimi swoimi nawykami, całym bagażem doświadczeń, emocji i motywacji. Nieczęsto wynikających z wątpliwych moralnie przyzwyczajeń do bycia wpływową osobą kontrolującą więcej niż powinien kontrolować.
Paradoksalnie o ile nie chciał brać odpowiedzialności za rodowe sprawy, o tyle wcale nie uciekał od niej w przypadku świadomie dokonanych wyborów. Z zadziwiającą, raczej nietypową lekkością machał ręką na wszystkie benedity wynikające z dziedziczenia. Nie chciał ich, bo koszty i zobowiązania znacznie przerastały korzyści. To była ta złota klatka, o której wielokrotnie rozmawiali z Geraldine. Jeśli mógł nie dać się w nią złapać, bardzo świadomie wybierał spokój.
Wiedział, że to nie przejdzie bez echa. Ludzie mieli gadać, ale kiedy tak właściwie nie gadali. Zawsze to robili. Szczególnie, że dla niektórych nigdy nie powinien mieć żadnego prawa do dziedziczenia i pozycji wśród Greengrassów. Ci z pewnością mieli być względnie zadowoleni. Z Evelyn na samym czele. Pozostali mogli plotkować, kwestionować jego poczytalność, doszukiwać się drugiego dna.
Poniekąd naprawdę tam było. Po prostu tworzył swoją własną klatkę zobowiązań. Głównie tych czarnorynkowych, które wymagały szczególnej ostrożności i uwagi. Nie mógłby z powodzeniem łączyć obu ról. Zbyt wiele razy widział efekty takich prób. W żadnym wypadku nie były korzystne.
Nawet, jeżeli niektórym młodym, butnym czystokrwistym (a przecież bezapelacyjnie był jednym z nich) wydawało się, że płynęły z tego same benefity, plątali się w tym wszystkim. W którymś momencie jedna z ról zaczynała przeważać. Szala się przechylała. Konsekwencje doganiały nie tylko ich, lecz także ich bliskich.
W środowisku przymykano oczy na wiele różnych sekretów. Mało który ród był tak krystalicznie czysty i elegancki, całkowicie poprawny za jakiego się miał. Dopóki to było dyskretne i wygodne dla wszystkich, dopóty jednomyślnie odwracano wzrok i nie mówiono o przelotnych spotkaniach w miejscach, w których żadna ze stron nie powinna być. Jednakże z czasem stawało się to podstępne i grząskie. Zdecydowanie lepiej było, aby oczy wszystkich były skierowane na kogoś znacznie bardziej poprawnego. W tym wypadku na Roselyn.
- Uznajmy, że to jednorazowy wyskok. Zaćmienie mózgu. Jak zwał tak zwał. Te dwa dni nie były dla nas najjaśniejsze - stwierdził, niechętnie przyznając, że on również był ofiarą chwilowego braku myślenia, co nie powinno się powtórzyć. - Następnym razem daj mi znać. Szczególnie, gdyby to było coś wartego zabrania mnie ze sobą. Postaram się być. W porządku? - Tak właściwie to nawet nie pytał.
Zaznaczał konieczność włączenia się w niektóre świadomie ryzykowne zlecenia, przy których powinien być w stanie pomóc. Najlepiej na miejscu, choćby wbrew swojej niechęci do świata magicznych zwierząt. To było istotne. Znacznie istotniejsze niż pomyślałby, że będzie kiedykolwiek. Układali sobie życie. Usiłowali budować wspólny dom. Planował opierać to na całym wkładzie, jaki mógł od siebie dać. W wypadku tak poważnych spraw, nawet kosztem dyżurów w szpitalu, które miałby przestawiać (to było zadziwiające, ale niezaprzeczalne).
Rozmawiali o jego ryzyku zawodowym, ale jej również powinni brać pod uwagę. Traktował to tak poważnie jak wspominał. Miał pełną świadomość, że nie zawsze miał być dla niej w trudnych momentach. Nie od razu, nie na miejscu. To było druzgocące, ale prawdziwe. Oboje mieli wcześniejsze zobowiązania, czasami mogły zbyt mocno się nachodzić i nie być na tyle elastyczne, na ile by tego pragnęli. Mimo to podjął decyzję, że uczyni z tego swój priorytet. Była nim dla niego. Cała reszta mogła iść się jebać. Jeśli musiałby dokonać wyboru, tak naprawdę żadnego by nie było. Został podjęty.
- Przede wszystkim twoim, potem przestępcą - rzucił z początku poważnie, później pozwalając sobie na bardzo samoświadome kaszlnięcie, bo te słowa brzmiały bardzo osobliwie, na swój sposób trochę zbyt wzniośle. - Rozumiesz sens, prawda? Nie zagłębiajmy się w to zbytnio - tak, to byłoby trochę zbyt teatralne, nazbyt żenujące i poetyckie, a raczej wolał bardzo proste i klarowne wyznania. - Zawsze będę przede wszystkim po twojej stronie - uściślił, nadając wcześniejszej wypowiedzi taki sens, jaki powinien być w niej od samego początku.
Nieważne, co by się działo i jak wyglądałaby sytuacja, wybrał stronę. Nie dopuszczał możliwości, że będą zmuszeni do stanięcia przeciwko sobie. Chciał tworzyć z nią wspólny front, nawet jeśli z góry skazany na poniesienie konsekwencji, mniej bezpieczny od tego innego, mniej racjonalny, nawet pozornie niewłaściwy. Miała jego lojalność. Tą mieszającą więzi uczuciowe, bardzo silne i ugruntowane poczucie rodzinności (w jego przypadku nawet nie z krewnymi) i swoistą kapkę tej przestępczej tak istotnej w półświatku. Tak. Był jej przestępcą.
Dodatkowo do bycia chłopakiem, kochankiem, przyjacielem, uzdrowicielem i całą litanią innych ról, na które mogła liczyć. To było nienaruszalne.
- Znam kilka takich sposobów - uśmiechnął się trochę szerzej, zdecydowanie nie nawiązując do tak przykrych i odpychających chwytów jak grożenie Geraldine piciem jednego z bardziej obrzydliwych eliksirów.
W tej chwili zadziałało najlepiej. Niespecjalnie istniała lepsza opcja. Przynajmniej z perspektywy sytuacji i tego, że oboje dopiero odzyskiwali równowagę pomiędzy nimi. Mimo najszczerszych chęci, przeskakiwanie od zdenerwowania w błogi spokój nie było czymś, co Ambroise zwykł robić. Potrzebował stanąć na nogi, wyciszyć się przez kilka chwil, znaleźć w sobie więcej optymizmu i wtedy mógł zacząć przechodzić do porządku dziennego z tym, co padło tego wieczoru. Nie było innej możliwości.
Z uwagi na to wyciągnął ku niej ramiona, milcząc, kiedy się do niego przytuliła, ale odruchowo składając lekki pocałunek na czubku jej głowy. Objął ją ramieniem, wpatrując się w ogień w kominku dopóki nie odezwała się do niego ponownie, sprawiając, że kiwnął głową. Nerwowe, szybsze bicie serca powoli mu się uspokajało, było znacznie bardziej miarowe i mniej bolesne. Oddech powoli wracał do normy - już nie dusił ani nie palił, choć potrzeba zapalenia papierosa wdarła się na to miejsce. Chwilowo ją ignorował, przytulając do siebie swoją kobietę.
- Tak. To nie było zdrowe - odrzekł ciszej, spokojniej, pozwalając sobie na poddanie się coraz bardziej wyciszonemu klimatowi późnego letniego wieczoru.
- Pomożesz mi nasmarować te plecy? - Spytał raczej nieoczekiwanie i bez przekonania, ale cóż - chciał mieć za sobą również jej czynności medyczne, żeby móc w pełni rozluźnić się przed kominkiem na kanapie a do tego potrzebował móc się schylić bez większego bólu.
- Strasznie napierdalają - nie było możliwości inaczej tego określić, zresztą nawet nie próbował. - A twoja noga zaraz będzie wymagać dalszego opatrywania, bo eliksir przeciwbólowy zacznie odpuszczać. Na noc mogę dać ci jeden ze swoich, ale są pieruńsko silne. Bardzo łatwo odzwyczaić się od tych słabszych. Coś o tym wiem - wzruszył ramionami, co było raczej błędem, bo niemal od razu się skrzywił i momentalnie skwitował to rozgoryczonym uśmiechem.
No cóż. Nie zawsze dało się myśleć o powstrzymywaniu odruchów. Zdarzało się nawet najlepszym. A że on był najlepszy, to zdarzało mu się często.
- Jasne. Jesteś otwartą księgą, ale z gatunku tych, które mają dwie treści. W zależności od tego, w którą stronę je otworzysz - skwitował z przekąsem, mając to na myśli, więc dzieląc się z nią swoim spostrzeżeniem.
Zgadza się. W jednej chwili mógł z niej czytać. Najpewniej tak jak ona z niego, bo ich porozumienia nie dało się wymazać, wykluczyć, przeoczyć, nie można było go zakwestionować i momentami naprawdę dało się na nim oprzeć długą dyskusję bez słów - jedynie na gesty i spojrzenia.
Potem przychodziły momenty, w których wydawało mu się, że nadal ją rozumie, ale w rzeczywistości nic nie pojmował. Robiła coś nieprzewidywalnego. Nastawiał się na jedno, dostawał drugie. Ciskała w niego przekorą, korzystała z tej świadomości, że z siebie czytają, aby kompletnie go zaskoczyć. Nie twierdził, że zawsze w ten zły sposób i w niezbyt dobrym sensie. Wręcz przeciwnie - czasami to było naprawdę przyjemne nieoczekiwanie.
Tak jak teraz? Czy teraz to była jedna z takich chwil?
Spodziewał się zaognionej dyskusji, zażartej kłótni, ostrych słów i gwałtownych reakcji. Wyrzutów i wszystkiego, co mogła mu podpowiedzieć (wyjątkowo bujna w tym przypadku) wyobraźnia. Ze swojej strony odkładał te wszystkie tematy, aby nie zniszczyć wszystkiego, co udało im się zbudować. Jednocześnie nie robił nic, żeby wyrwać się z dotychczasowych układów, które doprowadziły ich do konieczności przeprowadzenia poważnej rozmowy, bo tak jak mówił - nie mógł się z tego wypisać. Natomiast po prostu to odwlekał, żeby w dalszym ciągu mieć nadzieję.
Tymczasem wyglądało tak, jakby jej pokłady były znacznie większe niż mógł liczyć, wręcz niewyczerpane. Tak jak cierpliwości Geraldine do tego, czym w nią ciskał - kolejnymi informacjami, następnym wkopałem się w to na własne życzenie, jeszcze jednym nie mogę tego zmienić, nie wiem czy możesz z tym żyć. To zżerało go od tak dawna, a teraz z minuty na minutę zaczynał mieć wrażenie, że niepotrzebnie...
...nie wiedział jak powinien na to reagować.
- Miejmy nadzieję, że nie przekonamy się, które z nas ma rację - stwierdził powoli, odnosząc się do tego nieoczekiwanego optymizmu płynącego ze słów, że wolała najgorszą prawdę od milczenia.
Ambroise twierdził zupełnie inaczej. Sądził, że czasami milczenie było konieczne, bo stanowiło zasłonę dymną dla prób rozwiązania problemu samodzielnie. Natomiast nie chciał podkreślać tego na każdym kroku. Wcale nie planował w dalszym ciągu upierać się przy tym, by robić wszystko na własną rękę - jasne, większość rzeczy tak. Tu nie zmieniły się jego poglądy. Nie chciał jej w nic głębiej wciągać ani narażać. Natomiast usiłował dać jej cokolwiek, czego mogłaby się chwycić, żeby ustabilizować grunt między nimi. Kompromisować z tymi drobnymi sprawami, w które mógł dać jej wgląd. To było nowe.
- Po prostu wiem, co ja bym zrobił a mamy tendencję do podejmowania dokładnie tych samych upierdliwych decyzji - skwitował gładko.
Taka była prawda. Rozmawiali o nim, co prawda, o jego potencjalnej powtórnej śmierci z jej rąk i o tym, że miała się nie mieszać w nic mściwego, gdyby coś mu się stało. On niczego takiego jej nie przyrzekał. Nawet nie próbował poruszać tej części tematu, bo nie chciał, żeby wymagała od niego wzajemności w obietnicy tego, że nie będzie wkraczać na ścieżkę vendetty, jeśli to jej stanie się coś złego. Nie chciał dopuszczać do siebie podobnych myśli. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Geraldine miał świadome ciągoty do maczania palców w znacznie mniej moralnych sprawkach - już to ustalili, już o tym rozmawiali.
Jednym, niekoniecznie samoświadomym słowem: nekromancja. Kiedy ona próbowałaby go pośmiertnie wykarczować lub krzyczeć, on był typem człowieka, który niechybnie popłynąłby w kierunku mroczniejszych sztuk magicznych. Całe szczęście nie musiał tego rozważać ani poruszać. Na tę część autorefleksji nie był gotowy podczas tej rozmowy, być może nigdy nie miał być.
- Masz rację. Raczej bym z nimi nic nie zrobił - stwierdził prosto - szczerość, czyż nie? - Ale skoro mamy to ustalone i jesteś w stanie mi ich oszczędzić: dobrze, postaram się zaufać twojemu osądowi - przynajmniej wstępnie i bez wielkiego przekonania, ale przystał na to.
Częściowo. Co było już dużym krokiem, szczególnie jak na niego. Starał się. Naprawdę bardzo mocno. Kiedy zasłona opadła i brudy wysypały się spod dywanu, zaczął brać tę odpowiedzialność za ich wszystkie dni optymistycznego milczenia. Ta rozmowa, choć niełatwa, była tego dowodem. Odpłynęli od rzeczywistości, pozwolili sobie na to, teraz usiłował stabilizować sytuację i naprawiać pęknięcia, które przez to powstały. Był całkiem...
...ugodowy. Absurdalnie ugodowy jak na siebie. Liczył, że to dostrzegała i że dzięki temu mogli mieć jasność. Miał szczere intencje. Dużo za uszami, wiele moralnie wątpliwych nawyków, ale szczere intencje.
- Pytaj, o co chcesz - stwierdził otwarcie, rozkładając ręce. - Jeśli chcesz coś wiedzieć, pytaj. Wczorajszy wieczór był wynikiem nieostrożności. Rozproszyłem się. Chciałem wrócić do domu. Zamierzałem załatwić to szybko i bezboleśnie - trudno było przyznawać się do zawalenia sprawy, ale skoro podjął temat to planował doprowadzić go do końca. - Za kilka dni będę zmuszony zamknąć całą sprawę. Może zrobić się niemiło. Prawdopodobnie zrobi się niemiło. Bardzo niemiło, ale rozumiesz, że muszę się odpłacić. Nie mogę zostawić całej sytuacji w taki sposób. Postaram się to domknąć bez większego ryzyka, uważać na posunięcia, wrócę do domu i zabiorę cię... ...gdzieś. Gdzie zechcesz, dobrze? Wynagrodzę ci wczoraj - był zdecydowany zrobić wszystko, żeby wymazać tamte wydarzenia.
Choć nie. Nie dało się ich zmazać. Można było wyłącznie zrobić coś, żeby nie miały już tego posmaku goryczy i właśnie to planował uczynić. Chciał, żeby w ich życiu znów było słodko. Realistycznie, ale lżej. Nie potrzebowali więcej bólu i rozgoryczenia. Chciał, żeby to wiedziała.
- Nie przepraszaj za takie rzeczy - podkreślił, nieznacznie wstrząsając ramionami. - Nie ma potrzeby przepraszać za coś takiego - czuł, że musi jej o tym napomknąć, choć nie był zbyt dobrym nauczycielem w zakresie zagłębiania się w swoją psychikę i analizowania wszystkich aspektów własnego charakteru.
Raczej wręcz przeciwnie. Bardzo dużo spraw podświadomie wypierał, często ignorował niewygodne fakty, zachowywał się tak, jakby niektóre problemy po prostu nie istniały, nawet jeśli właśnie próbowały ugryźć go w twarz. Akurat w tym nie czuł się zbyt upoważniony do powolnego przemawiania Geraldine do rozsądku, za to ewidentnie mógł czynić jej wyrzuty jak zaledwie chwilę temu. Ot - był pezpardonowo bezpośredni w tym, że nie uważał, aby potrzebowała być przy nim niepewna własnej wartości, bo dla niego zdecydowanie ją miała. Stała się jedną z najbardziej istotnych osób w jego życiu, jeśli nie niemal najważniejszą, praktycznie na równi z nim samym. Nie powinna w to wątpić. Nie sądził, żeby dał jej powód do zwątpienia.
- I nie mówię, że masz z tym milczeć, bo mnie to irytuje - podkreślił znacząco, gdyby to było w jakimś stopniu podważalne, bo nie powinno być. - Dla pełnej jasności: przy mnie nie oceniaj się w kategorii przystosowania społecznego - kląsnął językiem o podniebienie, unosząc wzrok w kierunku sufitu (to był naprawdę brzydki sufit, zdecydowanie wymagał malowania, szczególnie że tu palili) a potem dopowiadając zdecydowanie:
- Przy nikim innym też nie musisz, ale rozumiem, że nad tym musimy popracować - nie był mówcą motywacyjnym i nie wątpił, że w żadnym razie nie nadaje się do tego, żeby komukolwiek mówić, że jest wystarczający - ten człowiek, nie on, oczywiście, on był bezdyskusyjnie wystarczający we własnych oczach.
Szczególnie teraz, kiedy powoli żegnali wszelkie wątpliwości tego, czy był również wystarczający dla niej wraz ze wszystkimi swoimi nawykami, całym bagażem doświadczeń, emocji i motywacji. Nieczęsto wynikających z wątpliwych moralnie przyzwyczajeń do bycia wpływową osobą kontrolującą więcej niż powinien kontrolować.
Paradoksalnie o ile nie chciał brać odpowiedzialności za rodowe sprawy, o tyle wcale nie uciekał od niej w przypadku świadomie dokonanych wyborów. Z zadziwiającą, raczej nietypową lekkością machał ręką na wszystkie benedity wynikające z dziedziczenia. Nie chciał ich, bo koszty i zobowiązania znacznie przerastały korzyści. To była ta złota klatka, o której wielokrotnie rozmawiali z Geraldine. Jeśli mógł nie dać się w nią złapać, bardzo świadomie wybierał spokój.
Wiedział, że to nie przejdzie bez echa. Ludzie mieli gadać, ale kiedy tak właściwie nie gadali. Zawsze to robili. Szczególnie, że dla niektórych nigdy nie powinien mieć żadnego prawa do dziedziczenia i pozycji wśród Greengrassów. Ci z pewnością mieli być względnie zadowoleni. Z Evelyn na samym czele. Pozostali mogli plotkować, kwestionować jego poczytalność, doszukiwać się drugiego dna.
Poniekąd naprawdę tam było. Po prostu tworzył swoją własną klatkę zobowiązań. Głównie tych czarnorynkowych, które wymagały szczególnej ostrożności i uwagi. Nie mógłby z powodzeniem łączyć obu ról. Zbyt wiele razy widział efekty takich prób. W żadnym wypadku nie były korzystne.
Nawet, jeżeli niektórym młodym, butnym czystokrwistym (a przecież bezapelacyjnie był jednym z nich) wydawało się, że płynęły z tego same benefity, plątali się w tym wszystkim. W którymś momencie jedna z ról zaczynała przeważać. Szala się przechylała. Konsekwencje doganiały nie tylko ich, lecz także ich bliskich.
W środowisku przymykano oczy na wiele różnych sekretów. Mało który ród był tak krystalicznie czysty i elegancki, całkowicie poprawny za jakiego się miał. Dopóki to było dyskretne i wygodne dla wszystkich, dopóty jednomyślnie odwracano wzrok i nie mówiono o przelotnych spotkaniach w miejscach, w których żadna ze stron nie powinna być. Jednakże z czasem stawało się to podstępne i grząskie. Zdecydowanie lepiej było, aby oczy wszystkich były skierowane na kogoś znacznie bardziej poprawnego. W tym wypadku na Roselyn.
- Uznajmy, że to jednorazowy wyskok. Zaćmienie mózgu. Jak zwał tak zwał. Te dwa dni nie były dla nas najjaśniejsze - stwierdził, niechętnie przyznając, że on również był ofiarą chwilowego braku myślenia, co nie powinno się powtórzyć. - Następnym razem daj mi znać. Szczególnie, gdyby to było coś wartego zabrania mnie ze sobą. Postaram się być. W porządku? - Tak właściwie to nawet nie pytał.
Zaznaczał konieczność włączenia się w niektóre świadomie ryzykowne zlecenia, przy których powinien być w stanie pomóc. Najlepiej na miejscu, choćby wbrew swojej niechęci do świata magicznych zwierząt. To było istotne. Znacznie istotniejsze niż pomyślałby, że będzie kiedykolwiek. Układali sobie życie. Usiłowali budować wspólny dom. Planował opierać to na całym wkładzie, jaki mógł od siebie dać. W wypadku tak poważnych spraw, nawet kosztem dyżurów w szpitalu, które miałby przestawiać (to było zadziwiające, ale niezaprzeczalne).
Rozmawiali o jego ryzyku zawodowym, ale jej również powinni brać pod uwagę. Traktował to tak poważnie jak wspominał. Miał pełną świadomość, że nie zawsze miał być dla niej w trudnych momentach. Nie od razu, nie na miejscu. To było druzgocące, ale prawdziwe. Oboje mieli wcześniejsze zobowiązania, czasami mogły zbyt mocno się nachodzić i nie być na tyle elastyczne, na ile by tego pragnęli. Mimo to podjął decyzję, że uczyni z tego swój priorytet. Była nim dla niego. Cała reszta mogła iść się jebać. Jeśli musiałby dokonać wyboru, tak naprawdę żadnego by nie było. Został podjęty.
- Przede wszystkim twoim, potem przestępcą - rzucił z początku poważnie, później pozwalając sobie na bardzo samoświadome kaszlnięcie, bo te słowa brzmiały bardzo osobliwie, na swój sposób trochę zbyt wzniośle. - Rozumiesz sens, prawda? Nie zagłębiajmy się w to zbytnio - tak, to byłoby trochę zbyt teatralne, nazbyt żenujące i poetyckie, a raczej wolał bardzo proste i klarowne wyznania. - Zawsze będę przede wszystkim po twojej stronie - uściślił, nadając wcześniejszej wypowiedzi taki sens, jaki powinien być w niej od samego początku.
Nieważne, co by się działo i jak wyglądałaby sytuacja, wybrał stronę. Nie dopuszczał możliwości, że będą zmuszeni do stanięcia przeciwko sobie. Chciał tworzyć z nią wspólny front, nawet jeśli z góry skazany na poniesienie konsekwencji, mniej bezpieczny od tego innego, mniej racjonalny, nawet pozornie niewłaściwy. Miała jego lojalność. Tą mieszającą więzi uczuciowe, bardzo silne i ugruntowane poczucie rodzinności (w jego przypadku nawet nie z krewnymi) i swoistą kapkę tej przestępczej tak istotnej w półświatku. Tak. Był jej przestępcą.
Dodatkowo do bycia chłopakiem, kochankiem, przyjacielem, uzdrowicielem i całą litanią innych ról, na które mogła liczyć. To było nienaruszalne.
- Znam kilka takich sposobów - uśmiechnął się trochę szerzej, zdecydowanie nie nawiązując do tak przykrych i odpychających chwytów jak grożenie Geraldine piciem jednego z bardziej obrzydliwych eliksirów.
W tej chwili zadziałało najlepiej. Niespecjalnie istniała lepsza opcja. Przynajmniej z perspektywy sytuacji i tego, że oboje dopiero odzyskiwali równowagę pomiędzy nimi. Mimo najszczerszych chęci, przeskakiwanie od zdenerwowania w błogi spokój nie było czymś, co Ambroise zwykł robić. Potrzebował stanąć na nogi, wyciszyć się przez kilka chwil, znaleźć w sobie więcej optymizmu i wtedy mógł zacząć przechodzić do porządku dziennego z tym, co padło tego wieczoru. Nie było innej możliwości.
Z uwagi na to wyciągnął ku niej ramiona, milcząc, kiedy się do niego przytuliła, ale odruchowo składając lekki pocałunek na czubku jej głowy. Objął ją ramieniem, wpatrując się w ogień w kominku dopóki nie odezwała się do niego ponownie, sprawiając, że kiwnął głową. Nerwowe, szybsze bicie serca powoli mu się uspokajało, było znacznie bardziej miarowe i mniej bolesne. Oddech powoli wracał do normy - już nie dusił ani nie palił, choć potrzeba zapalenia papierosa wdarła się na to miejsce. Chwilowo ją ignorował, przytulając do siebie swoją kobietę.
- Tak. To nie było zdrowe - odrzekł ciszej, spokojniej, pozwalając sobie na poddanie się coraz bardziej wyciszonemu klimatowi późnego letniego wieczoru.
- Pomożesz mi nasmarować te plecy? - Spytał raczej nieoczekiwanie i bez przekonania, ale cóż - chciał mieć za sobą również jej czynności medyczne, żeby móc w pełni rozluźnić się przed kominkiem na kanapie a do tego potrzebował móc się schylić bez większego bólu.
- Strasznie napierdalają - nie było możliwości inaczej tego określić, zresztą nawet nie próbował. - A twoja noga zaraz będzie wymagać dalszego opatrywania, bo eliksir przeciwbólowy zacznie odpuszczać. Na noc mogę dać ci jeden ze swoich, ale są pieruńsko silne. Bardzo łatwo odzwyczaić się od tych słabszych. Coś o tym wiem - wzruszył ramionami, co było raczej błędem, bo niemal od razu się skrzywił i momentalnie skwitował to rozgoryczonym uśmiechem.
No cóż. Nie zawsze dało się myśleć o powstrzymywaniu odruchów. Zdarzało się nawet najlepszym. A że on był najlepszy, to zdarzało mu się często.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down