17.10.2024, 23:26 ✶
- Sugerujesz, że nie umiem cię odczytać? - Jego brew mimowolnie uniosła się wyżej niż wcześniej, niemal nie miał możliwości zrobić tego bardziej, ale te słowa zasługiwały na taką reakcję - nawet jeśli Geraldine nie była w stanie tego dostrzec.
Nie wiedział jak powinien interpretować tę odpowiedź w obliczu tego, co działo się między nimi. Może rzeczywiście jej nie rozumiał? Wydawało mu się, że jest inaczej, ale niektóre padające słowa zbijały go z tropu bardziej niż inne. Zresztą sam to przed chwilą powiedział. Czasami odnosił wrażenie, że czytał ją w innym, nieznanym sobie języku. Jak wtedy te teksty po rumuńsku, które ochoczo przekazał w ręce Geraldine. Może zbyt mocno wzięła je sobie do serca i stała się ich personifikacją?
Nie chciał się z nią mijać, szczególnie że bywało znacznie więcej chwil, w których doskonale ją rozumiał. Ten wieczór nie był jednym z takich. Był niemal lustrzanym odbiciem poprzedniego. Jedynie z wykluczeniem zaognionej awantury na rzecz sztywnej, chłodnej półrozmowy zwieńczonej dyskusją, której Ambroise po prostu się obawiał.
Nie był tchórzem, więc podjął się kontynuowania tego, co zaczęli, jednak każde wypowiedziane słowo niosło kolejny ciężar. Dokładało cegiełkę na jego barki. Nie wiedział czy rozbiera tym samym ten mur między nimi, czy wyłącznie magazynuje kolejny materiał, aby go bardziej wznosić. Nie chciał sądzić, że chodzi o tę pierwszą możliwość, ale interpretowanie tego inaczej nie od razu było możliwe.
Pęknięcia, tym razem te dobre zaczęły pojawiać się stopniowo. Przynosiły ostrożną ulgę. Wyważone odpuszczanie ciężaru zarówno niewypowiedzianych jak i wypowiedzianych słów. Chyba pierwszy raz w życiu Greengrassa gra w otwarte karty okazała się być czymś, co powinni zrobić już dawno temu. Oboje tego chcieli. Pragnienie zażegnania milczenia było obopólne.
- Nie bez powodu na siebie wpadliśmy, nie? - Stwierdził, bo choć obecnie nie wierzył zbytnio w przeznaczenie czy szczególnie z góry zaplanowane koleje losu to w tym jednym mógł myśleć inaczej.
Odnosił wrażenie, że to było najbardziej naturalne, co po prostu musiało się stać. Tacy ludzie jak oni musieli prędzej czy później na siebie wpaść, a potem to od nich zależało, co dalej zrobią. Oni odhaczyli niemal wszystkie scenariusze, żeby wreszcie wybrać ten najbardziej korzystny. Nie było czego kwestionować. Tu wszystko ułożyło się po ich myśli.
Przeciwnie do dwóch ostatnich dni i do planu, o który go pytała. Pokręcił głową z zaciśniętymi ustami, wypuszczając powietrze nosem.
- Muszę się do tego przygotować - przyznał zgodnie z prawdą.
Choćby chciał nie był w stanie skupić się na planowaniu. Nie w atmosferze, jaka panowała tego dnia. Przelał swoje nerwy w zajmowanie rąk ogrodem, ale myśli błądziły mu wokół ich sytuacji - nie tego, w jaki sposób rozwiąże to, co do tego kryzysu zaprowadziło. Dlatego mówił Geraldine o kilku dniach, nie precyzując konkretnego terminu. Tym bardziej, że obiecał jej rozwagę i ostrożność. Zamierzał tego dotrzymać.
- Nie mów mi, co muszę a czego nie muszę - odparował bardziej z przyzwyczajenia niżeli z konieczności. Szczególnie, że szerzej się do niej uśmiechnął. - Chcę ci to wynagrodzić, w porządku? - Czy tak było lepiej?
Miał swoje standardy. Do innych ludzi także, ale szczególnie do siebie. Jeśli coś zawalił, usiłował to naprawić. Zamiatanie pod dywan nie było przykrą codziennością. Zazwyczaj starał się brać odpowiedzialność. Obiecał jej wyjście z domu, więc choć tamto już nie wchodziło w grę, miał zamiar dać jej równie dobre. Wszystko, byle poczuła się lepiej.
- Odnoszę wrażenie, że teraz to ty jesteś osłem, ale przemilczę to. To również zwalmy na karb zaćmienia - odparł bez wahania, choć w teorii powiedziała mu to, co chciał usłyszeć.
Sądził, że praktyka jest dużo bardziej skomplikowana. W żadnym wypadku nie chciał, żeby zamknęła się w sobie. Nawet z tymi absurdalnymi obiekcjami wobec siebie. Szczególnie z nimi. Nie po to jej to wszystko mówił. Chciał, żeby zrozumiała, że to nie jest konieczne - że naprawdę nie powinna uważać się za jakkolwiek nieprzystosowaną lub, co gorsza, niewłaściwą czy spaczoną. Jak miał jej o tym wspominać, skoro wyglądało na to, że odpowiadała mu w ten sposób, żeby go spławić?
- Ty mnie interesujesz. Jeżeli mogę być dla ciebie obstawą medyczną to gwarantuję, że znajdę sobie jakąś rolę - zaznaczył, dodając po chwili namysłu - może skataloguję jakieś zioła albo przy okazji uzupełnię zapasy o coś, co normalnie bym kupił, bo wyprawa nie byłaby mi po drodze? To może być korzystne dla nas obojga - może przedstawiał to w taki sposób, ale wewnątrz nie miał ani grama wątpliwości, że znacznie bardziej chodziło mu o bezpieczeństwo Geraldine niż o możliwości zdobycia górskiej mandragory czy nawet czegoś równie kuszącego.
Przedstawiał jej te benefity, żeby rzeczywiście rozważyła włączenie go w co poniektóre cięższe sprawy. Zresztą, jeśli chodziło o benefity to raczej umiał się dobrze sprzedać. Miał do tego naturalny dryg, z którego chętnie teraz korzystał.
- Chętnie ci je zaprezentuję - odpowiedział z tym samym pożądliwym błyskiem w oczach, unosząc kącik ust i przesuwając językiem po zębach.
Gdyby nie okoliczności, mogliby w zupełnie inny, znacznie lepszy sposób zażegnać chwilowy kryzys. Prawdę mówiąc to była jego ulubiona metoda kończenia tych drobnych sporów, jakie do tej pory miewali. Tak poważne dwa dni jak te ostatnie również zasługiwały na odpowiedniejsze zwieńczenie niż spędzenie wieczoru na kanapie - nawet w czułym, spokojnym uścisku.
A jednak ze wszystkich możliwych rozwiązań to było najlepsze. Świat, który budowali nie zawalił się pod lawiną trudnych informacji. Odzyskiwali spokój, powrócili do tego, co budowali. Tym razem bardziej świadomie. Pozostały wyłącznie drobne detale, jakie musieli doszlifować, żeby móc cieszyć się ciszą wieczoru. Niestety jedną z nich były fizyczne konsekwencje nieplanowanych wpadek.
- Bo to nic takiego - wypalił niemal od razu w ułamku sekundy przechodząc w nieplanowaną defensywę, na której sam się całe szczęście złapał, westchnął ciężko i pokręcił głową z zażenowaniem. - No dobrze - poprawił się niechętnie, mimo to unosząc kącik ust. Miała dobre intencje, żartowała, niepotrzebnie się napuszył. - To może nie być aż takie nic takiego jak deklarowałem. Możliwe, że ktoś, kto bardzo tego pożałuje, dowalił mi kilka konkretnych kopów do kilku konkretnych zaklęć, którymi mnie położył, przez co teraz boli. Konkretnie boli - poniekąd także żartował a z drugiej strony nie - naprawdę powinien się bardziej oszczędzać, ale nie należał do osób, które czerpią satysfakcję z użalania się nad sobą ani cudzej litości.
Nawet tej doznawanej od bliskiej, obecnie najbliższej osoby. W tym wypadku szczególnie chciał przedstawiać się w tym jak najlepszym świetle. Jako ktoś, kto miał być silnym partnerem, wsparciem i oparciem a nie nowym problemem do zaakceptowania w życiu. Nie bez powodu obawiał się tej rozmowy, którą całe szczęście skończyli w dobrej atmosferze pełnej ulgi i prób zrozumienia.
Jeszcze zbyt wiele trudności mogło samoczynnie wyniknąć z tego, co robił w życiu, żeby dokładać Geraldine bycia beksą jęczącą o obrażenia wywołane przez własny brak pomyślunku. Nigdy nie powinien tracić czujności i stawać tyłem do kogoś, kogo nie znał i komu nie ufał, nawet jeśli zapewniano go, że to zaufany człowiek.
Mimo to skapitulował z graniem większego twardziela niż w rzeczywistości. Przeciągnął się na własne życzenie pracami w ogrodzie, później tą uzdrowicielską pomocą - nie żałował żadnej z tych czynności. Jedynie miał świadomość, że sam nie da sobie rady. Jak upierdliwe by to było, musiał poprosić o wsparcie.
- Na to musimy znaleźć okazję, kiedy też nie będziesz poturbowana - skwitował znacząco, posyłając jej przeciągłe spojrzenie zamiast zbędnych słów. - Wobec tego dam ci coś odpowiedniego, żebyś mogła spokojnie usnąć - stwierdził, odnotowując to w pamięci; ta noc miała być spokojniejsza. - Tymczasem, gdybyś mogła wziąć teraz tę zieloną maść - wskazał ręką na słoiczek praktycznie pod jej ręką, przy czym jednocześnie wypuścił Geraldine z ramion, żeby powoli i z nieznacznym, stłumionym skrzywieniem zsunąć z siebie koszulkę, jasno ukazując rejon wymagający nasmarowania. Jednocześnie rozpiął i zsunął trochę niżej spodnie, szykując się na nieprzyjemne doznania.
Nie wiedział jak powinien interpretować tę odpowiedź w obliczu tego, co działo się między nimi. Może rzeczywiście jej nie rozumiał? Wydawało mu się, że jest inaczej, ale niektóre padające słowa zbijały go z tropu bardziej niż inne. Zresztą sam to przed chwilą powiedział. Czasami odnosił wrażenie, że czytał ją w innym, nieznanym sobie języku. Jak wtedy te teksty po rumuńsku, które ochoczo przekazał w ręce Geraldine. Może zbyt mocno wzięła je sobie do serca i stała się ich personifikacją?
Nie chciał się z nią mijać, szczególnie że bywało znacznie więcej chwil, w których doskonale ją rozumiał. Ten wieczór nie był jednym z takich. Był niemal lustrzanym odbiciem poprzedniego. Jedynie z wykluczeniem zaognionej awantury na rzecz sztywnej, chłodnej półrozmowy zwieńczonej dyskusją, której Ambroise po prostu się obawiał.
Nie był tchórzem, więc podjął się kontynuowania tego, co zaczęli, jednak każde wypowiedziane słowo niosło kolejny ciężar. Dokładało cegiełkę na jego barki. Nie wiedział czy rozbiera tym samym ten mur między nimi, czy wyłącznie magazynuje kolejny materiał, aby go bardziej wznosić. Nie chciał sądzić, że chodzi o tę pierwszą możliwość, ale interpretowanie tego inaczej nie od razu było możliwe.
Pęknięcia, tym razem te dobre zaczęły pojawiać się stopniowo. Przynosiły ostrożną ulgę. Wyważone odpuszczanie ciężaru zarówno niewypowiedzianych jak i wypowiedzianych słów. Chyba pierwszy raz w życiu Greengrassa gra w otwarte karty okazała się być czymś, co powinni zrobić już dawno temu. Oboje tego chcieli. Pragnienie zażegnania milczenia było obopólne.
- Nie bez powodu na siebie wpadliśmy, nie? - Stwierdził, bo choć obecnie nie wierzył zbytnio w przeznaczenie czy szczególnie z góry zaplanowane koleje losu to w tym jednym mógł myśleć inaczej.
Odnosił wrażenie, że to było najbardziej naturalne, co po prostu musiało się stać. Tacy ludzie jak oni musieli prędzej czy później na siebie wpaść, a potem to od nich zależało, co dalej zrobią. Oni odhaczyli niemal wszystkie scenariusze, żeby wreszcie wybrać ten najbardziej korzystny. Nie było czego kwestionować. Tu wszystko ułożyło się po ich myśli.
Przeciwnie do dwóch ostatnich dni i do planu, o który go pytała. Pokręcił głową z zaciśniętymi ustami, wypuszczając powietrze nosem.
- Muszę się do tego przygotować - przyznał zgodnie z prawdą.
Choćby chciał nie był w stanie skupić się na planowaniu. Nie w atmosferze, jaka panowała tego dnia. Przelał swoje nerwy w zajmowanie rąk ogrodem, ale myśli błądziły mu wokół ich sytuacji - nie tego, w jaki sposób rozwiąże to, co do tego kryzysu zaprowadziło. Dlatego mówił Geraldine o kilku dniach, nie precyzując konkretnego terminu. Tym bardziej, że obiecał jej rozwagę i ostrożność. Zamierzał tego dotrzymać.
- Nie mów mi, co muszę a czego nie muszę - odparował bardziej z przyzwyczajenia niżeli z konieczności. Szczególnie, że szerzej się do niej uśmiechnął. - Chcę ci to wynagrodzić, w porządku? - Czy tak było lepiej?
Miał swoje standardy. Do innych ludzi także, ale szczególnie do siebie. Jeśli coś zawalił, usiłował to naprawić. Zamiatanie pod dywan nie było przykrą codziennością. Zazwyczaj starał się brać odpowiedzialność. Obiecał jej wyjście z domu, więc choć tamto już nie wchodziło w grę, miał zamiar dać jej równie dobre. Wszystko, byle poczuła się lepiej.
- Odnoszę wrażenie, że teraz to ty jesteś osłem, ale przemilczę to. To również zwalmy na karb zaćmienia - odparł bez wahania, choć w teorii powiedziała mu to, co chciał usłyszeć.
Sądził, że praktyka jest dużo bardziej skomplikowana. W żadnym wypadku nie chciał, żeby zamknęła się w sobie. Nawet z tymi absurdalnymi obiekcjami wobec siebie. Szczególnie z nimi. Nie po to jej to wszystko mówił. Chciał, żeby zrozumiała, że to nie jest konieczne - że naprawdę nie powinna uważać się za jakkolwiek nieprzystosowaną lub, co gorsza, niewłaściwą czy spaczoną. Jak miał jej o tym wspominać, skoro wyglądało na to, że odpowiadała mu w ten sposób, żeby go spławić?
- Ty mnie interesujesz. Jeżeli mogę być dla ciebie obstawą medyczną to gwarantuję, że znajdę sobie jakąś rolę - zaznaczył, dodając po chwili namysłu - może skataloguję jakieś zioła albo przy okazji uzupełnię zapasy o coś, co normalnie bym kupił, bo wyprawa nie byłaby mi po drodze? To może być korzystne dla nas obojga - może przedstawiał to w taki sposób, ale wewnątrz nie miał ani grama wątpliwości, że znacznie bardziej chodziło mu o bezpieczeństwo Geraldine niż o możliwości zdobycia górskiej mandragory czy nawet czegoś równie kuszącego.
Przedstawiał jej te benefity, żeby rzeczywiście rozważyła włączenie go w co poniektóre cięższe sprawy. Zresztą, jeśli chodziło o benefity to raczej umiał się dobrze sprzedać. Miał do tego naturalny dryg, z którego chętnie teraz korzystał.
- Chętnie ci je zaprezentuję - odpowiedział z tym samym pożądliwym błyskiem w oczach, unosząc kącik ust i przesuwając językiem po zębach.
Gdyby nie okoliczności, mogliby w zupełnie inny, znacznie lepszy sposób zażegnać chwilowy kryzys. Prawdę mówiąc to była jego ulubiona metoda kończenia tych drobnych sporów, jakie do tej pory miewali. Tak poważne dwa dni jak te ostatnie również zasługiwały na odpowiedniejsze zwieńczenie niż spędzenie wieczoru na kanapie - nawet w czułym, spokojnym uścisku.
A jednak ze wszystkich możliwych rozwiązań to było najlepsze. Świat, który budowali nie zawalił się pod lawiną trudnych informacji. Odzyskiwali spokój, powrócili do tego, co budowali. Tym razem bardziej świadomie. Pozostały wyłącznie drobne detale, jakie musieli doszlifować, żeby móc cieszyć się ciszą wieczoru. Niestety jedną z nich były fizyczne konsekwencje nieplanowanych wpadek.
- Bo to nic takiego - wypalił niemal od razu w ułamku sekundy przechodząc w nieplanowaną defensywę, na której sam się całe szczęście złapał, westchnął ciężko i pokręcił głową z zażenowaniem. - No dobrze - poprawił się niechętnie, mimo to unosząc kącik ust. Miała dobre intencje, żartowała, niepotrzebnie się napuszył. - To może nie być aż takie nic takiego jak deklarowałem. Możliwe, że ktoś, kto bardzo tego pożałuje, dowalił mi kilka konkretnych kopów do kilku konkretnych zaklęć, którymi mnie położył, przez co teraz boli. Konkretnie boli - poniekąd także żartował a z drugiej strony nie - naprawdę powinien się bardziej oszczędzać, ale nie należał do osób, które czerpią satysfakcję z użalania się nad sobą ani cudzej litości.
Nawet tej doznawanej od bliskiej, obecnie najbliższej osoby. W tym wypadku szczególnie chciał przedstawiać się w tym jak najlepszym świetle. Jako ktoś, kto miał być silnym partnerem, wsparciem i oparciem a nie nowym problemem do zaakceptowania w życiu. Nie bez powodu obawiał się tej rozmowy, którą całe szczęście skończyli w dobrej atmosferze pełnej ulgi i prób zrozumienia.
Jeszcze zbyt wiele trudności mogło samoczynnie wyniknąć z tego, co robił w życiu, żeby dokładać Geraldine bycia beksą jęczącą o obrażenia wywołane przez własny brak pomyślunku. Nigdy nie powinien tracić czujności i stawać tyłem do kogoś, kogo nie znał i komu nie ufał, nawet jeśli zapewniano go, że to zaufany człowiek.
Mimo to skapitulował z graniem większego twardziela niż w rzeczywistości. Przeciągnął się na własne życzenie pracami w ogrodzie, później tą uzdrowicielską pomocą - nie żałował żadnej z tych czynności. Jedynie miał świadomość, że sam nie da sobie rady. Jak upierdliwe by to było, musiał poprosić o wsparcie.
- Na to musimy znaleźć okazję, kiedy też nie będziesz poturbowana - skwitował znacząco, posyłając jej przeciągłe spojrzenie zamiast zbędnych słów. - Wobec tego dam ci coś odpowiedniego, żebyś mogła spokojnie usnąć - stwierdził, odnotowując to w pamięci; ta noc miała być spokojniejsza. - Tymczasem, gdybyś mogła wziąć teraz tę zieloną maść - wskazał ręką na słoiczek praktycznie pod jej ręką, przy czym jednocześnie wypuścił Geraldine z ramion, żeby powoli i z nieznacznym, stłumionym skrzywieniem zsunąć z siebie koszulkę, jasno ukazując rejon wymagający nasmarowania. Jednocześnie rozpiął i zsunął trochę niżej spodnie, szykując się na nieprzyjemne doznania.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down