18.10.2024, 10:47 ✶
Spędzenie normalnego dnia w Prawach Czasu było idealnym lekarstwem na rozchwiane po Windermere nerwy wróżbity. Bezpieczne cztery ściany, znajome twarze, codzienne zajęcia. Wszystko było dokładnie takie, jakie powinno: zwyczajne, jak gdyby nigdy nic. Również Lyssa wparowująca do nich pod koniec dnia pracy była miłym akcentem, nawet jeśli przyszła tutaj, aby ich rozpraszać i walczyć o uwagę.
— Lysso. — Podjął jej konwencję, lecz jak na złość nie oderwało go to bynajmniej od skrobanego akurat listu. — Jest piątek, zbliża się wieczór. Gdy byłem w twoim wieku, w piątkowe wieczory nastolatki nie miały problemów ze znalezieniem sobie zajęcia. Zakłócanie porządku na Pokątnej wyszło już z mody? — zapytał, brzmiąc tak, jakby autentycznie go to ciekawiło.
Podniósł wzrok akurat w czas, aby trafić na te trzepoczące rzęsy i czarujący uśmiech. Z westchnieniem pokręcił głową, niby to w wyrazie rezygnacji, ale wcale jej po nim nie było widać; zdradził go przebijający spod tej maski uśmiech. Jak na siebie, był w dość dobrym humorze, zaskakująco nieumęczony, zapewne dzięki przyjętej wieczorem końskiej dawce eliksiru na bezsenność. Jakoś też wyglądał bardziej porządnie niż zwykle. Choć zasiadając za biurkiem Praw Czasu, musiał na co dzeń dbać o reprezentacyjny wizerunk, to często przemykały się pojedyncze odstające od reszty loki czy wygnieciony kołnierzyk koszuli. Nie dziś.
I tak, zasugerował Lyssie spożywanie alkoholu i zakłócanie ze znajomymi ciszy nocnej na londyńskich ulicach. Lepsze to niż cisnące się na usta: to się rozbierz i ubrań pilnuj, co w stosunku do córki przyjaciela i szefa w jednej osobie byłoby, lekko mówiąc, niestosowne.
Trelawney postawił ostatnią kropkę na papeterii, po czym zabrał własną filiżankę herbaty i zostawił Mulciber przy swoim biurku, aby podejść do Scylli, która otrzymała tego dnia zadanie bojowe. Postawiono przed nią kilka kartonów oraz kartki z listą zamówionych do Praw Czasu wosków, świec, kadzideł, herbat i innych utensyliów niezbędnych do prowadzenia zakładu wróżbiarskiego. Zadaniem Greyback było sprawdzać, czy zamówienia dotarły kompletne i rozkładać rzeczy po szafach.
Peregrinus nie wyznawał co prawda zasady, że uczeń służy do bycia przynieś, wynieś, pozamiataj i kiedy tylko mógł, dawał dziewczynie do roboty jak najbardziej praktyczne i edukacyjne zadania. Tego dnia pozwolił sobie jednak zrzucić na nią nudną, fizyczną robotę. Bo choć otarcia na jego ręce zasklepiły się już w strupy, to żebra wciąż pamiętały, jak dzień wcześniej mniej więcej o tej porze magiczny odrzut posłał go na stertę gruzów.
— Ciasteczko wyleciało? — zapytał Scylli, kucając przy jednym z pudeł. Pogrzebał w nim wolną ręką, wydobywając na podłogę kilka przedmiotów. — Jeśli potrzebujesz z tym pomocy, Lyssa, zdaje się, nie ma co robić.
Zebrał wybrane produkty i zniknął za drzwiami pustego już gabinetu Dolohova, aby upewnić się, że Vakel będzie miał rano świeże bułki, wędliny itd. woski, tealighty itd.
Biurko asystenta pozostało tym samym niepilnowane, a na nim rozłożona cała korespondencja, nad którą akurat pracował. Na samym wierzchu, niemal prowokująco, otwarty list od osoby o intrygującym, egzotycznym nazwisku Yuizyl.
— Lysso. — Podjął jej konwencję, lecz jak na złość nie oderwało go to bynajmniej od skrobanego akurat listu. — Jest piątek, zbliża się wieczór. Gdy byłem w twoim wieku, w piątkowe wieczory nastolatki nie miały problemów ze znalezieniem sobie zajęcia. Zakłócanie porządku na Pokątnej wyszło już z mody? — zapytał, brzmiąc tak, jakby autentycznie go to ciekawiło.
Podniósł wzrok akurat w czas, aby trafić na te trzepoczące rzęsy i czarujący uśmiech. Z westchnieniem pokręcił głową, niby to w wyrazie rezygnacji, ale wcale jej po nim nie było widać; zdradził go przebijający spod tej maski uśmiech. Jak na siebie, był w dość dobrym humorze, zaskakująco nieumęczony, zapewne dzięki przyjętej wieczorem końskiej dawce eliksiru na bezsenność. Jakoś też wyglądał bardziej porządnie niż zwykle. Choć zasiadając za biurkiem Praw Czasu, musiał na co dzeń dbać o reprezentacyjny wizerunk, to często przemykały się pojedyncze odstające od reszty loki czy wygnieciony kołnierzyk koszuli. Nie dziś.
I tak, zasugerował Lyssie spożywanie alkoholu i zakłócanie ze znajomymi ciszy nocnej na londyńskich ulicach. Lepsze to niż cisnące się na usta: to się rozbierz i ubrań pilnuj, co w stosunku do córki przyjaciela i szefa w jednej osobie byłoby, lekko mówiąc, niestosowne.
Trelawney postawił ostatnią kropkę na papeterii, po czym zabrał własną filiżankę herbaty i zostawił Mulciber przy swoim biurku, aby podejść do Scylli, która otrzymała tego dnia zadanie bojowe. Postawiono przed nią kilka kartonów oraz kartki z listą zamówionych do Praw Czasu wosków, świec, kadzideł, herbat i innych utensyliów niezbędnych do prowadzenia zakładu wróżbiarskiego. Zadaniem Greyback było sprawdzać, czy zamówienia dotarły kompletne i rozkładać rzeczy po szafach.
Peregrinus nie wyznawał co prawda zasady, że uczeń służy do bycia przynieś, wynieś, pozamiataj i kiedy tylko mógł, dawał dziewczynie do roboty jak najbardziej praktyczne i edukacyjne zadania. Tego dnia pozwolił sobie jednak zrzucić na nią nudną, fizyczną robotę. Bo choć otarcia na jego ręce zasklepiły się już w strupy, to żebra wciąż pamiętały, jak dzień wcześniej mniej więcej o tej porze magiczny odrzut posłał go na stertę gruzów.
— Ciasteczko wyleciało? — zapytał Scylli, kucając przy jednym z pudeł. Pogrzebał w nim wolną ręką, wydobywając na podłogę kilka przedmiotów. — Jeśli potrzebujesz z tym pomocy, Lyssa, zdaje się, nie ma co robić.
Zebrał wybrane produkty i zniknął za drzwiami pustego już gabinetu Dolohova, aby upewnić się, że Vakel będzie miał rano świeże bułki, wędliny itd. woski, tealighty itd.
Biurko asystenta pozostało tym samym niepilnowane, a na nim rozłożona cała korespondencja, nad którą akurat pracował. Na samym wierzchu, niemal prowokująco, otwarty list od osoby o intrygującym, egzotycznym nazwisku Yuizyl.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie