Chciał rzucić jakimś niewybrednym tekstem na temat tego, że przecież to ona już stara będzie, że ile to lat - PIĘĆDZIESIĄT? Żarty z wieku u kobiet prawie zawsze były tak samo śmieszne, bo większość z nich tak samo nerwowo potrafiła reagować. Sęk w tym, że on nie chciał teraz wzbudzać w niej nieprzyjemnych odczuć. Miał taką potrzebę, żeby ją... otulić. Robił to - swoimi zimnym ramieniem - ale myślał o tym otuleniu psychicznym. Żeby jej pomóc. Niech tylko sobie nie myśli, że on jest taki miły i... i... że tak będzie zawsze, o! Nie, nie! To... to tylko jednorazowe! Tak! A potem wszystko wróci do norm. Pomińmy punkt, w których normy były zmienne, chimeryczne i potrafiły przesuwać tak samo gwałtownie jak burzowe chmury po angielskim niebie. Tak, pominiemy to. Albo raczej - jednogłośnie, bo głosem własnym, pominie to Sauriel.
- Czego ty w ogóle słuchasz. Nie mów tylko, że klasyki. - Pasowały mu do niej te ckliwe utwory, które teraz potrafiły powstawać. Ciekawe, czy miałaby tutaj jego własne płyty, gdyby je wydawał? Gdyby grał? Pewnie tak. Dlatego przecież trzymała Władcę Pierścieni i go czytała. Nie zdziwiłby się, gdyby jej się nawet nie podobał, ale czytała tylko po to, żeby go poznać. Bo takim typem człowieka była Victoria. Myśl o tym rozczulała i pieściła. O, to było właśnie to otulenie, którego szukał, tylko że to nie ona miała być dzisiaj jego otuleniem, tylko on jej. Uśmiechnął się lekko do siebie samego. Widział ją wręcz z tą głupią książką, słuchającą brzmienia gitary z jakiejś taniej piosenki. Sauriel pisać i tworzyć nie do końca potrafił, to ten brak wyobraźni, dlatego nawet nie dodawał temu przydomka: słuchając HITU. Nie, to pewnie byłaby jakaś szmira. Chyba że ktoś napisałby coś tylko po to, żeby on to następnie zagrał. Ale i on chciałby posłuchać tego, co słuchała ona, o ile jeszcze tego nie znał.
- Słuchaj no, to ja mam dla ciebie fuchę na Nokturniej, reflektujesz? - Zerknął na nią, błyskając zębami w wilczym uśmiechu. Nie pytał poważnie, bo nie chciał jej bardziej na nokturnie niż proponował jej odejście od aurorów. Już lepiej było być aurorem - przynajmniej stałeś po odpowiedniej stronie. - To nie mają ludzi od badania eliksirów, trucizn, czy innych takich i tworzeniu jakichś... e... lekarstw na to? No kurwa, zdziwiłbym się, jakby nie było takiej fuchy. - No tak, bo leczenie leczeniem, ale tworzenie tego wszystkiego brzmiało jak robota na pełen etat. Ale może po prostu potrzebny i tak był kontakt z pacjentem? A u arurów nie mieli czegoś takiego? Zadziwiające, jak wiele było na tym świecie jeszcze do odkrycia.
- Hahaha, co ty pierdolisz? - Prychnął, bo prawie stanęła mu ta wizja przed oczami - randomowy człowiek bez majtek biegający po Ministerstwie. Z Departamentu Tajemnic. - To jednak kiepska praca, nie idź tam. - Zażartował. - Trzymam kciuki, przywieź mi jakąś spierdoloną pamiątkę. Nie wiem, skarpetkę. Mają w Afryce skarpetki? - Pytał jej, ale w zasadzie to bardziej robił to, co zazwyczaj pryz Stanleyu - to był przelew ciągowy myśli. Bo pytanie wybrzmiewało na głos, a tymczasem sam już w głowie sobie na to odpowiadał. - Nie mają tam skarpetek, za gorąco. Nie chcę żadnej bambusowej spódnicy ani korony z patyków. Nie wiem, coś fajowaśnego, żebym mógł komuś wydłubać tym oko. - Nie, z tym wydłubaniem oka nie mówił poważnie. - No kurwa, jasne, że przypilnuje. Albo one mnie przypilnują. Sytuacja bywa rozwojowa. Wiesz, tylko ja, dwie panie...
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.