Miał tylko nadzieję, że komuś udało się zrobić zdjęcie tej całej akcji z puchatym Atreusem. Zapewne po raz pierwszy w życiu był chociaż odrobinę uroczy, nie to co na co dzień. Zwykle to Louvain uważał się za maskotkę ich drużyny, najprzystojniejszy i najseksowniejszy, ale Bulstrode-kapibara jednak rozgrywał go już na starcie. Może powinien mu na święta sprawić taką, jako przydział służbowy. Kapibara do zadań specjalnych, dla najbardziej specjalnego aurora. Z tych jego weselnych przygód ta była najzabawniejsza, a o reszcie nie zdążył nawet usłyszeć. Szczerze to nawet nie wiedziałby jak powinien zareagować jeśli dostrzegłby swojego kumpla, który bił się o Millie. Właściwie od kiedy to on bił się o jakąkolwiek laskę? Jeśli chodziło o nich to z reguły bywało na odwrót, to laski biły się o nich. Jednak w takiej sytuacji byłby co najmniej skołowany. Z jednej strony powinien bez zawahania rzucić się w wir bójki, bo tak się po prostu robiło dla kumpli. Tym bardziej, że po ostatniej akcji, na afterze, był mu właściwie nieco dłużny w tej kwestii. Z drugiej strony skoro bił się o jakąś lachę, to wtrącanie się w coś takiego nie było zbyt odpowiednie. To nie turniej, ani żaden battle royal, bo co po wszystkim? Mieliby się podzielić dziewczyną na pół? Cała ta samcza argumentacja miała rację bytu tylko jeśli Atreus sam wygrałby z oponentem. A Lestrange osobiście do Millie miał raczej już wyklarowane stanowisko. To nie była ta sama Moody z którą spotykał się przed paroma laty, Baltane coś w niej diametralnie zmieniło. Ta Millie która ruchała jego, a nie on ją, przepadła bezpowrotnie. Tym samym Lou stracił nią zainteresowanie, bo to nie do niej miał odrobinę słabości.
Z tym weselem było coś grubo nie tak. Praktycznie na każdym kroku działo się coś dziwacznego, delikatnie mówiąc. Patrzył tak w tę ramę i nie potrafił przez chwilę zrozumieć, czy to co widzi było naprawdę tym na co patrzył. Dopiero zawołania przyjaciela wyrwały go z zamurowania. Prezenty i podarki chodzące na własnych, pokracznych nóżkach, zaczęły się rozchodzić jakby cholera miały już dość siedzenia nieruchomo na kupie i postanowiły pobawić się jak reszta. Niewiele myśląc, poszedł za poradą blond aurora i chwycił różdżkę. Machnął w kierunku największego skupiska z zamiarem rzucenia w nie zaklęć rozpraszających.
- No nie stój tak! Łap je głąbie! - ryknął, machając łapskiem z różdżką jak poparzony. Jeszcze tego brakowało, żeby ktoś posądził go, albo tego drugiego o majstrowanie przy prezentach. Że też to dziadostwo musiało się stać, kiedy oni stali najbliżej. Ojciec przecież by go zatłukł na śmierć, gdyby przyniósł by mu taki wstyd. Tym bardziej, że i tak miał już przypiętą permanentną łatkę szkolnego łobuza. Nawet jak był niewinny to i tak musiał się tłumaczyć z rzeczy których nie zrobił. Nie rozglądał się nawet za innymi weselnikami, czy aby przypadkiem ktoś poza nimi nie zauważył tego dziwnego zjawiska. Przede wszystkim starał się nie stracić tych pieprzonych prezentów z oczu. Wybiegł nawet odrobinę w przód, żeby zagonić te wszystkie paczki i nie paczki z powrotem na ten stół na którym leżały, albo chociaż postarać się odgrodzić im dalszą drogę ucieczki.
rozpraszanie na uciekające prezenty
Akcja nieudana
Sukces!