— Owszem. Dusza cierpi znacznie mniej, gdy używasz substytutu i udajesz, że to wystarczy. Jak cukier — stwierdził, a w pozornej swobodzie brzmiał kwas żołądkowy, gorzki, piekący w gardło, jak coś, co odbija się czkawką i trawi żywym ogniem. To cokolwiek, które brzmiało niskimi tonami w Morpheusie, dotyczące Vasilija, próbowało wypłynąć na powierzchnię, niczym oliwa, ale Morpheus nie pozwalał na więcej, niż kilka oczek, przebłysków. Nigdy nie pozwalał. To była jego sprawa, nawet Anthony nie wiedział wszystkiego, pełnego zakresu tego, co zdarzyło się między nimi. Nie chciał obarczać przyjaciela tragizmem, wtedy nie, bo nie był sam w stanie przed sobą przyznać się na głos do tego, a teraz nie bo szczerze? Mieli znacznie większe problemy, niż jego och takie biedne złamane serce.
Na rewelację przyjaciela o pocałunku z Charlie, uniósł tylko brwi i schował usta w porcelanowym brzegu naczynia, mimowolnie uśmiechające się w wyrazie samozadowolenia w pustej filiżance herbaty, udając, że z niej pije. Tak żeby cokolwiek zrobić z rękoma. Nie często miał problem z tym, co z nimi zrobić, miał dużo wyuczonych manieryzmów, ale w szczerości przed przyjacielem był obranym jabłkiem, z całą niezręcznością odsłoniętego miąższu, który jest słodki, miękki ale i gąbczasty i lepki. Czasami nadal trafił rezon i pamięć mięśniowa nie potrafiła go uratować.
— Nie wiem czy jestem zaskoczony czy zawiedziony. Stawiałem orzechy przeciwko szyszkom, że już przynajmniej ze sobą spaliście, przecież Ned nie żyje... — Morpheus zaczął liczyć w głowie, robiąc tę charakterystyczną minę i kalkulacje, które nie miały sensu, odliczając wiek dzieci od pozycji Saturna wzglem Marsa w Trzecim Domu. W połowie dał sobie spokój, bo i tak nie miało to znaczenia. — Już kawał czasu. Może to jest ten ślub, dla świętego spokoju i wiesz... Bezpieczeństwa dzieciaków. Tylko teraz to tak na... O bogowie, nienawidzę tego powiedzenia, ale na dwoje babka wróżyła. Chociaż może to niefortunne, bo chodzi dywinację nad ciężarną i... Już przestaję. Zresztą, za godzinę odpływa mój prom do Francji.
Morpheus miał teleportować się do portu w Dover, wsiąść na statek, dotrzeć do Calais drogą morską, a następnie przejechać pociągiem do Paryża, dla samej przyjemności podróży i stukotu rytmicznego kół i szumu szyn, spinających miasta na kontynencie, by wylądować ostatecznie w winnicy Shafiq'a, a stamtąd do Pragi, świstoklikami.
— Proszę tylko, bądź rozsądny i gdyby działo się coś dziwnego, mów. Wszystko rozwiążemy.
Wstał, przeszedł do przyjaciela i uścisnął go mocno, aby na chwilę pozwolić mu poczuć się bezpiecznie. W końcu zawsze mógł na niego liczyć, księcia czasu, który odkręci, który pomoże, który zmieni bieg czasu, aby go uratować.