21.10.2024, 20:22 ✶
Uśmiech nie znikał z jego twarzy, ale stracił nieco na intensywności. Powodem nie był brak zaangażowania w toczącą się pomiędzy nimi rozmowę, lecz wręcz przeciwnie - całkowite na niej skupienie. Kiwał głową, na moment wspomnienia o kawie uniósł nawet kąciki ust w gorę. Mógłby o tym dyskutować - o tym, że coś było z nimi nie tak. W oczach Flinta było z nimi coś nie tak co najwyżej w tym samym sensie, co było coś nie tak z Victorią, która być może nie potrafiła wysunąć wniosków z tego, co właśnie powiedziała. Mógłby o tym dyskutować, ale nie chciał. Bo był już nabuzowany, bo to była ona. Nie potrafił kłamać ani przemilczeć detali kiedy już otworzył usta, więc najłatwiej było przerzucić rozmowę na inny tor. Robił to dosyć często - bo lubił towarzystwo osób zachowujących się jak huragan, przyciągała go furia, podziwiał twarde stanowiska. Sam taki pod wieloma względami był. To pewnie sugerowało, że powinien być człowiekiem bardzo kłótliwym, ale on wcale taki nie był. Jego toksyczność zawierała się w wiecznym wycofywaniu.
- Ah, właściwie to kupiłem ci coś, przy następnej okazji ci dam...
Teraz nie miał jak - jego bagaże wciąż znajdowały się w porcie i nieprędko dostarczy je na miejsce.
Może do tego wróci. Jak się wyśpi lepiej niż dzisiaj i nie będzie mówił tak zmęczonym głosem. Jak rozejdzie się ten zapach afrodyzjaku, od którego powoli zaczynało kręcić mu się w głowie. Księżyc wyglądał dzisiaj pięknie. Nie mógł powiedzieć tego samego o odbiciu zmęczonej twarzy w roztwartej okiennicy.
- I działa to nawet jak okno jest otwarte? - Zdziwił się. Z drugiej strony nie było co ukrywać - znał to się na łajbach, na podróżach krótkich i dalekich, na rozmowach, na świecie, na energii jaka nim rządziła. Ale... na zaklęciach to się znał w stopniu znikomym, na zabezpieczeniach tym bardziej. Jego talenty znajdowały się gdzieś indziej, daleko, bardzo daleko od wyciszania pomieszczeń - Ja... - Zawahał się, przejeżdżając spoconą ręką po tej coraz czerwieńszej twarzy. Strasznie to było żałosne. Wyobrażenie pełnych, pokrytych szminką warg stykających się z jego rozgrzanym policzkiem. Najgorsze w tym było, że skoro już o tym pomyślał, to nie mógł powiedzieć nic. A przecież przychodząc tutaj nie chciał nic - cholerne zioła ze świeczki namieszały mu w głowie, wypaczyły prawdę tak, aby nie mogła przeleźć mu przez zaciśnięte gardło. Znów się napiął, w ten sposób, w jaki napina się człowiek walczący ze sobą w środku. Walkę toczył o swój honor. - Świeczka była z afrodyzjakiem. - Nie powiedział tego! Na tarczę Księżyca, udało mu się tego nie powiedzieć! To dobrze. To znaczy, że jeszcze nie oszalał ani nie zatracił wartości, jakie nim kierowały do tej pory i jakie w sobie cenił. - Posprzątam to zanim... ekhm... - Szybko wrócił do zeskrobywania wosku na wykształtowany kawałek kartonika.
- Ah, właściwie to kupiłem ci coś, przy następnej okazji ci dam...
Teraz nie miał jak - jego bagaże wciąż znajdowały się w porcie i nieprędko dostarczy je na miejsce.
Może do tego wróci. Jak się wyśpi lepiej niż dzisiaj i nie będzie mówił tak zmęczonym głosem. Jak rozejdzie się ten zapach afrodyzjaku, od którego powoli zaczynało kręcić mu się w głowie. Księżyc wyglądał dzisiaj pięknie. Nie mógł powiedzieć tego samego o odbiciu zmęczonej twarzy w roztwartej okiennicy.
- I działa to nawet jak okno jest otwarte? - Zdziwił się. Z drugiej strony nie było co ukrywać - znał to się na łajbach, na podróżach krótkich i dalekich, na rozmowach, na świecie, na energii jaka nim rządziła. Ale... na zaklęciach to się znał w stopniu znikomym, na zabezpieczeniach tym bardziej. Jego talenty znajdowały się gdzieś indziej, daleko, bardzo daleko od wyciszania pomieszczeń - Ja... - Zawahał się, przejeżdżając spoconą ręką po tej coraz czerwieńszej twarzy. Strasznie to było żałosne. Wyobrażenie pełnych, pokrytych szminką warg stykających się z jego rozgrzanym policzkiem. Najgorsze w tym było, że skoro już o tym pomyślał, to nie mógł powiedzieć nic. A przecież przychodząc tutaj nie chciał nic - cholerne zioła ze świeczki namieszały mu w głowie, wypaczyły prawdę tak, aby nie mogła przeleźć mu przez zaciśnięte gardło. Znów się napiął, w ten sposób, w jaki napina się człowiek walczący ze sobą w środku. Walkę toczył o swój honor. - Świeczka była z afrodyzjakiem. - Nie powiedział tego! Na tarczę Księżyca, udało mu się tego nie powiedzieć! To dobrze. To znaczy, że jeszcze nie oszalał ani nie zatracił wartości, jakie nim kierowały do tej pory i jakie w sobie cenił. - Posprzątam to zanim... ekhm... - Szybko wrócił do zeskrobywania wosku na wykształtowany kawałek kartonika.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr