23.10.2024, 00:34 ✶
Londyn wrzał. Ulice wrzały. Kawiarnie wrzały. Bary wrzały. Mung wrzał. Wszędzie wrzało. Wszędzie, gdzie się nie obejrzał.
Nie dało się tego nie dostrzec. Nie można było nie usłyszeć o tym, co się stało. Fala poszła. Przetoczyła się przez magiczne społeczeństwo, ale to wcale nie oznaczało, że wszystko było już za nimi. Wręcz przeciwnie. To był pierwszy wstrząs. Mocne zakołysanie na coraz bardziej niespokojnych wodach. Teraz czekali na tsunami następstw. Mogli się po nim nie pozbierać.
Tak przynajmniej szeptali ludzie dookoła, szykując się na najgorsze... ...podczas gdy inni wznosili toasty, oczekując lepszego. Właściwszej hierarchii społecznej, powrotu dobrych czasów, naprawy spaczonego społeczeństwa. Tego kontrastu również nie dało się nie zauważyć.
Wraz z pierwszym chaosem po przemówieniu, szpital szybko zaczął wypełniać się powiązanymi z tym przypadkami. Niektórzy doznawali ataków paniki, skoków ciśnienia, zawałów serca. Inni tracili przytomność z nerwów, robiąc sobie krzywdę podczas upadku. Gdzieś na oddziale niżej mieli paru skoczków, którym nie udało się skutecznie zakończyć własnego życia. Urazy pozaklęciowe, pobicia i bijatyki, ostre przedmioty powbijane w członki, urazy tłuczone, szarpane, kłute. Cholernie, naprawdę absurdalnie dużo zatruć - celowych, przypadkowych, będących próbą samobójczą lub odebrania komuś życia.
Ludzi ogarnęło szaleństwo. Nie dało się tego powstrzymać. Przez cały dyżur usiłował walczyć z pierwszym pokłosiem wydarzeń, na sam koniec mając wrażenie, że zaraz zwali się na kawałek podłogi w zabiegówce i nie wstanie stamtąd przez następne godziny. Był wyczerpany do granic możliwości. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Mentalnie było z nim tak źle jak pod kątem kondycji, której niemalże już nie miał.
W ostatnich porywach sił opuścił szpital. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że został tam dłużej, przeciągając nockę o niemalże dwie godziny, bo nie miał go kto zastąpić. Dotarło to do niego dopiero wtedy, kiedy jedna z magipielęgniarek niespodziewanie rzuciła mu się na pierś, wybuchając gwałtownym, niepowstrzymanym płaczem. Nie... ...nie płaczem... rykiem rannego zwierzęcia. Prawie obalił się z nią na ścianę, kompletnie nie wiedząc, co ma robić. Stojąc tam pośrodku korytarza i klepiąc ją zesztywniałą ręką po plecach.
Wyszedł przy pierwszej możliwej okazji. Nawet nie pamiętał drogi powrotnej. Cały powrót do mieszkania na Horyzontalnej był jak mglista halucynacja, szczególnie że mimo upływu nocy, ulice nadal były pełne ludzi spieszących w różne miejsca. Do barów bądź do bliskich. Pełni lęków i obaw albo wprost przeciwnie - podnieceni, podekscytowani, a przez to niektórzy również niebezpieczni i porywczy.
Stając w drzwiach kuchennych, rzucił torbę na podłogę z głośnym tąpnięciem i dźwiękiem obijających się o siebie szklanych buteleczek. Zanim to wszystko się stało, planował udać się na kilka szybkich porannych wizyt, żeby nie musieć tego robić później, ale nie zawahał się zmienić wszelkie plany w przeciągu kilku minut. Bez chwili namysłu, choć na myślenie miał praktycznie całą noc. Bez słowa sztywno wyciągnął ręce przed siebie, roztwierając ramiona, żeby mogła się w nie wtulić, jeśli właśnie tego by chciała.
On tego chciał. Potrzebował tego, ale zastygł w miejscu z ustami zaciśniętymi w wąską linię, kołysząc się na nogach mimo woli.
Nie dało się tego nie dostrzec. Nie można było nie usłyszeć o tym, co się stało. Fala poszła. Przetoczyła się przez magiczne społeczeństwo, ale to wcale nie oznaczało, że wszystko było już za nimi. Wręcz przeciwnie. To był pierwszy wstrząs. Mocne zakołysanie na coraz bardziej niespokojnych wodach. Teraz czekali na tsunami następstw. Mogli się po nim nie pozbierać.
Tak przynajmniej szeptali ludzie dookoła, szykując się na najgorsze... ...podczas gdy inni wznosili toasty, oczekując lepszego. Właściwszej hierarchii społecznej, powrotu dobrych czasów, naprawy spaczonego społeczeństwa. Tego kontrastu również nie dało się nie zauważyć.
Wraz z pierwszym chaosem po przemówieniu, szpital szybko zaczął wypełniać się powiązanymi z tym przypadkami. Niektórzy doznawali ataków paniki, skoków ciśnienia, zawałów serca. Inni tracili przytomność z nerwów, robiąc sobie krzywdę podczas upadku. Gdzieś na oddziale niżej mieli paru skoczków, którym nie udało się skutecznie zakończyć własnego życia. Urazy pozaklęciowe, pobicia i bijatyki, ostre przedmioty powbijane w członki, urazy tłuczone, szarpane, kłute. Cholernie, naprawdę absurdalnie dużo zatruć - celowych, przypadkowych, będących próbą samobójczą lub odebrania komuś życia.
Ludzi ogarnęło szaleństwo. Nie dało się tego powstrzymać. Przez cały dyżur usiłował walczyć z pierwszym pokłosiem wydarzeń, na sam koniec mając wrażenie, że zaraz zwali się na kawałek podłogi w zabiegówce i nie wstanie stamtąd przez następne godziny. Był wyczerpany do granic możliwości. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Mentalnie było z nim tak źle jak pod kątem kondycji, której niemalże już nie miał.
W ostatnich porywach sił opuścił szpital. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że został tam dłużej, przeciągając nockę o niemalże dwie godziny, bo nie miał go kto zastąpić. Dotarło to do niego dopiero wtedy, kiedy jedna z magipielęgniarek niespodziewanie rzuciła mu się na pierś, wybuchając gwałtownym, niepowstrzymanym płaczem. Nie... ...nie płaczem... rykiem rannego zwierzęcia. Prawie obalił się z nią na ścianę, kompletnie nie wiedząc, co ma robić. Stojąc tam pośrodku korytarza i klepiąc ją zesztywniałą ręką po plecach.
Wyszedł przy pierwszej możliwej okazji. Nawet nie pamiętał drogi powrotnej. Cały powrót do mieszkania na Horyzontalnej był jak mglista halucynacja, szczególnie że mimo upływu nocy, ulice nadal były pełne ludzi spieszących w różne miejsca. Do barów bądź do bliskich. Pełni lęków i obaw albo wprost przeciwnie - podnieceni, podekscytowani, a przez to niektórzy również niebezpieczni i porywczy.
Stając w drzwiach kuchennych, rzucił torbę na podłogę z głośnym tąpnięciem i dźwiękiem obijających się o siebie szklanych buteleczek. Zanim to wszystko się stało, planował udać się na kilka szybkich porannych wizyt, żeby nie musieć tego robić później, ale nie zawahał się zmienić wszelkie plany w przeciągu kilku minut. Bez chwili namysłu, choć na myślenie miał praktycznie całą noc. Bez słowa sztywno wyciągnął ręce przed siebie, roztwierając ramiona, żeby mogła się w nie wtulić, jeśli właśnie tego by chciała.
On tego chciał. Potrzebował tego, ale zastygł w miejscu z ustami zaciśniętymi w wąską linię, kołysząc się na nogach mimo woli.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down