26.10.2024, 20:20 ✶
Nie ucieszyła go ta opinia. Jeszcze... jeszcze gdyby powiedział: jawisz się w moich oczach jako doskonałość, Dolohov by ją zaakceptował jako coś, z czym dało się żyć, teraz jednak gryzła go jak irytująca koszula, którą sprezentowała mu ostatnio babcia, albo bardziej - była jak ten mały kamień w bucie przypominający o sobie co kilka kroków. Chłopak wyraźnie się zmarszczył, coś go w tym ubodło, bo zadowolenie z własnej formy nie kojarzyło mu się wcale z czymś dobrym - z siłą i stanowczością, lecz ze słabością właśnie. Z jego ojcem zawsze stawiającym na swoim, nieumiejącym dostrzec myśli postępu, kiedy jego syn tego właśnie porządał - postępu, rozwoju. Tym zresztą chciałby się kiedyś zajmować. Inspirowaniem do dążenia do doskonałości, będącej w rzeczywistości czymś nieosiągalnym. Doskonałość umykała z nawet najciaśniej zaciśniętych na niej rąk, bo...
- Zawsze istnieje coś nowego do odkrycia. Nie jesteśmy nawet w połowie tłumaczenia sobie tego, co nas otacza. Ale ostatnio... próbowałem nakierować moje myśli na większą otwartość w postrzeganiu innych. - Coś w jego spojrzeniu mówiło wyraźnie, że tymi innymi była jedna, konkretna osoba. I być może siedziała tuż obok... przymilał się do niego, a Dolohov nie wiedział jeszcze do końca co o tym myśleć. To było przyjemne. O wiele milsze mu niż kiedy robiły to dziewczyny, ciekawsze, odciągało to jego uwagę od dziesiątek innych rzeczy, jakie mógłby robić w zamian, do tego stopnia, aby nie potrafił wymyślić teraz na poczekaniu żadnego innego miejsca, w którym mógłby się znaleźć. Wsiąkał w tę relację, ale odczuwał ją inaczej. Byli z Morpheusem kompletnie innymi ludźmi, niewątpliwie - od Longbottoma bił żar. A on? W porównaniu z drugim chłopakiem wydawał się być... zimny. Samemu sobie. - Wydaje ci się, że ludzie muszą mieć sens? - Sens dostrzegał co najwyżej w źródłach zachowań, powodach myślenia w określony sposób.
Samo istnienie było tego sensu pozbawione.
To wszystko było tak bardzo złożone i... Dolohov wcale nie miał problemu z kontynuowaniem tej rozmowy, z chwilą ciszy, jaką mógłby poświęcić na zastanowienie się nad odpowiedzią mającą więcej esencji niż młodzieńcza niepewność i wtórowanie pytaniem na pytanie, ale Longbottom nie dawał na to czasu. Przypominał Vasilijowi rozżarzone węgle stykające się z nim - z chłodną wodą w ciemnym, smutnym i chłodnym Little Hangleton, gdzie takie zachowania były karane, a on został ukształtowany na człowieka duszącego wszystko w sobie, aż nie wybuchnie wraz z ogromem pary i hukiem słyszanym po drugiej stronie miasta.
Morpheus go nie pocałował. Pocałował dwa palce, które znalazły się pomiędzy nimi i odsunęły jego twarz.
- Miałeś mnie o to zapytać - powiedział z wyraźną nutą zadziorności. Jego mina nie wskazywała na to, żeby Longbottom zrobił coś złego, coś wbrew jego woli - Dolohov się nim zwyczajnie bawił. Nim i tym momentem. Sprawdzał jak to wszystko działa, testował wody, na które wypływał i najwyraźniej lubił się drażnić nie tylko z rozmówcą, ale i z samym sobą, bo nie udało mu się powstrzymać odruchu spojrzenia na jego usta, nawet jeżeli szybko od nich uciekł, próbując zachować pokerową twarz. O ile w ogóle dało się mówić o pokerowej twarzy, kiedy policzki miało się czerwone jak jesienne liście.
- Zawsze istnieje coś nowego do odkrycia. Nie jesteśmy nawet w połowie tłumaczenia sobie tego, co nas otacza. Ale ostatnio... próbowałem nakierować moje myśli na większą otwartość w postrzeganiu innych. - Coś w jego spojrzeniu mówiło wyraźnie, że tymi innymi była jedna, konkretna osoba. I być może siedziała tuż obok... przymilał się do niego, a Dolohov nie wiedział jeszcze do końca co o tym myśleć. To było przyjemne. O wiele milsze mu niż kiedy robiły to dziewczyny, ciekawsze, odciągało to jego uwagę od dziesiątek innych rzeczy, jakie mógłby robić w zamian, do tego stopnia, aby nie potrafił wymyślić teraz na poczekaniu żadnego innego miejsca, w którym mógłby się znaleźć. Wsiąkał w tę relację, ale odczuwał ją inaczej. Byli z Morpheusem kompletnie innymi ludźmi, niewątpliwie - od Longbottoma bił żar. A on? W porównaniu z drugim chłopakiem wydawał się być... zimny. Samemu sobie. - Wydaje ci się, że ludzie muszą mieć sens? - Sens dostrzegał co najwyżej w źródłach zachowań, powodach myślenia w określony sposób.
Samo istnienie było tego sensu pozbawione.
To wszystko było tak bardzo złożone i... Dolohov wcale nie miał problemu z kontynuowaniem tej rozmowy, z chwilą ciszy, jaką mógłby poświęcić na zastanowienie się nad odpowiedzią mającą więcej esencji niż młodzieńcza niepewność i wtórowanie pytaniem na pytanie, ale Longbottom nie dawał na to czasu. Przypominał Vasilijowi rozżarzone węgle stykające się z nim - z chłodną wodą w ciemnym, smutnym i chłodnym Little Hangleton, gdzie takie zachowania były karane, a on został ukształtowany na człowieka duszącego wszystko w sobie, aż nie wybuchnie wraz z ogromem pary i hukiem słyszanym po drugiej stronie miasta.
Morpheus go nie pocałował. Pocałował dwa palce, które znalazły się pomiędzy nimi i odsunęły jego twarz.
- Miałeś mnie o to zapytać - powiedział z wyraźną nutą zadziorności. Jego mina nie wskazywała na to, żeby Longbottom zrobił coś złego, coś wbrew jego woli - Dolohov się nim zwyczajnie bawił. Nim i tym momentem. Sprawdzał jak to wszystko działa, testował wody, na które wypływał i najwyraźniej lubił się drażnić nie tylko z rozmówcą, ale i z samym sobą, bo nie udało mu się powstrzymać odruchu spojrzenia na jego usta, nawet jeżeli szybko od nich uciekł, próbując zachować pokerową twarz. O ile w ogóle dało się mówić o pokerowej twarzy, kiedy policzki miało się czerwone jak jesienne liście.
with all due respect, which is none