23.10.2024, 13:27 ✶
Pierwszy raz w całym swoim dotychczasowym życiu Ambroise czuł się jak obserwator patrzący na wszystko zza półprzezroczystej kurtyny wodnej. Krew pulsowała mu w uszach, przekrwione oczy nie wiedziały czy mają zamykać się z przemęczenia, czy rozszerzać z grozy, jaka podstępnie go ogarnęła i zacisnęła się wokół jego gardła. Spłycił mu się oddech a wciąganie zimnego, mroźnego powietrza sprawiało, że w płuca wbijały się tysiące małych igiełek. Mimowolnie wstrzymywał się przed oddychaniem, starając się kontrolować go tak, żeby nie dopuścić do hiperwentylacji.
Zawsze sądził, że nieważne co się stanie, znajdzie sposób na kontrolowanie sytuacji i obróci ją na swoją korzyść. Prawdopodobnie błyskawicznie reagując na zmianę warunków. Tymczasem miał pustkę w głowie. Reagował przyduszeniem. Pozwalał lękowi o przyszłość przytłaczać jego umysł, wdzierać się tam bez ostrzeżenia i wypełniać go myślami, których teoretycznie nie powinno tam być...
...bo przecież był czystej krwi. Oboje byli. On sam chełpił się tym jak mało kto. Bez wahania wykorzystywał swoją pozycję. Zdarzało się, że traktował kogoś z góry wyłącznie przez to, że mógł. Wierzył w hierarchię społeczną wynikającą z układu sił, pochodzenia, wieloletnich tradycji. Nie zamierzał przepraszać nikogo za to, że urodził się w świecie magii i z uwagi na to był lepszym czarodziejem.
Mimo to nie zareagował wstrętem, gdy pani Brown obdarzyła go palącym uściskiem, mocząc mu uzdrowicielskie szaty swoimi niekontrolowanymi łzami, przekrzywiając i nadginając identyfikator, zostawiając ślady tuszu do rzęs i obrzydliwie pomarańczowego podkładu na samym środku materiału pomiętego jej rękami. Nie był człowiekiem, który ją od siebie odciągnął. Jej córka wpadła do szpitala jak torpeda, nie wahając się ani chwili, żeby wyciągnąć stamtąd matkę.
Chyba nawet im się nie dziwił. Sam również stamtąd wyszedł niemal tak jak stał, nie przebierając się, tylko narzucając na siebie długi płaszcz, szalik i w przypływie rozsądku zmieniając obuwie, bo na ulicach leżała już warstwa śniegu. Jeśli tak wyglądał szok to właśnie go przeżywał, nie analizując tego w żaden sposób tylko poddając się sytuacji.
Chciał wyłącznie wrócić do domu. Upewnić się, że Geraldine jest cała i zdrowa, bezpieczna, bo mimo swojego statusu mogła nie być. Ludziom zaczynało odpierdalać. Bycie na zewnątrz w takiej chwili stanowiło ryzyko.
To nie tak, że nigdy nie obawiał się o nią, kiedy gdzieś wychodziła. Wręcz przeciwnie. Czasami potrafili nawet bardzo ostro spiąć się o swoje wyprawy - tym bardziej, że z biegiem lat musieli angażować się w co poniektóre bardziej pochłaniające zajęcia. Nie dało się wiecznie przed tym umykać, trzymać się wyłącznie domu i pomniejszych zleceń. Choć w ostatnim czasie wszystko zaczęło bardziej się stabilizować. Tym razem odnosił wrażenie, że już trwale.
Nie tylko chciał, aby takie było. Planował zadbać o wszystko w ten właściwy sposób, na który bez wątpienia nadeszła pora. Nawet w najczarniejszych scenariuszach nie przewidział, że może im zagrozić otwarta magiczna wojna. Grindelwald został zatarty w krótkiej pamięci ludzi. Teraz na powrót przywoływali tamte wspomnienia, wpadając w spiralę paniki a on, choć był bardzo młody, kiedy czarnoksiężnik upadł, miał wrażenie, że historia zaczyna zataczać koło.
To napełniało go niekontrolowanym lękiem. Kolejny czarnoksiężnik z pewnością miał znaleźć wielu popleczników pośród tych, którzy już teraz nie wahali się używać przemocy wszędzie tam, gdzie mogli kogoś skrzywdzić, szczególnie słabszych i bardziej podatnych. Oni tacy nie byli. Żadne z nich nie było słabe, ich pozycja powinna być stabilniejsza niż u większości ludzi, ale dopóki nie stanął w kuchennych drzwiach, nie mógł umknąć wrażeniu spadania.
Zakołysał się na piętach, kiedy Geraldine padła mu w ramiona, od razu mocno ją do siebie przygarniając.
Bezwiednie przesunął dłonią po plecach Geraldine, przyciskając usta do jej włosów i przymykając oczy. Zaciągając się znajomym zapachem, próbując uspokoić kołatanie serca i ścisk w piersi, bo może nic nie było dobrze, ale wszystko było dobrze. Przynajmniej w tej chwili a to było znacznie lepsze niż jeszcze przed kilkoma minutami, kiedy obawiał się, że może nie zastać jej w domu i nie wiedzieć, gdzie ma jej szukać, przetrząsając mieszkanie w poszukiwaniu jakiejś kartki lub czegoś, co by mu to zasugerowało. W teorii zawsze informowali się o planach, ale tym razem nie myślał o tym w tak logiczny sposób. Nie, gdy zmęczony umysł nie dopuszczał do siebie zbyt wielu myśli.
Szczególnie teraz, kiedy niemal się wyłączył, sprawiając, że Greengrass zastygł mocno przyciskając dziewczynę do piersi i całując ją po włosach, nawet na chwilę nie odrywając od nich zesztywniałych warg zaciskanych tyle razy zeszłej nocy, że niemalże nie miał w nich żadnego czucia.
- Muszę to z siebie zmyć - odezwał się bardzo cicho, tak właściwie nie wiedział, po co, bo wcale nie planował odsuwać się od swojej kobiety.
Uspokajała go. Dzięki dotykowi czuł się mniej zawieszony w próżni, jakby była jego stabilną kotwicą... ...nie - przystanią. Bezpieczną przystanią pośród wzburzonych fal niczym podczas gwałtownego sztormu, który przetoczył się przez Whitby zaledwie kilka tygodni wcześniej. Mieli wtedy bardzo dużo pracy przy naprawach zniszczeń. Ogród do tej pory nie podniósł się do końca, podwórko tak samo. Brakowało w nim części roślin, które w innym wypadku byłyby niemalże gotowe do zbioru, bo część dachu szklarni zerwał gwałtowny wiatr, który potłukł szyby i naruszył drewnianą konstrukcję. Huśtawka na ganku straciła zawiesie. Wygięło się, tłukąc doniczki i niszcząc fragment drewnianej barierki, która okazała się być zmurszała i zjedzona przez robale od wewnątrz.
Ambroise powinien domyślić się, że to był złowróżbny znak. Zabezpieczyli tamto miejsce przed wszystkim, przed czym mogli to zrobić bez angażowania czarodziejów z zewnątrz. Odcięli dom od możliwości teleportacji w zakresie najbliższej okolicy - tak, że dało się to zrobić dopiero na kawałku wydmy albo na wrzosowisku. Zadbał o nałożenie odpowiednich zaklęć na swoje rośliny a one i tak zostały zniszczone. Zupełnie, jakby czary puściły, ustępując miejsca chaosowi.
Czasy się zmieniły. Już nie mogli udawać, że wszystko jest poza ich świadomością. Nie dało się stwierdzić, że to ich nie dotyczy, bo nie są ze środowiska zagrożonego widmem wojny. Czysta krew wcale nie stanowiła ochrony. Wręcz przeciwnie, Ambroise miał nieodparte wrażenie, że dla co poniektórych mogła stać się pretekstem. Zarówno dla ludzi pokroju Zandera, jak i dla drugiej strony barykady. Zostali wmieszani we wszystko, co się działo i co miało nadejść. Nie mogli od tego uciec.
Zawsze sądził, że nieważne co się stanie, znajdzie sposób na kontrolowanie sytuacji i obróci ją na swoją korzyść. Prawdopodobnie błyskawicznie reagując na zmianę warunków. Tymczasem miał pustkę w głowie. Reagował przyduszeniem. Pozwalał lękowi o przyszłość przytłaczać jego umysł, wdzierać się tam bez ostrzeżenia i wypełniać go myślami, których teoretycznie nie powinno tam być...
...bo przecież był czystej krwi. Oboje byli. On sam chełpił się tym jak mało kto. Bez wahania wykorzystywał swoją pozycję. Zdarzało się, że traktował kogoś z góry wyłącznie przez to, że mógł. Wierzył w hierarchię społeczną wynikającą z układu sił, pochodzenia, wieloletnich tradycji. Nie zamierzał przepraszać nikogo za to, że urodził się w świecie magii i z uwagi na to był lepszym czarodziejem.
Mimo to nie zareagował wstrętem, gdy pani Brown obdarzyła go palącym uściskiem, mocząc mu uzdrowicielskie szaty swoimi niekontrolowanymi łzami, przekrzywiając i nadginając identyfikator, zostawiając ślady tuszu do rzęs i obrzydliwie pomarańczowego podkładu na samym środku materiału pomiętego jej rękami. Nie był człowiekiem, który ją od siebie odciągnął. Jej córka wpadła do szpitala jak torpeda, nie wahając się ani chwili, żeby wyciągnąć stamtąd matkę.
Chyba nawet im się nie dziwił. Sam również stamtąd wyszedł niemal tak jak stał, nie przebierając się, tylko narzucając na siebie długi płaszcz, szalik i w przypływie rozsądku zmieniając obuwie, bo na ulicach leżała już warstwa śniegu. Jeśli tak wyglądał szok to właśnie go przeżywał, nie analizując tego w żaden sposób tylko poddając się sytuacji.
Chciał wyłącznie wrócić do domu. Upewnić się, że Geraldine jest cała i zdrowa, bezpieczna, bo mimo swojego statusu mogła nie być. Ludziom zaczynało odpierdalać. Bycie na zewnątrz w takiej chwili stanowiło ryzyko.
To nie tak, że nigdy nie obawiał się o nią, kiedy gdzieś wychodziła. Wręcz przeciwnie. Czasami potrafili nawet bardzo ostro spiąć się o swoje wyprawy - tym bardziej, że z biegiem lat musieli angażować się w co poniektóre bardziej pochłaniające zajęcia. Nie dało się wiecznie przed tym umykać, trzymać się wyłącznie domu i pomniejszych zleceń. Choć w ostatnim czasie wszystko zaczęło bardziej się stabilizować. Tym razem odnosił wrażenie, że już trwale.
Nie tylko chciał, aby takie było. Planował zadbać o wszystko w ten właściwy sposób, na który bez wątpienia nadeszła pora. Nawet w najczarniejszych scenariuszach nie przewidział, że może im zagrozić otwarta magiczna wojna. Grindelwald został zatarty w krótkiej pamięci ludzi. Teraz na powrót przywoływali tamte wspomnienia, wpadając w spiralę paniki a on, choć był bardzo młody, kiedy czarnoksiężnik upadł, miał wrażenie, że historia zaczyna zataczać koło.
To napełniało go niekontrolowanym lękiem. Kolejny czarnoksiężnik z pewnością miał znaleźć wielu popleczników pośród tych, którzy już teraz nie wahali się używać przemocy wszędzie tam, gdzie mogli kogoś skrzywdzić, szczególnie słabszych i bardziej podatnych. Oni tacy nie byli. Żadne z nich nie było słabe, ich pozycja powinna być stabilniejsza niż u większości ludzi, ale dopóki nie stanął w kuchennych drzwiach, nie mógł umknąć wrażeniu spadania.
Zakołysał się na piętach, kiedy Geraldine padła mu w ramiona, od razu mocno ją do siebie przygarniając.
Bezwiednie przesunął dłonią po plecach Geraldine, przyciskając usta do jej włosów i przymykając oczy. Zaciągając się znajomym zapachem, próbując uspokoić kołatanie serca i ścisk w piersi, bo może nic nie było dobrze, ale wszystko było dobrze. Przynajmniej w tej chwili a to było znacznie lepsze niż jeszcze przed kilkoma minutami, kiedy obawiał się, że może nie zastać jej w domu i nie wiedzieć, gdzie ma jej szukać, przetrząsając mieszkanie w poszukiwaniu jakiejś kartki lub czegoś, co by mu to zasugerowało. W teorii zawsze informowali się o planach, ale tym razem nie myślał o tym w tak logiczny sposób. Nie, gdy zmęczony umysł nie dopuszczał do siebie zbyt wielu myśli.
Szczególnie teraz, kiedy niemal się wyłączył, sprawiając, że Greengrass zastygł mocno przyciskając dziewczynę do piersi i całując ją po włosach, nawet na chwilę nie odrywając od nich zesztywniałych warg zaciskanych tyle razy zeszłej nocy, że niemalże nie miał w nich żadnego czucia.
- Muszę to z siebie zmyć - odezwał się bardzo cicho, tak właściwie nie wiedział, po co, bo wcale nie planował odsuwać się od swojej kobiety.
Uspokajała go. Dzięki dotykowi czuł się mniej zawieszony w próżni, jakby była jego stabilną kotwicą... ...nie - przystanią. Bezpieczną przystanią pośród wzburzonych fal niczym podczas gwałtownego sztormu, który przetoczył się przez Whitby zaledwie kilka tygodni wcześniej. Mieli wtedy bardzo dużo pracy przy naprawach zniszczeń. Ogród do tej pory nie podniósł się do końca, podwórko tak samo. Brakowało w nim części roślin, które w innym wypadku byłyby niemalże gotowe do zbioru, bo część dachu szklarni zerwał gwałtowny wiatr, który potłukł szyby i naruszył drewnianą konstrukcję. Huśtawka na ganku straciła zawiesie. Wygięło się, tłukąc doniczki i niszcząc fragment drewnianej barierki, która okazała się być zmurszała i zjedzona przez robale od wewnątrz.
Ambroise powinien domyślić się, że to był złowróżbny znak. Zabezpieczyli tamto miejsce przed wszystkim, przed czym mogli to zrobić bez angażowania czarodziejów z zewnątrz. Odcięli dom od możliwości teleportacji w zakresie najbliższej okolicy - tak, że dało się to zrobić dopiero na kawałku wydmy albo na wrzosowisku. Zadbał o nałożenie odpowiednich zaklęć na swoje rośliny a one i tak zostały zniszczone. Zupełnie, jakby czary puściły, ustępując miejsca chaosowi.
Czasy się zmieniły. Już nie mogli udawać, że wszystko jest poza ich świadomością. Nie dało się stwierdzić, że to ich nie dotyczy, bo nie są ze środowiska zagrożonego widmem wojny. Czysta krew wcale nie stanowiła ochrony. Wręcz przeciwnie, Ambroise miał nieodparte wrażenie, że dla co poniektórych mogła stać się pretekstem. Zarówno dla ludzi pokroju Zandera, jak i dla drugiej strony barykady. Zostali wmieszani we wszystko, co się działo i co miało nadejść. Nie mogli od tego uciec.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down