23.10.2024, 15:15 ✶
Peregrinusowi zależało na tym, aby mimo swego daru mocno trzymać się rzeczywistości, nie pogubić granic, nie pomieszać zmysłów. Wszystko ze strachu o to, że codziennie po powrocie do domu widzi swój własny los ucieleśniony w osobie matki, która pobłądziła dawno temu w rzeczywistości i nie pozostało po niej nic. Tak, Trelawney rozpaczliwie potrzebował stale czuć chwilę obecną. Potrzebował znaleźć w tym, co widzi trzecim okiem, sens oraz logikę. Zredukować ten szósty zmysł, jasnowidzenie, do li tylko narzędzia: uporządkować wizje, okiełznać sny, posortować widzenia. Nawet jeśli nie mógł mieć nad tym kontroli, pragnął dostać jej ułudę. Nie pozwolić sobie na zgubienie się w czasie.
Zafascynowany patrzył z boku na nieobecne, wieszczące oczy Scylli. Przyglądał się, jakby mógł z nich wyczytać, czy w kuli dziewczyna widzi to samo co on. Czy te zamglone oczy mogły widzieć więcej, niż on widział?
Gdy rozmowa na dobre przeniosła się na temat Charlesa, Peregrinus odwrócił się w pełni do Greyback, zasłaniając plecami kulę, odcinając ich oboje od hipnotyzujących mgieł fortuny. Mężczyzna splótł palce przed sobą i słuchał odpowiedzi, krążąc wzrokiem po jej twarzy. Omijał przy tym instynktownie te półprzytomne oczy, jakby bał się, że Scylla przeniknie przez jego źrenice, jak przenikała przez kryształ kuli.
— Uprzejmie z twojej strony. Są pyszne; mam nadzieję, że docenił. — Bo i Peregrinus próbował wypieku, mimo że po słodycze sięgał sporadycznie. Nie ciągnęło go samego z siebie do słodkości, ale częstowany, nie odmawiał i zjadał ze smakiem. — Zatem wygląda na to, że go zainteresowałaś. Co o nim sądzisz? Polubiłaś go? — Zagubienie na jej twarzy było trudne do przeoczenia i zignorowania. — Wiesz, że nie musisz czuć się zobowiązana do wychodzenia z nim, prawda? — upewnił się możliwie najłagodniejszym tonem, coby nie zasugerować jej, że mógłby negatywnie takie wyjście oceniać i będą na to krzywo w pracy patrzeć. Wychodził jednak z założenia, że czasami zdobycie się na asertywność bywa problematyczne, a wtedy trzeba kogoś, kto nakieruje myśli na opcję odmowy.
Wątpił również, czy w kimkolwiek po tej stronie kamienicy nieboszczyk Robert wywoływał smutek. Nic Peregrinowi nie było wiadome o relacjach Charlie’ego z wujem, ale dowody obojętności Vakela trzymał niedawno w rękach, a i reakcji Lyssy mógł być niemal zupełnie pewien: nikogo tu nie obejdzie ów zgon.
— Wątpię. Wprost przeciwinie. Mam teorię, że dla Lyssy ten pogrzeb ma potencjał być w jakimś sensie rozrywką — stwierdził i gdyby natura obdarzyła go krztą poczucia humoru, może dałoby się tę teorię przedstawić żartobliwie i z przymrużeniem oka. Wyszło zamiast tego nieco niezręcznie. — Mam na myśli… to jakaś sytuacja społeczna — zaczął się tłumaczyć, zorientowawszy się, jak mogło to zabrzmieć. — A Lyssa chyba… nudzi się?
Lyssa ewidentnie się nudziła i oni padali tego ofiarą. Wspomnieć choćby niedawne wesele Blacków, na które go zaciągnęła jako osobę towarzyszącą, czy przesiadywanie w Prawach Czasu, gdy oni pracowali. Wyglądało na to, że wydarzenia towarzysko-kulturalne z życia magicznego Londynu są jedną z rzeczy, które pomagają jej rozpraszać tę monotonię życia przyjezdnej, pozbawionej znajomości nastolatki. Czemu więc z pogrzebem miałoby być inaczej?
Głupotka, jaką było schwytanie motylka, ucieszyła i jego, choć może nie w aż takim oszałamiającym stopniu jak Scyllę. Wykorzystanie jasnowidzenia do miłego drobiazgu było przyjemną odmianą od krążenia wokół intencji klientów Vakela, prac badawczych, zawiłych snów proroczych i niespodziewanych wizji. Wyrzucił w przyszłość cieniutką, lśniącą nić skupioną na tym jednym punkciku, wyprzedził ledwie kilka sekund, parę uderzeń skrzydełek i ot, po wszystkim.
— Nie ona przyleciała do mnie, a ja stanąłem na jej drodze.
Obserwowanie, jak Scylla nieporadnie walczy ze swetrem, jedynie przydało sytuacji uroku. Odczuł wtedy chyba po raz pierwszy w pełni, że cieszy się, że trafiła do Praw Czasu. Na tle wszystkich rozgrywających się tu ostatnimi czasy dramatów, stanowiła jeden z niewielu pozytywnych akcentów i trudno było się — choćby w duchu — nie uśmiechnąć w jej towarzystwie.
Gdy nadeszła pora, aby oddać ćmę, Peregrinus wstał w końcu z fotela. Choć był od Scylli wyższy, więc logistycznie to nie do końca mogło mieć sens, to takie ułożenie wydawało się odpowiedniejsze do zrealizowania poważnej operacji.
— A co jeśli ją złapiesz? Czemu chcesz ją zatrzymać? — Czuł skrzydełka łaskoczące wnętrza jego dłoni, cieniutkie życie bijące w miękkie opuszki. Tym razem to Trelawney wyciągnął ku Scylli ręce. — Bzdury, nie jestem dobry w chwytaniu ciem. To tylko widzenie. I ty możesz widzieć, dokąd zmierza, jeszcze nim poderwie się do lotu, Scyllo. Spróbuj ją wyprzedzić.
Zafascynowany patrzył z boku na nieobecne, wieszczące oczy Scylli. Przyglądał się, jakby mógł z nich wyczytać, czy w kuli dziewczyna widzi to samo co on. Czy te zamglone oczy mogły widzieć więcej, niż on widział?
Gdy rozmowa na dobre przeniosła się na temat Charlesa, Peregrinus odwrócił się w pełni do Greyback, zasłaniając plecami kulę, odcinając ich oboje od hipnotyzujących mgieł fortuny. Mężczyzna splótł palce przed sobą i słuchał odpowiedzi, krążąc wzrokiem po jej twarzy. Omijał przy tym instynktownie te półprzytomne oczy, jakby bał się, że Scylla przeniknie przez jego źrenice, jak przenikała przez kryształ kuli.
— Uprzejmie z twojej strony. Są pyszne; mam nadzieję, że docenił. — Bo i Peregrinus próbował wypieku, mimo że po słodycze sięgał sporadycznie. Nie ciągnęło go samego z siebie do słodkości, ale częstowany, nie odmawiał i zjadał ze smakiem. — Zatem wygląda na to, że go zainteresowałaś. Co o nim sądzisz? Polubiłaś go? — Zagubienie na jej twarzy było trudne do przeoczenia i zignorowania. — Wiesz, że nie musisz czuć się zobowiązana do wychodzenia z nim, prawda? — upewnił się możliwie najłagodniejszym tonem, coby nie zasugerować jej, że mógłby negatywnie takie wyjście oceniać i będą na to krzywo w pracy patrzeć. Wychodził jednak z założenia, że czasami zdobycie się na asertywność bywa problematyczne, a wtedy trzeba kogoś, kto nakieruje myśli na opcję odmowy.
Wątpił również, czy w kimkolwiek po tej stronie kamienicy nieboszczyk Robert wywoływał smutek. Nic Peregrinowi nie było wiadome o relacjach Charlie’ego z wujem, ale dowody obojętności Vakela trzymał niedawno w rękach, a i reakcji Lyssy mógł być niemal zupełnie pewien: nikogo tu nie obejdzie ów zgon.
— Wątpię. Wprost przeciwinie. Mam teorię, że dla Lyssy ten pogrzeb ma potencjał być w jakimś sensie rozrywką — stwierdził i gdyby natura obdarzyła go krztą poczucia humoru, może dałoby się tę teorię przedstawić żartobliwie i z przymrużeniem oka. Wyszło zamiast tego nieco niezręcznie. — Mam na myśli… to jakaś sytuacja społeczna — zaczął się tłumaczyć, zorientowawszy się, jak mogło to zabrzmieć. — A Lyssa chyba… nudzi się?
Lyssa ewidentnie się nudziła i oni padali tego ofiarą. Wspomnieć choćby niedawne wesele Blacków, na które go zaciągnęła jako osobę towarzyszącą, czy przesiadywanie w Prawach Czasu, gdy oni pracowali. Wyglądało na to, że wydarzenia towarzysko-kulturalne z życia magicznego Londynu są jedną z rzeczy, które pomagają jej rozpraszać tę monotonię życia przyjezdnej, pozbawionej znajomości nastolatki. Czemu więc z pogrzebem miałoby być inaczej?
Głupotka, jaką było schwytanie motylka, ucieszyła i jego, choć może nie w aż takim oszałamiającym stopniu jak Scyllę. Wykorzystanie jasnowidzenia do miłego drobiazgu było przyjemną odmianą od krążenia wokół intencji klientów Vakela, prac badawczych, zawiłych snów proroczych i niespodziewanych wizji. Wyrzucił w przyszłość cieniutką, lśniącą nić skupioną na tym jednym punkciku, wyprzedził ledwie kilka sekund, parę uderzeń skrzydełek i ot, po wszystkim.
— Nie ona przyleciała do mnie, a ja stanąłem na jej drodze.
Obserwowanie, jak Scylla nieporadnie walczy ze swetrem, jedynie przydało sytuacji uroku. Odczuł wtedy chyba po raz pierwszy w pełni, że cieszy się, że trafiła do Praw Czasu. Na tle wszystkich rozgrywających się tu ostatnimi czasy dramatów, stanowiła jeden z niewielu pozytywnych akcentów i trudno było się — choćby w duchu — nie uśmiechnąć w jej towarzystwie.
Gdy nadeszła pora, aby oddać ćmę, Peregrinus wstał w końcu z fotela. Choć był od Scylli wyższy, więc logistycznie to nie do końca mogło mieć sens, to takie ułożenie wydawało się odpowiedniejsze do zrealizowania poważnej operacji.
— A co jeśli ją złapiesz? Czemu chcesz ją zatrzymać? — Czuł skrzydełka łaskoczące wnętrza jego dłoni, cieniutkie życie bijące w miękkie opuszki. Tym razem to Trelawney wyciągnął ku Scylli ręce. — Bzdury, nie jestem dobry w chwytaniu ciem. To tylko widzenie. I ty możesz widzieć, dokąd zmierza, jeszcze nim poderwie się do lotu, Scyllo. Spróbuj ją wyprzedzić.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie