23.10.2024, 22:06 ✶
Wbrew niektórym rzeczom, które robił i zachowaniom, na które sobie pozwalał. Całkowicie w kontrze do swojego nieoficjalnego wizerunku człowieka porywczego i mającego bardzo krótki lont. W przypadku szarej strefy raczej uciekającego się do wielu niemoralnych, czysto przemocowych zagrywek, w których nie było zbyt wiele miejsca na głęboką analizę. Ambroise nie był ślepcem ani głupcem. W innym wypadku nie zostałby tym kim był oficjalnie. Nieoficjalnie zresztą też nie, bo nawet tam, gdzie często zachowywał się jak zakapior i brutal musiał dysponować wieloma szczegółowymi informacjami. Potrzebował umieć płynnie przeskakiwać między stronnicami w pamięci, wyciągając potrzebne detale i wykładając je na stół niczym karty do gry w pokera.
Niestety w tym wypadku wiedza nie chroniła przed niczym. Przeciwnie: sprawiała, że miał pełną świadomość tego, co zaledwie kilkanaście godzin temu zatrzęsło ich rzeczywistością. Wychowano go w szacunku do tradycji i historii świata czarodziejów. Rzecz jasna z naciskiem na poczucie własnej wyższości nad ludźmi, którzy nie tworzyli jej od wieków tak jak Greengrassie czy Yaxleyowie. O pewnych wydarzeniach miał bardzo konkretne zdanie, dostrzegał tylko jedną słuszną stronę medalu, ale to nie zmieniało aż tak wiele.
Zostali wciągnięci w coś, co nie zależało od nich. Nieważne jak postępował i co mówił, nie chciał brać udziału w żadnej walce. Dopóki żyło mu się dobrze (a było im coraz lepiej we własnym małym świecie) dopóty nie potrzebował wiele więcej. Kiedyś wydawało mu się, że zechce sięgać po najwyżej rosnące owoce. Niezależnie od kosztów. Obecnie chciał pielęgnować swoje własne małe drzewka w ich przydomowym ogródku. Teraz złowróżbnie połamane przez wiatr.
Czy mieli cokolwiek do powiedzenia? Nigdy nie był tchórzem, ale w tym wszystkim nie chodziło wyłącznie o niego. Od lat nie.
- Tak? - Odmruknął bezmyślnie, rozkojarzony w dalszym ciągu nie próbując się odsunąć ani tym bardziej zrobić tego, co mówił, że powinien. - Nie - niemalże sam sobie wszedł w słowo; nawet nie wiedział, że to możliwe, ale gdzieś pomiędzy poplątał mu się język, jakby był pijany.
A nie był. Był aż nazbyt trzeźwy i świadomy powagi sytuacji. Zresztą nie sięgnąłby po alkohol, nawet gdyby go miał pod ręką. To nie był dobry moment na znieczulanie się. Kiedyś pewnie dołączyłby do czarodziejów w barze. Teraz usiłował zachowywać się odpowiednio i odpowiedzialnie. Nie był chłopcem, szczeniakiem tylko dorosłym mężczyzną. Myślał perspektywicznie. Szczególnie w ostatnich tygodniach, zanim wszystko zaczęło się sypać. Teraz tym bardziej musiał spróbować zapanować nad sytuacją. Nie był sam.
Nie uważał tego za test. Przeszli już dostatecznie wiele testów. To nie był również egzamin. To mogła być wojna. Prawdziwa wojna wypowiedziana ludziom gorszej krwi, ale jednocześnie dotycząca również ich. Byli częścią tego społeczeństwa.
- Ludzie panikują, jakby to był koniec świata - jego głos był cichy, posępny i nie pozostawiał cienia wątpliwości co do tego, że tam w świecie działo się coś naprawdę niedobrego.
Na ten moment najgorzej reagowali ci starsi. To oni zachowywali się tak, jakby już miało miejsce coś strasznego, co fizycznie w nich uderzało. Większość wieczornych, nocnych i porannych przypadków to były osoby wiekowe, które powinny wykazywać spokój w obliczu kryzysu. Tymczasem oni sami napędzali spiralę chaosu.
Młodsi może byli zaniepokojeni, ale w większości nie wiedzieli zbyt wiele o historii, która miałaby się powtarzać. Być może tak jak on byli na to za młodzi, by pamiętać momenty, gdy toczyły się najistotniejsze i zarazem najgorsze wydarzenia. Podejrzewał, że raczej chodzi o coś innego.
Mało kto chciałby tak od razu uwierzyć w to, że pozorny spokój może zostać zaburzony albo wprost całkowicie im odebrany. Zawsze sądził, że społeczeństwo jest bardziej przezorne. Nigdy nie żywił przesadnej wiary w to, że ludzie dookoła zachowają się rozsądnie w obliczu nieprzewidzianych wydarzeń, ale rzeczywistość była jeszcze bardziej gorzka. Ostatnie dwanaście godzin pokazało, że mogli sami zacząć burzyć własny świat, gdy tylko ktoś zasugerował im, że niedługo wszystko i tak się zmieni.
To było zatrważające. Zachowywali się jak stado spanikowanych zwierząt gotowych stratować wszystko na swojej drodze. Jak szaleńcy niespełna rozumu gotowi podpalić swój dom na własnych zasadach, nawet jeśli wcale nie musiał spłonąć. Greengrass nie należał do ludzi, którzy łatwo oddaliby kontrolę i władzę nad swoim życiem. Najpewniej również podjąłby trudne decyzje, gdyby musiał, ale wcześniej wyczerpałby wszystkie inne możliwości walki. Tymczasem miał wrażenie, że otacza go szaleństwo.
Co gorsza nie był w tym sam.
- Płaczesz - to nie było pytanie - kiedy poczuł jedną z łez spływających mu po szyi, jeszcze mocniej zamknął ją w ramionach, biorąc głęboki oddech.
A potem zaraz wypuszczając powietrze ze świstem, bo przez głowę przeleciała mu kolejna niepokojąca myśl. W tej chwili nie przypominał sobie, o czym rozmawiali przed jego dyżurem. Zazwyczaj pamiętał wszystkie konieczne detale. Po tylu perturbacjach doszli do wniosku, że to jest niezbędne, aby informować się o wszelkich szczegółach wyjść i zleceń, zwłaszcza tych trudniejszych. Ambroise przykładał szczególną uwagę do tego, żeby słuchać i odnotowywać to w głowie, ale teraz miał tam pustkę.
Nie pamiętał żadnych informacji. Teraz byli tu razem. Z pozoru całkowicie bezpieczni i przy sobie. Trzymał ją w uścisku, przyciskał wargi do jej włosów, oddychając głęboko, ale zaniepokoiło go pytanie, które samo mu się nasunęło. Nie umiał powiedzieć, jakie miała plany na połowę poprzedniego dnia, kiedy on był poza domem.
- Nic ci nie jest? - Musiał ją wypuścić, odruchowo robiąc krok w tył na wyciągnięcie ramion i obdarzając Geraldine zaniepokojonym, zmęczonym spojrzeniem mającym dostrzec wszystko, co może być nie tak.
Nic nie zauważył. Poza stanem psychicznym, w jakim się znajdowała (a który on raczej podzielał) nie wyglądała na ranną. Tylko na przestraszoną. Miała ku temu pełne powody. Nie byłby w stanie zacząć jej teraz zapewniać, że wszystko będzie dobrze i jeszcze ułoży się po ich myśli. Niestety był tu realistą. Czasami nawet czarnowidzem.
To byłoby kłamstwo, nawet jeśli białe. Obiecał, że nie będzie jej okłamywać. Tym bardziej, że miał problem z przywdzianiem maski obojętności i niewzruszoności. Momentalnie zorientowałaby się, że nie mówił szczerze. Potrzebował zebrać myśli i słowa. Usiłował zrobić to już teraz, pomimo przemęczenia.
- Powinniśmy się na chwilę odsunąć. Zaczekać aż sytuacja się uspokoi. Może to kolejny oszołom, ale tacy pociągają za sobą tłumy a Ministerstwo jest słabe... ...niewydolne... ...wypaczone od środka - wymamrotał z wyraźną głęboką zmarszczką między brwiami, wierzchem dłoni przecierając powieki; drugą dłoń nadal trzymał na talii Geraldine. - Whitby na kilka tygodni? To może być najlepszy moment - nie mógł wziąć nagłego urlopu i zniknąć, zresztą był na to zbyt odpowiedzialny, ale kursy między szpitalem a Piaskownicą to nie było siedzenie na Horyzontalnej w samym środku wydarzeń, które mogły nadejść.
Mogliby spróbować stworzyć sobie jakiś bufor, choć musieliby nagiąć dotychczasowe zasady na rzecz nowych. Powinni mieć dostęp do większej ilości informacji, jednocześnie się nie wychylając. Nie mogli całkiem się odciąć, nawet jeśli to brzmiało jak możliwość. Nie było nią tak naprawdę.
Nie chciał brać żadnej strony, ale to brzmiało jak myślenie życzeniowe, że po prostu go to ominie. Szczególnie, że siedział w tym głęboko już przed orędziem Lorda Voldemorta (co to był za przydomek? z tego wszystkiego wzbudzał w Greengrassie najmniejszą grozę, brzmiał wręcz wydumanie) a teraz sytuacja zaczęła się komplikować.
Z jednej strony miał Munga, w którym zajmowano się wszystkimi bez wyjątków. Z drugiej strony świadczył oficjalną prywatną praktykę w większości dla czystokrwistych rodów, ale czasami również zamożniejszych czarodziejów półkrwi, raczej stronił od mugolaków - nawet tych z galeonami.
Była też ten trzeci aspekt. To właśnie ta część wyglądała, jakby mogła przynieść najwięcej problemów, którymi nie chciał sobie zaprzątać głowy, ale nie mógł nie myśleć o tym mimo woli. Nie w kontekście samego siebie i swojego losu. Oczywiście o sobie również myślał, ale nie to napełniało go największym lękiem. Jego decyzje mogły mieć znacznie większe pokłosie.
- Poza tym uruchomię moje kontakty? - Nie pytał, ale ton jego głosu sugerował wahanie.
Ambroise analizował wszystko dokładnie w tym samym momencie, w którym mówił to na głos. Zazwyczaj tak nie robił, ale dziś było tak dalekie od zwyczajowości jak tylko mogło.
- Żeby dowiedzieć się czegoś więcej? - To brzmiało rozsądnie, mogliby wiedzieć czy rzeczywiście istnieje jakieś ryzyko, czy to tylko puste słowa kolejnego fanatyka.
Niestety w tym wypadku wiedza nie chroniła przed niczym. Przeciwnie: sprawiała, że miał pełną świadomość tego, co zaledwie kilkanaście godzin temu zatrzęsło ich rzeczywistością. Wychowano go w szacunku do tradycji i historii świata czarodziejów. Rzecz jasna z naciskiem na poczucie własnej wyższości nad ludźmi, którzy nie tworzyli jej od wieków tak jak Greengrassie czy Yaxleyowie. O pewnych wydarzeniach miał bardzo konkretne zdanie, dostrzegał tylko jedną słuszną stronę medalu, ale to nie zmieniało aż tak wiele.
Zostali wciągnięci w coś, co nie zależało od nich. Nieważne jak postępował i co mówił, nie chciał brać udziału w żadnej walce. Dopóki żyło mu się dobrze (a było im coraz lepiej we własnym małym świecie) dopóty nie potrzebował wiele więcej. Kiedyś wydawało mu się, że zechce sięgać po najwyżej rosnące owoce. Niezależnie od kosztów. Obecnie chciał pielęgnować swoje własne małe drzewka w ich przydomowym ogródku. Teraz złowróżbnie połamane przez wiatr.
Czy mieli cokolwiek do powiedzenia? Nigdy nie był tchórzem, ale w tym wszystkim nie chodziło wyłącznie o niego. Od lat nie.
- Tak? - Odmruknął bezmyślnie, rozkojarzony w dalszym ciągu nie próbując się odsunąć ani tym bardziej zrobić tego, co mówił, że powinien. - Nie - niemalże sam sobie wszedł w słowo; nawet nie wiedział, że to możliwe, ale gdzieś pomiędzy poplątał mu się język, jakby był pijany.
A nie był. Był aż nazbyt trzeźwy i świadomy powagi sytuacji. Zresztą nie sięgnąłby po alkohol, nawet gdyby go miał pod ręką. To nie był dobry moment na znieczulanie się. Kiedyś pewnie dołączyłby do czarodziejów w barze. Teraz usiłował zachowywać się odpowiednio i odpowiedzialnie. Nie był chłopcem, szczeniakiem tylko dorosłym mężczyzną. Myślał perspektywicznie. Szczególnie w ostatnich tygodniach, zanim wszystko zaczęło się sypać. Teraz tym bardziej musiał spróbować zapanować nad sytuacją. Nie był sam.
Nie uważał tego za test. Przeszli już dostatecznie wiele testów. To nie był również egzamin. To mogła być wojna. Prawdziwa wojna wypowiedziana ludziom gorszej krwi, ale jednocześnie dotycząca również ich. Byli częścią tego społeczeństwa.
- Ludzie panikują, jakby to był koniec świata - jego głos był cichy, posępny i nie pozostawiał cienia wątpliwości co do tego, że tam w świecie działo się coś naprawdę niedobrego.
Na ten moment najgorzej reagowali ci starsi. To oni zachowywali się tak, jakby już miało miejsce coś strasznego, co fizycznie w nich uderzało. Większość wieczornych, nocnych i porannych przypadków to były osoby wiekowe, które powinny wykazywać spokój w obliczu kryzysu. Tymczasem oni sami napędzali spiralę chaosu.
Młodsi może byli zaniepokojeni, ale w większości nie wiedzieli zbyt wiele o historii, która miałaby się powtarzać. Być może tak jak on byli na to za młodzi, by pamiętać momenty, gdy toczyły się najistotniejsze i zarazem najgorsze wydarzenia. Podejrzewał, że raczej chodzi o coś innego.
Mało kto chciałby tak od razu uwierzyć w to, że pozorny spokój może zostać zaburzony albo wprost całkowicie im odebrany. Zawsze sądził, że społeczeństwo jest bardziej przezorne. Nigdy nie żywił przesadnej wiary w to, że ludzie dookoła zachowają się rozsądnie w obliczu nieprzewidzianych wydarzeń, ale rzeczywistość była jeszcze bardziej gorzka. Ostatnie dwanaście godzin pokazało, że mogli sami zacząć burzyć własny świat, gdy tylko ktoś zasugerował im, że niedługo wszystko i tak się zmieni.
To było zatrważające. Zachowywali się jak stado spanikowanych zwierząt gotowych stratować wszystko na swojej drodze. Jak szaleńcy niespełna rozumu gotowi podpalić swój dom na własnych zasadach, nawet jeśli wcale nie musiał spłonąć. Greengrass nie należał do ludzi, którzy łatwo oddaliby kontrolę i władzę nad swoim życiem. Najpewniej również podjąłby trudne decyzje, gdyby musiał, ale wcześniej wyczerpałby wszystkie inne możliwości walki. Tymczasem miał wrażenie, że otacza go szaleństwo.
Co gorsza nie był w tym sam.
- Płaczesz - to nie było pytanie - kiedy poczuł jedną z łez spływających mu po szyi, jeszcze mocniej zamknął ją w ramionach, biorąc głęboki oddech.
A potem zaraz wypuszczając powietrze ze świstem, bo przez głowę przeleciała mu kolejna niepokojąca myśl. W tej chwili nie przypominał sobie, o czym rozmawiali przed jego dyżurem. Zazwyczaj pamiętał wszystkie konieczne detale. Po tylu perturbacjach doszli do wniosku, że to jest niezbędne, aby informować się o wszelkich szczegółach wyjść i zleceń, zwłaszcza tych trudniejszych. Ambroise przykładał szczególną uwagę do tego, żeby słuchać i odnotowywać to w głowie, ale teraz miał tam pustkę.
Nie pamiętał żadnych informacji. Teraz byli tu razem. Z pozoru całkowicie bezpieczni i przy sobie. Trzymał ją w uścisku, przyciskał wargi do jej włosów, oddychając głęboko, ale zaniepokoiło go pytanie, które samo mu się nasunęło. Nie umiał powiedzieć, jakie miała plany na połowę poprzedniego dnia, kiedy on był poza domem.
- Nic ci nie jest? - Musiał ją wypuścić, odruchowo robiąc krok w tył na wyciągnięcie ramion i obdarzając Geraldine zaniepokojonym, zmęczonym spojrzeniem mającym dostrzec wszystko, co może być nie tak.
Nic nie zauważył. Poza stanem psychicznym, w jakim się znajdowała (a który on raczej podzielał) nie wyglądała na ranną. Tylko na przestraszoną. Miała ku temu pełne powody. Nie byłby w stanie zacząć jej teraz zapewniać, że wszystko będzie dobrze i jeszcze ułoży się po ich myśli. Niestety był tu realistą. Czasami nawet czarnowidzem.
To byłoby kłamstwo, nawet jeśli białe. Obiecał, że nie będzie jej okłamywać. Tym bardziej, że miał problem z przywdzianiem maski obojętności i niewzruszoności. Momentalnie zorientowałaby się, że nie mówił szczerze. Potrzebował zebrać myśli i słowa. Usiłował zrobić to już teraz, pomimo przemęczenia.
- Powinniśmy się na chwilę odsunąć. Zaczekać aż sytuacja się uspokoi. Może to kolejny oszołom, ale tacy pociągają za sobą tłumy a Ministerstwo jest słabe... ...niewydolne... ...wypaczone od środka - wymamrotał z wyraźną głęboką zmarszczką między brwiami, wierzchem dłoni przecierając powieki; drugą dłoń nadal trzymał na talii Geraldine. - Whitby na kilka tygodni? To może być najlepszy moment - nie mógł wziąć nagłego urlopu i zniknąć, zresztą był na to zbyt odpowiedzialny, ale kursy między szpitalem a Piaskownicą to nie było siedzenie na Horyzontalnej w samym środku wydarzeń, które mogły nadejść.
Mogliby spróbować stworzyć sobie jakiś bufor, choć musieliby nagiąć dotychczasowe zasady na rzecz nowych. Powinni mieć dostęp do większej ilości informacji, jednocześnie się nie wychylając. Nie mogli całkiem się odciąć, nawet jeśli to brzmiało jak możliwość. Nie było nią tak naprawdę.
Nie chciał brać żadnej strony, ale to brzmiało jak myślenie życzeniowe, że po prostu go to ominie. Szczególnie, że siedział w tym głęboko już przed orędziem Lorda Voldemorta (co to był za przydomek? z tego wszystkiego wzbudzał w Greengrassie najmniejszą grozę, brzmiał wręcz wydumanie) a teraz sytuacja zaczęła się komplikować.
Z jednej strony miał Munga, w którym zajmowano się wszystkimi bez wyjątków. Z drugiej strony świadczył oficjalną prywatną praktykę w większości dla czystokrwistych rodów, ale czasami również zamożniejszych czarodziejów półkrwi, raczej stronił od mugolaków - nawet tych z galeonami.
Była też ten trzeci aspekt. To właśnie ta część wyglądała, jakby mogła przynieść najwięcej problemów, którymi nie chciał sobie zaprzątać głowy, ale nie mógł nie myśleć o tym mimo woli. Nie w kontekście samego siebie i swojego losu. Oczywiście o sobie również myślał, ale nie to napełniało go największym lękiem. Jego decyzje mogły mieć znacznie większe pokłosie.
- Poza tym uruchomię moje kontakty? - Nie pytał, ale ton jego głosu sugerował wahanie.
Ambroise analizował wszystko dokładnie w tym samym momencie, w którym mówił to na głos. Zazwyczaj tak nie robił, ale dziś było tak dalekie od zwyczajowości jak tylko mogło.
- Żeby dowiedzieć się czegoś więcej? - To brzmiało rozsądnie, mogliby wiedzieć czy rzeczywiście istnieje jakieś ryzyko, czy to tylko puste słowa kolejnego fanatyka.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down